środa, 1 czerwca 2016

5 bajek obowiązkowych dla dorosłych

Baśnie, bajki, opowiastki… Zdawałoby się, że  są adresowane tylko i wyłącznie dla dzieci. Ale tak nie jest. Osobiście nigdy nie przestałam sięgać po bajki i nie uważam, że są tylko i wyłącznie dla dzieci. Ba, pracując w księgarni często widzę dorosłych, którzy wędrują do działu dziecięcego, by wybrać sobie lekturę na wieczór.

Co takiego jest w bajkach? One uczą. I robią to w najprostszy z możliwych sposobów. Owszem, powieści dla dorosłych pokazują nam zawiłe meandry ludzkiej psychologii, natomiast bajki ukazują to, co jest dla nas najważniejsze.
A skoro dziś jest dzień dziecka, to mam dla was pięć bajek, po które zdecydowanie powinien sięgnąć każdy, kto ma więcej niż osiemnaście lat.

„Wszystko wiecznie się powtarza, dzień i noc, lato i zima, świat jest pusty i bez sensu. Wszystko kreci się w kółko. Co powstaje, musi przeminąć, co rodzi się, musi umrzeć. Wszystko się znosi, dobro i zło, głupota i mądrość, piękno i brzydota. Wszystko jest puste. Nic nie jest realne. Nic nie jest ważne.”
To historia, która niemal w bolesny sposób przypomina nam o tym, kim byliśmy, gdy byliśmy dziećmi. Wyciąga z zakurzonej pamięci wszystkie nasze dziecięce marzenia i strachy i konfrontuje nas z nimi. A przy tym jest po prostu epicka, w pełnym znaczeniu tego słowa. Głęboka, szkatułkowa, baśniowa.
Do przeczytania co najmniej raz na 5 lat.

„Ja wcale nie chcę wszystkiego, czego pragnę. Nikt tego nie chce. Nie tak naprawdę. Co to za zabawa dostawać wszystko, o czym się marzy, tak po prostu? Wtedy to nic nie znaczy. Zupełnie nic.”
Niby jest o dziewczynce, której rodzice poświęcali za mało uwagi, i przez to owa dziewczynka przeszła do świata, gdzie miała drugich takich samych rodziców, tylko że z guzikami zamiast oczu…
Ale tak naprawdę jest to książka o tym, jak mało zwracamy uwagę na innych i… na samych siebie. Na swoje własne szalone pomysły, fantazje i chęci. Machamy ręką na nasze wewnętrzne dziecko i zajmujemy się poważniejszymi sprawami. Koralina ostrzega przed tym i pokazuje, co może się stać, jeśli nie zmienimy tego stanu rzeczy.
Do przeczytania co najmniej raz na 3 lata.

„– A ty jak się masz? – spytał Puchatek.– Nie bardzo się mam – odpowiedział Kłapouchy. – Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał.”
Szczerze, to nigdy nie lubiłam tej książki. Gdy byłam mała, strasznie mnie nudziła. Ale teraz sięgam po jej fragmenty, kiedy czuję się mniej bardziej, albo kiedy chcę nie chcieć. Wtedy pomaga mi Kłapouchy. Jego podejście do życia wspiera mnie, gdy leżę w łóżku i mam wyrzutY sumienia, że w nim leżę, zamiast robić miliard ważnych rzeczy.
Trudno w jednym zdaniu określić o czym jest ta książka. Właściwie... jest o wszystkim. To trochę jak Biblia naszej duszy. Każdy znajdzie w niej pocieszenie, choćby otwierał ją na chybił trafił.
Do przeczytania w chwilach smutku. Można czytać fragmentami.

„Są tacy, co zostają w domu, i tacy, co odchodzą. Zawsze tak było. Każdy może sam wybrać, ale musi to zrobić, póki jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślić się.”
Nie czytałam Muminków, gdy byłam mała. Nie oglądałam bajki. Muminki były dla mnie nudnymi, wielkimi stworami, przypominającymi białą, nieforemną masę. Odkryłam je niedawno, kiedy ich najbardziej potrzebowałam. A konkretnie Dolinę Mumików w listopadzie.
To książka, która pomaga wytrwać w decyzji, to książka, która uczy lubienia swojego własnego wszechświata, to historia, która sprawia, że ci, którzy są daleko, stają się ciut bliżsi i łatwiej się ich przytula w myślach. To taki bandaż na zagubienie i smutek.
Do podczytywania w listopadzie.

„Wilk pomyślał: „Smaczny to dla mnie kąsek z tej małej, lepszy jeszcze, niż stara babka. Muszę się wziąć mądrze do rzeczy, by mi obydwie wpadły w zęby.”
To bajka nieodkryta. Zaczytujemy się w Muminkach i Kubusiach Puchatkach, ale jakoś nie znajdujemy otuchy w takich baśniach jak Czerwony Kapturek. Są zbyt oklepane, po przeżuwane przez Disney i przeróżne wersje dziecięcych wydawnictw, przez co tracą na swojej głębi. A posiadają ją, tylko  że trudno po nią sięgnąć (polecam pierwotne wersje tych baśni). Wyżej wymienione książki podają nam mądre rady na tacy, ale grimmowskie baśnie są bardziej zamknięte, trzeba je przemyśleć, przegryźć, wniknąć w nie. Czerwony Kapturek też taki jest. Gdy się go przemieli w głowie, można dojść do ciekawych wniosków.
Istnieje moment przejścia, gdy porzucamy bajki w dzieciństwie, a następnie wracamy do nich jako dorośli. Przerwa między tym jest zwykle wypełniana innymi historiami. Ja też ją miałam, tylko jedna bajka zawsze mi towarzyszyła, bez żadnej przerwy. Był to właśnie Czerwony Kapturek. Czasami wydaje mi się, że świat dzieli się na Kapturki, Wilki, Babcie i Myśliwych. I ważne jest, by przy takim podziale Kapturek nauczył się sam podejmować decyzje, Wilk - szybciej uciekać z miejsca zbrodni, Babcia  - mieć mniej tajemnic, a Myśliwy – nie być aż tak ślepym.
Do przeczytania co najmniej raz na rok.  


2 komentarze:

  1. Z tego wszystkiego czytałam właściwie tylko Kubusia Puchatka, a i to już dawno temu. Koralinę i Niekończącą się historię znam jedynie z filmów, a nad zapoznaniem się z oryginalnymi wersjami baśni braci Grimm zastanawiam się od czasu do czasu, ale jakoś nic z tego nie wychodzi (chyba brak mi motywacji :P).

    OdpowiedzUsuń
  2. W swoim dzieciństwie nie czytałam zbyt wielu baśni, czy książek dla dzieci. Pamiętam, że zaczytywałam się w Baśniach braci Grimm, w starym niebieskim wydaniu z krukiem i żabą. Czy to są baśnie bez cenzury - nie mam pojęcia, pamiętam, że były brutalne i mroczne. Czytałam również Andersena, ale u niego było tak fałszywie łagodnie, niby nic, niby pięknie, a pod warstewką pięknej historii było tyle okrucieństwa. Nie czytałam "Kubusia Puchatka", chociaż uwielbiałam wersję Disney'a, nie czytałam "Muminków", ale bajkę oglądałam w każdą środę (chyba to była środa) i bałam się buki, bo miała sztuczny uśmiech. Nie czytałam wielu innych fascynujących książek z dzieciństwa, nie wiem dlaczego tak się stało. Ale coraz bardziej dorastam do tego, by je przeczytać. I zachwycić się. Po prostu :)

    OdpowiedzUsuń