wtorek, 23 października 2018

Zatrute ciasteczko - Alan Bradley


Są książki, które lubią cierpliwie czekać na swojego czytelnika. „Zatrute ciasteczko” czekało na mnie zdecydowanie za długo, więc gdy niedawno wpadło w moje ręce, absolutnie nie broniłam się przed zjedzeniem go. Połknęłam calutkie, wraz z trucizną, bekasem i pomarańczowym znaczkiem. I smakowało mi. Bardzo mi smakowało!

Lata 50. XX wieku. Anglia. W wiosce Bishop’s Lacey mieści się ogromny dom Buckshaw, a w nim znajdziemy oszalałego na punkcie znaczków pocztowych wdowca i trzy jego córki.  I jak to w klasycznych bajkach bywa, ta najmłodsza, najkrnąbrniejsza będzie naszą główną i zapewne ulubioną bohaterką.
Flawia, bo tak ma na imię najmłodsza z rodziny, jest dość osobliwą dziewczynką. Uwielbia chemię, posiada nawet własne laboratorium, a warto przy tym wspomnieć, że ma jedynie jedenaście lat. Kto by jednak myślał o jej wieku, gdy pojawia się trup w ogródku! Może jedynie policjanci, którzy wolą, by Flawia zrobiła im herbatę, niż patrzyła na ręce i zadawała pytania. Rzecz jasna ta jedenastolatka nie będzie grzecznie podawać filiżanek i imbryczków. Kto ma głowę do herbaty, gdy jest śledztwo do poprowadzenia!

Słowem cudnie się wraz z Flawią bawiłam, przemierzałam deszczową angielską prowincję, napawałam się zapachem kremówek i starych książek, zajrzałam do szkoły dla chłopców i posłuchałam opowieści starej bibliotekarki. I tylko czasem serce ściskało mi się na myśl, że te wszystkie przygody i decyzje (!) są przeżywane i podejmowane przez jedenastolatkę, dziewczynkę, która kompletnie nie powinna mieć styczności z takimi okropieństwami i tak ogromną odpowiedzialnością. Pocieszałam się myślą, że jest to tylko (i aż!) książka, a jak wiadomo, w książkach wszystko jest możliwe.
Zatem jeżeli macie ochotę na wilgotne angielskie powietrze w płucach, krople rosy na butach, aromat herbaty w nosie i posmak kleju ze znaczków na języku… „Zatrute ciasteczko” czeka na was! Co więcej… nie tak dawno nakładem wydawnictwa Vesper ukazał się już siódmy tom o przygodach Flawii de Luce, zatem przygoda może trwać i trwać.

I pamiętajcie, na znaczki patrzcie uważnie. Omijajcie martwe ptaki. I oceniajcie książki po okładce. Wszak „Zatrute ciasteczko” jedynie potwierdza tę regułę. Wystarczy jeden rzut oka na okładkę, a pragnienie lektury już mocno gnieździ się w sercu. I jest bardzo uparte. We mnie przetrwało wiele lat i jestem mu za to ogromnie wdzięczna.

2 komentarze:

  1. Na mnie Flawia też dość długo czekała zanim zabrałam się do czytania, ale ważne, że się doczekała. Naprawdę miło spędziłam z nią czas (o ile można użyć takiego określenia w odniesieniu do śledztwa w sprawie zabójstwa), ale potem jakoś o niej zapomniałam i do tej pory nie sięgnęłam po kolejne części. Może kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, coś w tym jest... Bardzo mi się ta książka podobała, ale sięgnięcie po następne tomy odłożyłam na "kiedyś".

      Usuń