piątek, 5 sierpnia 2016

Subiektywnie o Festiwalu Języka Polskiego w Szczebrzeszynie


…a Szczebrzeszyn z tego słynie,
że tam język dźwięczy w trzcinie,
polski język, z ogonkami,
i urokiem swoim mami…

Może mami, a może nie mami.  Bo nie wiem, czy wiecie (ja nie wiedziałam), ale to już drugi z rzędu festiwal języka polskiego odbywający się w tej niewielkiej miejscowości. Jej nazwę znają wszyscy z wiersza Jana Brzechwy, ale już z samą lokalizacją jest trudniej. Sama, gdy dowiedziałam się, że jadę tam pełnić misję księgarską, pierwsze co, to siadłam do mapy, by sprawdzić, gdzież to jest. Otóż Szczebrzeszyn jest o tu:


Pełna nazwa brzmi Festiwal Stolica Języka Polskiego i choć spędziłam na tym festiwalu 4 dni, nie zauważyłam większego akcentu na język polski. Królową była literatura. Rozmawialiśmy o tłumaczeniu Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk na język szwedzki, o teatrze rosyjskim z reżyserem Iwanem Wyrypajewem, o grubych powieściach takich jak Małe życie… i gdzieś ta głośna nazwa języka polskiego uciekła w głąb i schowała się pod scenę. Powiedziałabym raczej, że był to Festiwal Polskiej Literatury i bezpiecznie dodałabym dopisek i nie tylko.

Ogromnym atutem tego festiwalu jest przede wszystkim miejsce. Niemal na środku łąki stoi wielki namiot, otwarty po obu stronach, gdzie z jednej wychodzi się na łąkę z poustawianymi na niej leżakami i fotelami z palet, a ciut dalej płynie rzeka Wieprz, w której z przyjemnością można moczyć nogi przy czytaniu książki. 


Zaczarowały mnie spotkania z pisarzami, a przede wszystkim dwa wieczory z Wiesławem Myśliwskim. Już na samym początku festiwalu porwał mnie całkowicie swoimi słowami. Nie było to zwykłe spotkanie, a audycja w Trójce na żywo. Myśliwski wraz z Nogasiem usiedli na scenie, założyli słuchawki, w namiocie wyłączono wszelkie światła, by nikogo nie kusiły wędrówki do księgarni czy kawiarni, poproszono o ciszę… Ha, ha – pomyślałam sobie. – Cały namiot pełen ludzi, niektórzy z kawą czy herbatą. Cisza? No błagam, bez szans. Coś komuś spadnie, ktoś kaszlnie, komuś filiżanka za głośno stuknie o spodek. Cisza? No way!

I wiecie co? Gdy tylko zaczęła się rozmowa, zapadła absolutna cisza. I trwała ona przez całą audycję. Ani jednego kaszlnięcia, ani szmeru. Masa osób siedziała niemal w bezruchu, całkowicie zasłuchana. A rozmowa ta miała wielką moc. Mnie osobiście kilka razy doprowadziła do łez wzruszenia. Żałowałam, że nie mam przy sobie notesu, by móc to wszystko zanotować. Poruszyła mnie do głębi historia o holenderskim czytelniku, który umierając na raka przeczytał Kamień na kamieniu i po lekturze zapisał cały swój majątek autorowi. Uderzyła we mnie teoria Myśliwskiego o tym, że teraźniejszość nie istnieje, że jest tylko przeszłość i przyszłość. I rozbawiły mnie słowa: Pytają mnie o czym są moje książki. Gdybym to wiedział, napisałbym nie powieść, a aforyzm.

Audycję można posłuchać tutaj. Warto!


Spotkanie z Grażyną Plebanek i jej nowa książka Pani Furia ujęły mnie bliskością tematu emigracji, Mellerowie jak zwykle rozbawili i natchnęli na pojechanie do Gruzji po raz trzeci, Iwan Wyrypajew dał do myślenia nad realnością świata, Grzegorz Kasdepke jak zwykle wypełnił mnie uśmiechem od palców u nóg aż po czubek głowy, Szczepan Twardoch kusił uprawianiem boksu. A na spotkanie z Olgą Tokarczuk, na które czekałam najbardziej, przybiegłam za późno i gdy okazało się, że nie ma ani jednego wolnego miejsca, usiadłam w rzędzie zero, czyli prosto pod sceną, na ziemi. Było twardo ale kto by się tam przejmował!


