wtorek, 14 czerwca 2016

Zapach miasta: Tbilisi

Zaledwie dwa miesiące temu pisałam wam, że Gruzja jest jak wiecznie trwający piątkowy wieczór. Zatem nie dziwi was zapewne fakt, że w chwili, gdy zaczęłam dłuższy urlop, momentalnie uciekłam właśnie tam. Wszak pięć piątkowych wieczorów z rzędu nie trafia się codziennie. I tym razem spędziłam owe wieczory w Tbilisi, stolicy Gruzji.

Ten kraj ma tak wiele rzeczy do zobaczenia, że oczy zaczynają piec już po pierwszej godzinie. Miałam nieodparte wrażenie, że zmieniłam się w patrzenie. Calutka – głowa, ręce, kolana, brzuch – byłam oczami. Masą rzęs, tęczówek i źrenic. Patrzyłam, oglądałam, obserwowałam. Robiłam to całą sobą, by w nocy zmienić się w pamięć i wszystko, co zobaczone, zachować w sobie już na zawsze.

I choć tyle w Tblisi było do obejrzenia, to stale miałam chęć po prostu usiąść w miejscu, przymknąć oczy i tak zostać. Bo tam całe powietrze nasycone jest niesamowitym spokojem. Można by powiedzieć, że wszędzie lata zen i nawet nie trzeba go łapać. I mogłabym właśnie tak spędzić wszystkie pięć dni – siedząc, wypełniając płuca zenem i grzejąc się w słońcu.

I robiłam to, ale nie tylko. Bo też jeździłam, zwiedzałam i patrzyłam. Dzięki czemu mogę pokazać wam to, co udało mi się zachować nie tylko w pamięci, ale i w aparacie.



Mapy… Gruzini kompletnie, ale to kompletnie nie rozumieją, po co mi mapa. Co więcej, po co ja ją im pokazuję, prosząc, by wskazali mi, jak gdzieś dojść. Przecież mogą wytłumaczyć, że w lewo, potem w prawo, potem ciut w bok, prawy albo lewy, nie pamiętają dokładnie, a właściwie to… droga sama mnie poprowadzi.






A tak wygląda moje imię napisane po gruzińsku <3
Suchy most. To… takie miejsce, gdzie jest wszystko. Absolutnie wszystko. Bazar powiecie… Oj nie, to zdecydowanie coś więcej niż bazar.






Domki, uliczki, podwórka… Każde z tych miejsc jest przesycone klimatem, a ugina się nie ze starości, a z masy historii, jakie ma w sobie. I tak, nie są to porzucone miejsca, tu mieszkają ludzie. I dla kontrastu tuż obok starych budyneczków, są niezwykle nowoczesne budowle.

Trawnik na ścianie? A czemu nie!















I jedzenie… O losie, jakie w Gruzji jest jedzenie. Po miesiącu na pewno ważyłabym ze sto kilo. Dlatego teraz po powrocie zaczynam dzikie odchudzanie.









Łapię zen w konnym tramwaju... ;)


  
















Ja patrzyłam na Gruzję… a Gruzja patrzyła na mnie. Bo w pewnym momencie zostałam atrakcją turystyczną i chmara dzieciaków obstąpiła mnie z każdej strony i zaczęła cykać mi zdjęcia i selfie. Tak, już wiem, jak to jest być gwiazdą… Skończyłam obsypana masą komplementów i obdarowana kwiatami.








O zapachu Gruzji pisałam także tutaj :)

6 komentarzy: