piątek, 5 października 2018

Śmierć Komandora #1 - Haruki Murakami


Milczał powieściowo przez pięć lat, a potem nagle napisał wielką księgę i… trafił pod cenzurę w Hongkongu. Podobno w jego książce jest coś takiego co sprawia, że osoby poniżej osiemnastego roku życia nie powinny po tę książkę sięgać. Zapewne już przy słowach „cenzura” i „Hongkong” domyśliliście się, że mowa jest o najnowszej powieści Harukiego Murakamiego „Śmierć Komandora”. Głośno o niej było od samego początku – głównie przez tę cenzurę, choć podobno nic ponad to, co Murakami już opisywał, się nie pojawiło. Tak mówią… ale ja mam ciut inne zdanie.

Gdy siadałam do lektury, nie wiedziałam co mnie czeka. Tak dawno już się nie zachwycałam Murakamim. Zbiory opowiadań, które w tym czasie wydawano, kompletnie nie robiły na mnie wrażenia. Już niemal zapomniałam smak jego stylu. Wystarczyło jednak kilka pierwszych akapitów... Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo za nim tęskniłam. Za jego stylem mlecznej mgły, za spokojem w jego książkach, za bohaterami pełnymi cichych myśli, za magią w jego wydaniu i za absolutnie niepowtarzalnymi pomysłami, na które tylko Murakami jest w stanie wpaść.


„Śmierć komandora” to historia malarza, którego nagle zostawia żona, nie podając niemal żadnego powodu. Mężczyzna szanując decyzję żony odchodzi i zamieszkuje w odosobnieniu w górach. Postanawia całkowicie poświęcić się sztuce, a przy tym spróbować zrozumieć, co między nim i żoną doprowadziło  do rozstania. Jednak mimo owego odosobnienia malarz nie zaznaje spokoju, gdyż w miejscu, w którym mieszka, zaczyna słyszeć cichy, niewytłumaczalny dźwięk. Słyszy go tylko i wyłącznie w nocy. Pobrzmiewa przez kilka godzin i cichnie. I przypomina cicho potrząsanie dzwoneczków.

I ja już wiem, co ów dźwięk zwiastował! Oczywiście nic nie zdradzę, jednak powiem, że jestem zachwycona tym, co wiem na chwilę obecną. A że powieść ta została w Polsce podzielona na dwa tomy, jeszcze nie wiem, czym zakończy się owa tajemnicza sprawa, i nie tylko ona. Drugi tom zapowiedziany jest na koniec listopada i przedmiot, który jest motywem przewodnim jego okładki budzi we mnie dreszcz niepokoju! 


A cenzura… Zadziwia fakt, że właśnie „Śmierć Komandora” została nią objęta, bo choć są tam sceny seksu, to zostały przedstawione w bardzo podobnym natężeniu jak i w innych książkach Murakamiego. Nic ponadto się w nich nie pojawia. Ale! Jest drobne „ale”. Pojawia się tam pewna rozmowa, pod koniec książki. I właśnie ta rozmowa sprawiła, że moje brwi wolno powędrowały wysoko w górę. I gdybym miała podjąć decyzję o cenzurze, to właśnie ten fragment najbardziej by mnie zastanowił, a nie sceny łóżkowe. Nie będziecie mieć żadnych wątpliwości, o jakiej rozmowie mówię, gdy przeczytacie tę książkę.

Na szczęście w naszym kraju „Śmierć Komandora” nie jest objęta żadną cenzurą i gdy tylko pojawi się na półkach księgarń, nikt nie będzie miał żadnych ograniczeń w kupowaniu czy czytaniu. A warto! Jeżeli tęsknicie za dawną magią Murakamiego, to nie wahajcie się. Znajdziecie ją właśnie w tej książce.

Premiera 17 października 2018




2 komentarze:

  1. Zdecydowanie wiem, o jakiej rozmowie mówisz. Moje brwi powędrowały tak samo wysoko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyż nie? Czułam się bardzo niekomfortowo czytając ten fragment. Ciekawe, czy ta cenzura to właśnie przez to.

      Usuń