piątek, 1 lipca 2016

Po co nam te wyzwania?

…czyli osobista refleksja o wyzwaniu letteringowym,
w którym nie chciałam brać udziału.

Wyzwanie czytelnicze! Wyzwanie pocztówkowe! Wyzwanie odchudzające! Wyzwanie letteringowe! Kolorystyczne, jedzeniowe, myślowe, motywacyjne… Jest tego absolutna masa. Blogerzy, celebryci, znajomi z każdej strony proponują nam coraz to nowe wyzwania. Albo informują, że w jakimś wyzwaniu biorą udział.

Obchodziłam tę zabawę bokiem. Raz czy dwa spróbowałam brać udział w wyzwaniu czytelniczym, co elegancko zawaliłam niemal po tygodniu, bo często nie mam czasu na czytanie książek, na które mam ochotę, a tu nagle przybywała do mojej listy must read kolejna dyszka nowych tytułów. W ramach protestu utworzyłam także własne, luźne wyzwanie NieCzytelnicze i na tym moja przygoda się zatrzymała.

A potem padłam ofiarą wyzwania letteringowego. Jak? Ot, spędzałam weekend u Mirandy w Pracowni Pocztówek i w ten właśnie weekend u Zenji zaczynało się to wyzwanie, a wspomniana Miranda orzekła, że mam spróbować. Zrobiła to dość dyplomatycznie, bo w urokliwej francuskiej knajpce przy szklaneczce bardzo zdradliwego ponczu… Poncz był truskawkowy, zapewne właśnie dlatego się zgodziłam. 

Wyzwanie polegało na pisaniu każdego dnia jednego słowa lub hasła i zaczynało się od napisania własnego imienia. Popijając słynny już w moim życiu poncz, nabazgrałam od niechcenia własne imię. Bez zastanowienia, bez koncepcji, ot po prostu… W mojej świadomości to był zwykły bazgroł. I nagle usłyszałam zachwyt Mirandy. Spisałam to jednak na poncz. Wrzuciłam Wiktorię na Insta i... wtedy zachwyciła się organizatorka wyzwania - Zenja. A ona chyba ponczu nie piła, choć kto wie... A potem poleciały serduszka. Słowem, łasa na komplementy, wkręciłam się.

Ale dopiero po kilku dniach zrozumiałam, po co dokładnie było to wyzwanie…



Każdego dnia zaczynałam wymyślać, jak ja napiszę kolejne słowo, jakich kolorków użyję, na czym to zrobię, czy w notesie, czy na innej ładnej karteczce, z czym mi się kojarzy dane słowo, do czego jest podobna taka a taka literka. A gdy uderzyły upały i miałam masę pracy, cierpiałam, że opuszczam dzień po dniu kolejne hasła z wyzwania. Wtedy już wiedziałam, po co dokładnie ono jest.

Bo widzicie… nie chodzi o to, by każdego dnia zdążyć z hasłem, ani o to, by dodać sobie dodatkowy obowiązek, ani na pewno o to, by przez jakiś moment przynależeć do nowego stada. Chodzi o kreatywność! O odkrycie w sobie czegoś, po co normalnie byśmy nie sięgnęli. Przecież na co dzień nie wypisuję swojego imienia na domkach, ani nie rysuję Pałacu Kultury. Nie przyszłoby mi to do głowy. A to wyzwanie pokazało mi, że te wszystkie rzeczy gdzieś we mnie są i że potrafię po nie sięgnąć. Ba, wyzwoliły we mnie o wiele więcej pomysłów na różne szkice i rysunki.

Właśnie o to chodzi w wyzwaniach i dokładnie po to nam są. Byśmy mogli siebie odkrywać, próbować nowych rzeczy i poznawać własne pomysły, dłonie i kreatywność. 


13 komentarzy:

  1. No popatrz tylko! A mojego wyzwania nie przyjęłaś :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli wyzwanie stało się swego rodzaju terapią, poznaniem siebie i dokopaniem się do czegoś ciekawego :) Brawo! I super, że mogłyśmy razem tworzyć kreatywny świat :)
    PS Faktycznie, nie piłam truskawkowego ponczu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze raz bardzo bardzo Ci dziękuję za tę przygodę :D

      Usuń
  3. I pewnie ja dlatego po połowie roku dalej dzielnie i wytrwale czytam :D
    Kreatywność w wynajdywaniu książek: level ekspert ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z dzikim biciem serca obserwuję Twoje wyzwanie! :D

      Usuń
    2. <3
      to powiem Ci w tajemnicy, że pozytywne zakończenie jest bardzo realne :D bo patrząc na statystyki mam porównywalną z zeszłym rokiem liczbę przeczytanych stron... tylko tak baaaaaardzo tęsknię za grubymi książkami [w tym roku tylko 15 miało więcej niż 300 stron] i w przyszłym roku wyczuwam czytanie cegieł :D

      Usuń