niedziela, 11 listopada 2018

Lalkarz z Krakowa - R.M. Romero



Dawno, dawno temu istniała Kraina Lalek, którą napadły szczury. I wcale nie tak dawno temu istniał Kraków, który był domem wielu Żydów. Istniała także lalka Karolina, która szukając sposobu na wypędzenie szczurów ze swojego domu, trafiła do krainy ludzi, prosto w dłonie pewnego lalkarza.

Tak zaczyna się historia lalki Karoliny i lalkarza Cyryla Brzezika. A także historia Krakowa, który powoli tonie pod nadchodzącą II wojną światową. Zanurzamy się w ten świat ocierając się o piękną, ozdobioną w maki i drobinki śniegu okładkę, wędrujemy przez upiększone kształtami wycinanek strony, mijamy serduszka i inne wzory, brnąc przez tekst. Ta książka naprawdę może zachwycić tym, jak wygląda. Co strona, to patrzy się na cudne ozdobniki.
Treścią także miała zachwycić, a zarazem przerazić. Zachwycić, bo pomysł spojrzenia oczami lalki na Holokaust jest naprawdę niezwykły. Przerazić… bo przecież wojna i zagłada przerażają zawsze, nieważne kto o nich opowiada.

Miałam wiele oczekiwań wobec „Lalkarza z Krakowa”. Spodziewałam się magicznego realizmu, oryginalnego podejścia do tematu, zajrzenia w głąb drewnianego serca zabawki, wędrowania przez domy dla lalek. Czekałam na magię – magię pióra, która jednym słowem potrafi ująć za serce. Tego czegoś, co trudno określić, a co potrafi chwycić nas za duszę już przy pierwszych słowach. W tej książce tego nie znalazłam.
Zdawałoby się, że to przepis na bestseller – wrzucić do fabuły Holokaust, sklep z zabawkami, ożywioną lalkę i wątek magiczny, a potem wydać to w wyjątkowo pięknej formie. Przecież instagram oszaleje! I oszalał. Nie ukrywam, że ta książka jest niezwykle wdzięczna do fotografowania. Jednak zabrakło tego czegoś. Talentu, iskry, magii pisarskiej – można to nazwać różnie. Czytałam tę książkę i nic nie czułam. Piękne opisy, dobrze prowadzona fabuła, ciekawe pomysły i nic więcej. Zabrakło tu uczuć, emocje nie przemykały między akapitami, cierpienie nie chowało się między słowami, a na początkach rozdziałów nie czekała nadzieja. Ten tekst nie mówił, jedynie został napisany.
 
A jeżeli nie przemawiają do Was moje argumenty, to zachęcam do lektury „Domu nie z tej ziemi”. To książka dedykowana dzieciom w tym samym wieku. Ona także porusza bardzo poważny i smutny temat – przemoc w domu. Nie jest tak pięknie wydana jak „Lalkarz z Krakowa”, ale ładunek emocjonalny jaki w sobie niesie roznosi na drobne kawałeczki i długo na pozwala zebrać się w całość.

Niestety tym razem dałam się zwieść pięknej okładce… Groziło mi to prędzej czy później, bo nie stosuję się do powiedzenia, by nie oceniać książki po okładce. Cóż, zasłużyłam. Przyznaję się bez bicia i nie polecam „Lalkarza z Krakowa”.



1 komentarz:

  1. No właśnie okładka ;) na targach książki przyciągnęła mnie jak magnes. Książki nie kupiłam, chociaż jeszcze z tydzień kusiła.Może dobrze się stało...jeśli zabrakło tam tego o czym piszesz ;)

    OdpowiedzUsuń