wtorek, 31 stycznia 2017

La La Land – film dla szeroko otwartych oczu


Gdy czytam opinie znajomych o tym filmie, to robi mi się słabo. Naprawdę? – chcę krzyknąć, ale milczę. Bo wiem, że każdy widzi to, co chce zobaczyć. A La La Land został podany na bardzo niejednoznacznym talerzu i trzeba szeroko otworzyć oczy, by zobaczyć, o czym on jest i skąd ten wór nominacji do Oscara.

„Los Angeles. Pianista jazzowy zakochuje się w początkującej aktorce.” – tak brzmi opis tego filmu na filmwebie. Tylko tyle. Kilka słów. Dalej widz musi już sam sobie poradzić. I albo zobaczy dziwną historie miłości albo znudzi się nagle zaczynającymi śpiewać aktorami albo rozkroi wzrokiem ten film i zobaczy, jak wiele on ma warstw.

To film ukryty w szczegółach i metaforach. Zdawało mi się, że ta właściwa historia wydarza się poza kadrem albo na drugim planie. To gra z widzem wbitym w stereotypy – nie daje nam scen, których pragniemy – niby jest o miłości, ale te najważniejsze momenty przeskakuje, połyka i przeinacza. A w to wszystko wplątuje jazz, który przemija, marzenia, które mają swoją cenę, i dawny Hollywood, którego już… nie ma (?). Opowiada o drodze do marzeń, pełnej wybojów i decyzji. O rozwidleniu, które pojawia się na drodze do osiągnięcia tego, czego się pragnęło. I o tym, że każdy wybór jest dobry i liczy się nasze własnej poczucie w sercu, że jesteśmy w odpowiednim miejscu. Można przewijać w głowie setki scenariuszy pt. Co by było, gdyby…, ale uśmiech na twarzy mówi sam za siebie – życie jest ciągiem decyzji i wśród nich nie ma ani złych, ani dobrych.

La La Land jest wielkim ukłonem dla hollywoodzkiego kina, które już dawno odeszło w zapomnienie. To jakby przytulić na nowo Deszczową piosenkę. To film, który z szacunkiem robi ukłon do tego, co przeminęło, ale za razem stara się pokazać to ponownie, zachwycić widza i zdobyć jeszcze trochę czasu.

- Idę do kina.
- Na co?
- Na La La Land.
- Nie idź. Jest beznadziejny.

albo

- Całe szczęście, że po :)
- Takie fajne, czy takie fatalne?
- Gunwo*

*pisownia oryginalna
** mam nadzieję, że znajomi nie pozwą mnie do sądu za cytowanie ich ;)

Ciekawe… Bo gdy idzie się na musical o miłości i nagle otrzymuje się nie do końca szarpiący emocje wątek romansowy i znośny śpiew aktorów, który nie rzuca na kolana, to momentalnie przykleja się łatkę beznadziejności i idzie się dalej. A gdzie refleksja? Bo może ten film wcale nie jest o tym, o czym się zapowiada, a może to wszystko jest bardziej przemyślane, niż nam się wydaje. O czym był Titanic? O miłości Jacka i Rose? Czy raczej ta miłość była narzędziem do opowiedzenia masy innych rzeczy i poruszenia bardzo mocnych tematów? To tak, jakby zjeść z tortu tylko wiśnie, którymi jest on udekorowany.

Ten film należy oglądać na dwa sposoby – albo szeroko otwierając oczy, by zobaczyć absolutnie wszystko, albo owe oczy mrużąc, by dostrzec sceny, które ukrywają się w tle, chowają się za aktorami i uciekają z kadru. I słuchać, ten film należy bardzo uważnie słuchać - tu żadne słowa nie padają przypadkowo, ani te, gdy aktorzy mówią o swoich pasjach, ani te z przesłuchań. Patrzcie i słuchajcie. 

15 komentarzy:

  1. W filmie grają moi ulubieni aktorzy, więc koniecznie muszę go zobaczyć!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Ci za ten tekst! Moim zdaniem najpiękniejsze jest właśnie w „La La Landzie” to, że przełamuje schematy – w końcu tam JEST happy end, tylko zupełnie inny niż te, do których przywykliśmy, z rzucaniem się sobie w objęcia i namiętnym pocałunkiem. Przez to właśnie daje do myślenia, nie pozwala o sobie zapomnieć, jest cudownie słodko-gorzki i każe nam myśleć o sobie, o swoich doświadczeniach, o tym, co w życiu ważne. Nie mam zastrzeżeń absolutnie do niczego – nawet ten „znośny” śpiew urzeka, bo brzmi bardziej naturalnie. Jutro wybieram się do kina po raz drugi, i obejrzę z największą przyjemnością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie! Ten happy end tam jest. W ogóle... wciąż mi nie może wyjść z głowy ta końcówka. Ach, jaka ona była dobra...

      Usuń
  3. Piękny film, piękna muzyka. Zostaje w głowie na długo obejrzeniu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się z Twoim zdaniem- ludzie zbyt powierzchownie podchodzą do wielu produkcji filmowych i zamiast doszukiwać się głębszego sensu, wolą to co podane ma na tacy każdy widz, bez względu na to czy miał okazję zobaczyć film czy nie. To trochę smutne i przygnębiające, ale miło się patrzy na osoby,które jednak wyciągają wnioski. Mam w planach ten film, z pewnością go obejrzę jeszcze w tym miesiącu. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To takie... bezrefleksyjne, prawda? Ja wiem, że wielu ma słabe zdanie o oscarach, ale jeżeli już któryś film ma nominacje, to jednak warto się zastanowić czemu jest tak doceniany...

      Usuń
  5. La la Landu jeszcze nie oglądałam, więc nie będę się wypowiadała na temat filmu, spotkałam się jednak z bardzo ciekawą opinią, że to dobry film, ale nie powinien dostać tyle nominacji (często jest tu porównywany do Titanica), bo Titanic to było swojego rodzaju wydarzenie, ten film jakoś się zapisał w naszej filmowej historii, a La la Land jest przyjemny, ale Titanicowi do pięt nie dosięga. Co o tym myślisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to są dwa różne filmy, składają hołd różnym rzeczom i ich ścieżki bardzo się rozbiegają. I według mnie to, że La la dostał tyle nominacji - to rewelacyjna sprawa, bo pokazuje, jak myślące osoby są w oscarowym jury.

      Usuń
  6. Opowiedz więcej,na czym te warstwy polegają. Bo ja ich nie zobaczyłam, dla mnie wszystko co piszesz było jasne, nie ukryte, powiedziane w tym filmie wprost. I dlatego dziwię się tym narzekającym, jakby oglądali inny film. To zresztą nie pierwsza sytuacja. "Toni Erdmann" też zbiera tyle opinii ile osób go widziało i rzadko bywają one zbieżne.

    Najbardziej mnie urzekła pierwsza, ta bajkowa część podsumowana jakże uroczym tańcem w chmurach. W niej był ten ukłon w stronę dawnego Hollywood (Buntownik bez powodu, Casablanca, kino Rialto!), i to muśnięcie musicalem (te soczyste kolory to też cytat z jakiegoś musicalu, prawda?). Potem zaczęła się opowieść o realizacji marzeń, która już tak urocza nie była, bo to zderzenie ich z rzeczywistością. I na końcu sentymentalny, słodko-gorzki, melodramatyczny "happy" end.

    Opowiedz, proszę, więcej tych szczegółach i metaforach, bo może coś mi umknęło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 Ja na pewno sama nie wszystko wyłapałam, ale widziałam jak się łączą teksty, które padają na przesłuchaniach z wydarzeniami z prawdziwego życia bohaterów. Widziałam, jak zmienia się kolor ubrań w miarę zmiany emocji. Jak mówi światło, jak księżycowa noc, nagle zmienia się w świt. I te kręcone na drugim planie sceny z filmu! I ta scena na początku, wyglądająca jakby została nakręcona jednym ujęciem...

      A która scena Ci się najbardziej podobała? Mnie chwyciła za serce ta, gdy Mia zmienia buty ze szpilek na te do tańczenia. Ach!

      Usuń
    2. Chyba muszę jeszcze raz obejrzeć :) Wspomniany taniec w chmurach. No i to spojrzenie na koniec, które połączyło bohaterów w słodko- gorzki sposób, tyle wyrażające miłości, smutku, wdzięczności. No i to mijanie się bohaterów parokrotne, i ten niekomercyjny jazz grany na żywo, moment, w którym Mia dostrzega Sebastiana grającego na fortepianie, a on jej nie. :)
      Zapamiętałam też scenę, w której Mia gra na castingu w kurtce, bo ma poplamioną kawą bluzkę, (udaje rozmowę przez telefon, oczywiście ktoś przeszkadza, jak zwykle), a gdy wychodzi na swoją kolej czekają tam inne młode aktorki, pewnie też kelnerki, bo w identycznych białych bluzkach - fajnie pokazany los początkujących aktorek w LA.

      Usuń