W ogóle cały festiwal był dla mnie tylko spotkaniami autorskimi, choć proponował o wiele więcej atrakcji, bo i warsztaty przeróżnej maści, i zwiedzanie Szczebrzeszyna, i pokazy filmowe. Ale z racji tego, że byłam tam służbowo (księgarzyłam wraz z Autorską), nie na wszystko znalazłam czas. Ale to nie spotkanie autorskie poruszyło mnie tam najbardziej…

Najgłębiej do mojego serca dotarł spektakl Wiesława Myśliwskiego Drzewo. Łąka przed namiotem zamieniła się w scenę i oglądało się, siedząc na kocyku na trawie, otulając się drugim kocykiem, bo rzecz się działa późno, a noc była wyjątkowo zimna. Jednak ani zimno, ani niewygoda, nie były w stanie zgonić mnie z miejsca, tak magiczny był to spektakl. Opowiadał o starym Marcinie, który wszedł na drzewo (i całe przedstawienie na tym drzewie spędził), by owo drzewo chronić przed ścięciem, gdyż stało dokładnie tam, gdzie miała biec autostrada. Pojawiały się w tym przedstawieniu postacie przeróżne, jak żywe, tak i już zmarłe. Magia wsi opanowała całą łąkę i właściwie zapomniałam, że to teatr, że to Szczebrzeszyn, że to Ziemia. 


A spektakl ten jest grany już od 15 lat i towarzyszy mu niesamowity zwyczaj chłopski. Bo niegdyś wierzono, że drzewo przed ścięciem ochroni umieszczona na nim kapliczka. I dlatego aktorzy na przytwierdzają ją na każdym drzewie, przy którym grają. W Szczebrzeszynie też już taka jest… Znalazłam też na YT fragment spektaklu z 2009 roku, choć nagranie nie oddaje magii nocy i zapachu zieleni jaka wypełnia przedstawienie.


Cały festiwal i uważne słuchanie pisarzy doprowadziło nas, księgarzy, do pewnego ciekawego wniosku… Otóż Wiesław Myśliwski denerwuje się, gdy ktoś pyta go, o czym są jego książki i odgraża się, że nie ma pojęcia. Iwan Wyrypajew mówił o tym, że gdy reżyser bierze do ręki tekst, który chce wystawić na scenie, nie jest mu potrzebna rozmowa z autorem, bo autor niewiele mu pomoże, ponieważ nie wie, o czym jest ten tekst, napisał go dzięki natchnieniu, wypuścił w świat i na tym kończy się jego rola. Szczepan Twardoch także wspomniał o czymś podobnym. I stąd pojawiła się u nas refleksja – a co z biednymi gimnazjalistami i licealistami, którzy wiecznie głowią się nad pytaniem (błędnie ujętym) – CO AUTOR MIAŁ NA MYŚLI? I wałkują w kółko interpretacje, a potem na egzaminach mają trafić w klucz. A przecież ile ludzi, tyle interpretacji. I skoro już trwa taki festiwal noszący dumną nazwę Stolica Języka Polskiego, to czy nie powinien on pochylić się nad tematem nauczania owego języka?

W objęciach Chrząszcza, który jest Świerszczem :P
Już jestem w domu... Wciąż w kółko przeglądam festiwalowe zdjęcia. Obok mnie leżą dwie podpisane przez autorów książki - Traktat o łuskaniu fasoli i Pani Furia. Moje włosy nadal kryją w sobie zapach szczebrzeszyńskiej zieleni, a ciało jest pokryte ugryzieniami całej gamy tamtejszych insektów. Jestem zmęczona i mam ochotę przespać co najmniej 48 godzin. A przy tym żałuję, że nie mogłam zostać na całość festiwalu, że ominie mnie spotkanie z Michałem Rusinkiem, że nie posłucham Mariusza Szczygła, że nie będzie mi dane zdobyć autografu w Wilkach Adama Wajraka. Może za rok…

Oby za rok ten festiwal także się odbył. Bo mimo wielu niedociągnięć, jest wspaniałą sprawą. Przecież wydawało się niemożliwe, by ściągnąć w jedno miejsce tyle ludzi z całej Polski – czytelników i pisarzy. A jednak się udało. I świadczy to o tym, że książki wciąż łączą ludzi, są ogromnym magnesem, który przyciąga. A słowa w nich zawarte mają wielką moc.

Jeżeli macie ochotę na wizualizowanie sobie festiwalu, to zerknijcie na album zdjęć umieszczonych na facebooku o tutaj – starałam się w miarę na bieżąco go aktualizować. A tutaj poniżej znajdziecie parę migawek z samego Szczebrzeszyna, który jest niezwykłym dopełnieniem festiwalu. 















#festiwalstolicajezykapolskiego

4 komentarze:

  1. Cudowna relacja i wspaniałe zdjęcia, żałuję, że mnie tam nie było... Ale może za rok ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna relacja, aż zazdrość bierze, że mnie tam nie było (ale zdrowa, oczywiście ;). Również mam nadzieję, ze festiwal odbędzie się za rok, może wtedy będzie mi dane pojechać? ;)
    /Pozdrawiam,
    Szufladopółka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak mówiłam... zjazd! Wynajmiemy pensjonat i zrobimy mega imprezę :D

      Usuń