niedziela, 18 września 2016

Literacka wędrówka: Szukając Ferrante

Zdawałoby się, że to dość szalony i zdecydowanie bezsensowny pomysł. Bo jakże to – w ciągu dwóch dni znaleźć pisarkę, której rzeczywistej tożsamości nie zna absolutnie nikt? Karkołomne, szalone, nie do wykonania. A jednak to zrobiłam. Odważyłam się i znalazłam ją, wiesz?

Chciałam odnaleźć jej smaki i zapachy, wypić kawę z myślą, że ona pije taką każdego dnia, zagubić się w wąskich uliczkach, którymi ona mogła wędrować, rozmyślając o kolejnych powieściach. Przysiąść na ławce, gdzie być może ona zapisywała coś w swoim notesie. Chciałam spojrzeć na Włochy jej oczami.

I nie chodziło mi o odwiedzenie miejsc wspomnianych w cyklu neapolitańskim, a o wyłapanie obecności Ferrante w powietrzu. O otrzymanie uśmiechu Włoszki, która zobaczyła znaną jej książkę w polskim przekładzie, o rozmowę, o spojrzenia i drobne gesty. O samą obecność Eleny obok mnie w ciągu tych kilku dni.

Znalazłam ją na swój własny sposób. Zobaczyłam ją w szczegółach, w wąskich przesmykach, na półkach księgarni i między pulpitami w bibliotece. Znalazłam ją w aromacie kawy i w zapachu ciepłych piadini. Widziałam jej cień na kostce brukowej i wyłapałam jej głos w ludzkiej kakofonii. Słyszałam jak skrzypi jej pióro sunąć po notesie i jak lekko drży powietrze, gdy ona uderza o klawisze maszyny do pisania. Bo szukanie i znajdowanie mają to do siebie, że bywają różne, a jeżeli chodzi o pisarzy, a szczególnie o Elenę Ferrante, to sedno tkwi w szczegółach.










  

  

~*~

Po więcej wędrówek zajrzyj tutaj




2 komentarze: