środa, 17 października 2018

O tym można rozmawiać tylko z królikami - Anna Höglund


Są książki, które nie kończą się wraz z przeczytaniem ostatniego zdania. Ich słowa zostają w nas i ciągną historię dalej w naszych myślach, albo zataczają w nich koło. I jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze… Są historie, które zna się, zanim się je przeczyta, bo już ma się je w sobie. I są rzeczy, o których można rozmawiać tylko z królikami.

Książka Anny Höglund znalazła mnie sama. Jeden krótki cytat wystarczył, bym zatrzymała się przy nim na dłuższą chwilę i zapragnęła przeczytać całą książkę. Bo tak naprawdę już znałam tę historię, opowiadam ją sama od dawna. I myślę, że wielu czytelników tej książki będzie miało podobne odczucia. „O tym można rozmawiać tylko z królikami” po prostu wiele rzeczy niezwykle trafnie nazywa po imieniu.


Zdawać by się mogło, że to książka do przeczytania w zaledwie pięć minut. 60 stron, z których większość to ilustracje, natomiast tekst pojawia się na co drugiej i zawiera się w jednym lub dwóch zdaniach. Można pomyśleć, że tę książkę można po prostu przekartkować i już. Nic bardziej mylnego… Tutaj każde zdanie, każde słowo, a nawet każda sylaba ocieka tak ogromnym bagażem emocji, że przy każdym przewróceniu kartki spazmatycznie zaczerpuje się oddech, a brzmienie przeczytanego dławi gardło na zmianę ze łzami. Bo ta historia zmusza i do łez, i do przemyśleń, i do milczenia na zewnątrz i wewnątrz.

Z tyłu książki przeczytamy, że jest przede wszystkim dla nastolatków. Ale nie dajcie się zwieść. To historia także dla tych, którzy czuli się inni, niezrozumiani, lub nie byli w stanie wykrztusić z siebie słowa ze strachu. To opowieść o trwaniu w tym szarym miejscu, które choć znajduje się tuż obok innych, zdaje się być w strefie niewidzialności. Uderza w samo sedno i wiele rzeczy nazywa po imieniu. Autorka naprawdę doskonale wie, że o niektórych rzeczach można rozmawiać tylko z królikami…


I tylko koniec tej książki rozchodzi się we mnie mocnym zgrzytem. Bo cała opowieść, to tak naprawdę brnięcie przez ogrom cierpienia, natomiast dwie ostatnie strony przenoszą nas w stan „po terapii”, w samopoczucie osoby, która przepracowała w sobie naprawdę wiele. I czuje się, jakby z powieści wypadło kilka bardzo ważnych fragmentów, jakby ta ścieżka do „dobrego zakończenia” kompletnie została pominięta. I mimo tej „dziury”, ta książka kończy się dobrze. A to bardzo ważne, ponieważ  ten koniec daje siłę, by przełknąć  wszystko to, czego dowiedziały się króliki.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz