czwartek, 25 sierpnia 2016

Książka mojego życia (2016)

Jakiś czas temu zaproszono mnie na instagramie do pokazania książki życia. Dopiero wtedy odkryłam z jaką łatwością ludzie są w stanie wytypować taką książkę. Mały książę, Muminki, Rok 1984, Potęga podświadomości, Sto lat samotności… - tytuły sypały się wokół mnie jak deszcz. Tak wiele zapytanych przeze mnie osób odpowiadało bez żadnego zastanowienia, a ja wciąż nie wiedziałam. A odpowiedź była bardzo prosta, zawsze miałam ją w zasięgu ręki. Dosłownie. Bo jest taka książka. Ta jedyna. Najważniejsza.

Ale zanim zdradzę wam ten najważniejszy tytuł, musicie wiedzieć, że w moim życiu jest masa ważnych książek. Właściwie każda książka, którą biorę do ręki czegoś mnie uczy. Albo pokazuje mi świat, o którym nie miałam pojęcia, albo widzę w niej samą siebie, albo daje mi odkrywcze rady, albo… uczy mnie wytrwałości przy czytaniu jej trudnego tekstu. Lub też ćwiczę uległość – bo jeżeli książka nie jest dla mnie, męczy, nudzi albo nie jestem jeszcze na nią gotowa, to nie upieram się, że przeczytam ją teraz.

Z książkami życia to jest tak, że na każdym etapie może być to inny tytuł. I każdy z nich zostawia w nas olbrzymi ślad. Zebrałam tu kilka wyjątkowo ważnych dla mnie książek. I to tylko tych, które teraz przyszły mi do głowy. Ot, spontaniczne zestawienie…
Jednak wśród tych wszystkich tytułów jest jeden, który od jakiegoś czasu jest niesamowicie bliski mojemu sercu. Pamiętacie, w podsumowaniu poprzedniego roku wspominałam o jednej książce, którą wycięłam sobie na sercu i obiecałam Wam o niej opowiedzieć. Cóż… właśnie nadszedł ten moment.

To książka, w której się zaczytuję i boję się ją skończyć. Docieram do przedostatnich stron i cofam się znów do początku. Chcę w niej trwać, połykać ją fragment po fragmencie, zakreślać coraz to nowe cytaty, aż podkreślę każde jej słowo. Zgrałam się z nią jak tryby w zegarze – idealnie pasuje do mojej duszy. Wycięłam ją sobie na sercu i zostawiłam jej ślad na mojej skórze.
Czytam ją, kiedy świat wokół staje się nie do zniesienia, gdy powietrze jest tak gęste, że aż dusi. Czytam ją, gdy jestem tuż po podjęciu ogromnie ważnej i trudnej decyzji i jeszcze boję się podnieść oczy na świat, który zmienił się, bo już dokonałam wyboru. Czytam ją, gdy jestem radosna, bo chcę, by czuła moje szczęście. Czytam ją, gdy nie mogę spać, czytam ją we śnie i czytam ją, gdy brakuje we mnie słów.

Szum Magdaleny Tulli wkradł się do mojego życia sam. To nie ja sięgnęłam po niego, to on wykonał pierwszy krok i stwierdził, że chce mnie przeczytać. I tak czytamy się nawzajem od tamtego momentu. To książka trudna, a zarazem łatwa. Można ją połknąć w jeden wieczór, a można rozkoszować się jak kawiorem. Jest książką-drogą, którą przechodzi się samemu i nikt nie powie, co jest na jej końcu.
Tak jak mówiłam, wciąż ją czytam. Nie umiem jej zakończyć. Nie umiałabym napisać jej recenzji. To moja przyjaciółka, a przyjaciół się nie recenzuje, ani nie ocenia. Kocham ją taką jaka jest, przyjmuję ją całkowicie i stale poznaję od nowa.

Czy ją polecam? Tak. Choć wiem, że w różny sposób trafia do różnych serc. Są chwile na Szum, a są momenty, gdy lepiej go odłożyć. Można skubnąć samymi ustami kilka pierwszych stron i wtedy już się wie, czy to jest ten moment, gdy możemy zaczerpnąć więcej, czy raczej poparzymy sobie wnętrze policzków. Jeżeli już jesteście po lekturze, myślę, że wiecie, o czym mówię. Jeżeli nie, to… jestem pewna, że czujecie, co należy zrobić.

11 komentarzy:

  1. Moja koleżanka pisała pracę magisterską o twórczości Tulli, ale ja nie znam autorki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och praca mgr o Tulli... Z ogromną chęcią bym ją przeczytała :)

      Usuń
  2. Tak bardzo dobrze cię rozumiem! Mam podobną relację z "Źródłem" Ayn Rand, który gorąco polecam! Z pewnością zabierze kolejny kawałek twojego serca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie bardziej porwał "Atlas zbuntowany" ale może to przez to, że czytałam tą książkę jako pierwszą, albo dlatego, że Roark nieco mnie denerwuje...

      Usuń
    2. Alasko, na pewno sięgnę po "Źródło", ale najpierw "Atlas zbuntowany" - jego mam w planach od jakiegoś czasu za sprawą panny B., która widzę, że już się tu wyżej objawiła ;)

      Usuń
  3. Ja chyba nie umiałabym wymienić jednej..pojawiło się ich w moim czytelniczym życiu tak wiele.. Również uwielbiam Terakowską i Zafona :-) "Szumu" nie czytałam, ale skoro tak intrygująco polecasz to z pewnością to zrobię :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jedną trudno wymienić... Długo się zastanawiałam nad tym i dałam "Szumowi" czas, by się porządnie w moim życiu zakorzenił :)

      Usuń
  4. Do tej pory chyba jeszcze nigdy nie słyszałam o tej książce, na pewno przyjrzę jej się bliżej.
    Nie wiem, czy potrafiłabym definitywnie wybrać jedną taką książkę. Co prawda "Nasze szczęśliwe czasy" miałyby bardzo solidną kandydaturę, ale nie jestem jeszcze całkiem pewna, czy to rzeczywiście to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba sięgnę po te "Nasze szczęśliwe czasy" ;) Dzięki!

      Usuń
  5. Cudne musi być posiadanie takiej książki, takiego uczucia do niej. Ciekawe jak to jest i czy mnie też to kiedyś spotka ;)

    OdpowiedzUsuń