niedziela, 16 września 2018

Tajemniczy czarny kot - Nathalie Semenuik



Istnieje rosyjska piosenka o czarnym kocie, której refren znaczy mniej więcej: Mówią, że będziesz miał pecha, jeżeli czarny kot przejdzie ci przez drogę. Ale póki co jest na odwrót – pecha ma jedynie czarny kot. I książka, o której dziś opowiem, potwierdza to niemal każdą stroną. Czarne kocisko niejedno musiało wycierpieć przez kolor swojej sierści i bezpodstawne zabobony.

Tajemniczy czarny kot to drobna, pięknie wydana książka licząca zaledwie 140 stron.  Mimo swojej objętości pomieściła nie tylko historię czarnego kota niemal od zarania dziejów, ale także parę wierszy o nim i przeróżne ilustracje. Znajdziemy tu informacje o tym, jak to koty były niegdyś bóstwami oraz o ciężkich dla nich czasach średniowiecza. Dowiemy się, jaki miała związek dżuma z licznym tępieniem kotów oraz który z papieży przywrócił kota do łask. W moim ulubionym rozdziale Kot z legendy przeczytamy kilka legend z przeróżnych zakątków świata. Znajdziemy też caluteńki rozdział o przesądach, a w nim przeróżne wierzenia i zabobony związane z czarnym kotem u różnych narodów.



Szczególnie dla kobiet los czarnego kota wyłaniający się z tej książki powinien być niezwykle bliski. Wszak dla nas także średniowiecze było ciężkim czasem. Za okruch wiedzy o ziołach można było przecież spłonąć na stosie. A czarne koty płonęły razem z nami. Byłam niedawno na wykładzie o kobiecych archetypach i powiedziano tam, że kobieta i wilk mają ze sobą sporo wspólnego – po części dzicy, nierozumiani, potrzebujący wolności. Ale i kota przypisałabym do tej pary – pełen gracji, sekretów i budzący strach, jak wszystko co jest niezrozumiane. Podobieństwa nie do ukrycia.

Po lekturze tej książki, po przeczytaniu o paleniu kotów na stosach, o wrzucaniu ich w koszach prosto w ogień lub o zamurowywaniu w ścianach żywcem na szczęście, czuje się nie tylko gulę w gardle, lecz także i podziw - wszak przetrwały! Tak licznie tępione, szczególnie te czarne (aż dziwne, że nie wypleniono genotypu tego koloru), wciąż trwają przy nas, wciąż nam mruczą i ocierają się o nogi. Wczoraj spacerując po jednej z pod olsztyńskich wsi zobaczyłam z daleka kota. Wystarczyło jedno ciche kici, a zwierzak rzucił się do mnie w te pędy i w skoczył prosto w ramiona! Tak jakbym należała do niego od lat, a przecież widzieliśmy się po raz pierwszy. Wytarzał się we mnie i wymruczał mi calutkie swoje gardło. I w takich sytuacjach znając historię kotów, naprawdę dziki podziw i wzruszenie aż zapierają dech w piersi. Choć co tu wiele mówić, przecież my, kobiety-wiedźmy, także postanowiłyśmy żyć dalej, zapomnieć o stosach i bezpodstawnym okrucieństwie, choć kto wie, czy wybaczyłyśmy. A może i koty nigdy nie wybaczyły...



Bardzo mi się podobał wieczór z tą książką. Ale brakowało mi w niej jednego – zmieniłabym jej formę graficzną. W obecnej wygląda jak jedna  z takich książeczek z cytatami czy mądrymi myślami, które dorzuca się do prezentu, gdy torebka wydaje się zbyt pusta. A przecież ta książka zdecydowanie nie jest czymś podobnym. Ujednoliciłabym w niej grafiki, zrezygnowała z wytłuszczania cytatów z tekstu i wyodrębniania ich graficznie. Po prostu nadałabym jej poważniejszego tonu, a ilustracje zostawiłabym jednej osobie.

A poza tym… uważajcie na czarnego kota! Bo niepogłaskanie go naprawdę grozi mocnym pechem!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz