piątek, 12 lutego 2016

Konkurs: Dzień Pisania Piórem


Uwaga! Uwaga! I oto ten dzień, na który tak długo czekałam! Bo tuż po przecudnym świętowaniu Dnia Pisma Ręcznego zaczęłam kminić, co by tu wymyślić na ogólnopolski Dzień Pisania Piórem. A potem ktoś z Was zapytał mnie, a co jeśli ktoś pióra nie ma… I wtedy wymyśliłam… KONKURS!

Moi drodzy! 
Z okazji tak wspaniałego święta ogłaszam KONKURS, w którym wygraną ufundowała firma LAMY!  

Nagroda: 
Pióro Lamy Safari

Zadanie:
Napisz swoje pierwsze, najwcześniejsze wspomnienie związane z piórem.

Do kiedy:
Do dziś (12.02.16) do północy.

Gdzie:
Tutaj w komentarzu albo na facebooku pod postem konkursowym.

Ogłoszenie wyników następnego dnia :)


Do boju!

28 komentarzy:

  1. Jestem mała. Mam może 8, może 9 lat. Na pewno chodzę do podstawówki, ale jakże innej niż dzisiejsze! Wszyscy mamy takie same długopisy (Zenith się zwały) i piórniki na magnesy, a szarość fartuszków zabija dziecięcą wyobraźnię. Jestem ambitną osóbką zbierającą prawie same piąteczki... prawie... Sen z powiek spędzają mi właśnie te koszmarne długopisy i język polski, na którym Pani (nawet nazwisko pamiętam) ciągle obniża mi ocenę za jakość pisma. Nie to, że brzydko piszę; charakter pisma mam śliczny. Proste literki prężą się w trzech liniach prawie na baczność. Ocenę obniża zupełnie coś innego. Jako osóbka leworęczna, pisząc "ciągnę" dłoń po literkach, co powoduje pozostawianie na kartce niebieskiej smugi. Niestety wygląda to tragicznie, a ja nic nie mogę z tym zrobić! Przepłakane noce, rodzina postawiona na baczność... ale pomysłów brak. I wtedy moja najlepsza, najwspanialsza Babcia (niestety już nie żyje) bierze mnie spłakaną za rączkę i mówi: "Chodź". Zaprowadziła mnie do osiedlowego sklepiku papierniczego gdzie właśnie była dostawa, a Pani Sprzedawczyni, była jej koleżanką. Kto pamięta ten wie, że wtedy Sprzedawczyni to był ktoś. No i właśnie ta Sprzedawczyni (przez duże S) wyciąga spod lady odłożone dla Babci chińskie pióro. Radości z mojej strony jeszcze nie ma, bo nie wiem, że ten malutki przyrząd uratuje moją samoocenę przed upadkiem w przepaść. Do drugiej ręki wręczono mi butelkę atramentu i to tyle. Dopiero w domu u Babci, kiedy chwyciłam to cudo do ręki, kiedy zaczęłam pisać... Podnoszę dłoń, a tam czyściutko! Z radości zapisałam kilka kartek stwierdzeniem "Kocham pisać piórem!" Moja Babcia z dumą pokazywała je rodzinie jako autorka mojego sukcesu. Na lekcji polskiego moja udręka się skończyła i szybko zaczęłam nadrabiać oceny. Moja radość była tym większa, że Panią miałam mądrą i kobitka szybko doceniła zalety pisania piórem. Tych kilku mańkutów, którzy uczyli się w mojej podstawówce sama zachęcała do zmiany długopisu na pióro. Dodam tylko że to moje pierwsze, chińskie mam do dziś. Po wielu Parkerach, Watermanach i innych cudeńkach, ono jedno mi niezmiennie towarzyszy. Oczywiście już nim nie piszę, ale ma ono swoją honorową przegródkę w piórniczku, który przy sobie noszę. Jest w nim miejsce na moje obecne pióro, kilka naboi, długopis, ołówek i właśnie Ono - najlepsze, bo od Babci...

    OdpowiedzUsuń
  2. Z piętnaście lat temu, karmiłam swoje wielkie hobby - miłość do historii Rosji i oglądałam serial o Romanowach, a tam Mikołaj II podpisywał akt abdykacji, pięknym piórem, złoto w malachicie. Jezusicku, ależ było piękne... niech się chowają jaja Fabergae. Zapadło mi w pamięć. To była kwestia czasu, wiedziałam, że też będę pisałą piórem. I piszę od wielu lat. Chociaż nie jest to złoto w malachicie <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje wspomnienie należy się nauczycielce z pierwszej klasy, która od samego początku uczyła nas pisać piórem. Pani Lemiesz była dla mnie wielkim autorytetem, a pisanie piórem pokochałam dzięki niej. Jedną lekcję polskiego w tygodniu poświęcała na naukę kaligrafii, gdzie mogłam się popisywać moimi cudnie okrągłymi literkami. Pisałam tak, jak kazała nam pani. Kiedy mama zwróciła mi uwagę, że nie powinnam pisać "aż tak okrągło", nie zgodziłam się, bo to "moja pani" ma rację w tej kwestii, a nie mama (mama zawsze wpajała mi, że nauczycieli trzeba słuchać pod każdym względem, co obróciło się troszkę przeciwko niej ;)). Na drugi dzień przyszłam do domu z 5 i pochwałą :D Czyli dobrze, że nie zrezygnowałam z tych "krągłości" ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Najwczesniejsze...... Szkoła podstawowa....wujek przywiózł pióro z Niemiec.... Czerwone z czarną skuwką....druga klasa podstawowa...jeden dzień pisania piórem i ktoś mi je ukradł.....zabrał.....pamiętam swoją rozpacz.....A po kilku dniach(jak się skończył atrament)znalazłam pióro wyrzucone na ulicy.....połamane....potem na dlugooooo dluuuuugo zostawiłam pioro.... Rok temu wróciłam i ja i.moje dziecko do pisania piórem.....i to jest to co człowieka zaczyna kręcić te kolorowe atramenty....Te cudne możliwość piorowe..... Zależy jak naciśniesz...Jak poprowadzisz rękę....odkrywam ciągle nowe możliwości i zakochuje się w piorach na nowo.....
    Chyba powinnam komuś podziękować za motywację do piorowego powrotu.....
    A dziecko....dziecko stało się maniakiem piorowym.....pisze namietnie i wszędzie piórem....ma kolorowe atramenty....i cieszy Go każda.wyrazniejsza literka postawiona piórem...

    OdpowiedzUsuń
  5. Najwczesniejsze...... Szkoła podstawowa....wujek przywiózł pióro z Niemiec.... Czerwone z czarną skuwką....druga klasa podstawowa...jeden dzień pisania piórem i ktoś mi je ukradł.....zabrał.....pamiętam swoją rozpacz.....A po kilku dniach(jak się skończył atrament)znalazłam pióro wyrzucone na ulicy.....połamane....potem na dlugooooo dluuuuugo zostawiłam pioro.... Rok temu wróciłam i ja i.moje dziecko do pisania piórem.....i to jest to co człowieka zaczyna kręcić te kolorowe atramenty....Te cudne możliwość piorowe..... Zależy jak naciśniesz...Jak poprowadzisz rękę....odkrywam ciągle nowe możliwości i zakochuje się w piorach na nowo.....
    Chyba powinnam komuś podziękować za motywację do piorowego powrotu.....
    A dziecko....dziecko stało się maniakiem piorowym.....pisze namietnie i wszędzie piórem....ma kolorowe atramenty....i cieszy Go każda.wyrazniejsza literka postawiona piórem...

    OdpowiedzUsuń
  6. Hmmm.. moje najwcześniejsze wspomnienie związane z piórem. Więc wyglądało to tak. Będąc w I klasie podstawówki i ucząc się pisać mogliśmy używać na początku tylko ołówka. Dopiero gdy pismo było w miarę wyrobione, można było przejść do pióra, po piórze następowało przerzucenie na długopis. Ale co ważne. Przejście z ołówka na pióro było swego rodzaju "klasowym awansem", do którego w większości dążyły dzieciaki w mojej klasie, noo może oprócz kilku gagadków, którym było to jedno czym mają pisać. Jednak dziewczynki bardzo się tym przejmowały, a ta której się to udało, była wielce podziwiana. Dlatego , zaraz po otrzymaniu promocji do klasy drugiej, napomknęłam mojej mamusi, że chcę nauczyć się pisać piórem. Mama przystała na ten pomysł. Kupiła mi moje pierwsze pióro i naboje do niego. Jak wyglądało? Proste, z plastikową obudową. Ale nie, nie było to zwykłe pióro. Podczas, gdy dziewczynki miały pióra z księżniczkami i innymi wzorkami, moja mama kupiła mi pióro, które bardzo rzucało się w oczy, ponieważ było w potocznie mówiąc "żarówiaste". Było krzykliwo pomarańczwo - żółte, ale takie przezroczyste, co było świetnym udogodnieniem, ponieważ, zawsze miałam na oku stan mojego wkładu atramentowego i wiedziałam kiedy go należy zmienić. Wiele moich koleżanek, kiedy przestawało im pisać pióro, wpadały w panikę, że się popsuło, tymczasem wystarczyło tylko wymienić wkład! Moja mama przewidziała u mnie ten problem! W wakacje przed rozpoczęciem II klasy podstawowej, poświęcała mi mnóstwo czasu, pomagając mi w nauce pisania piórem. Dostałam zeszyt w "cienką linię", pióro i wkłady atramentowe do niego. Kiedy inne dzieci bawiły się na polu, ja zawracałam mamie głowę, aby napisała mi w moim zeszycie jakieś słowo, po czym ja je przepisywałam piórem kilka razy w linijce, po kolei, każde obok siebie. Tak mijały wakacje. Codziennie, podczas gdy moja mama w kuchni gotowała dla rodziny obiad, ja obok niej przy stole siedziałam i wprawiałam się w pisanie piórem. Moja mama bardzo skrupulatnie sprawdzała moje postęp. Doszłam do perfekcji! W II klasie z dumą "awansowałam", kiedy moja nauczycielka pozwoliła mi pisać piórem. Ale nie tylko to było najważniejsze.. tak wyrobiłam swoje pismo, że do dziś jest śliczne i bardzo czytelne. Wszyscy kiedy widzą moje notatki mnie chwalą, na studiach ode mnie się pożycza notatki, pomimo, że piszę szybko, to bardzo ładnie i czytelnie. I choć niestety mojej mamie nie mogę już się tym pochwalić, z całego serca jestem jej wdzięczna za to, że poświęciła mi swoją uwagę i pomogła w dążeniu do celu, jakim była nauka pisania piórem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja nie mam wspomnień z dzieciństwa związanych z pisaniem piórem. Tak naprawdę pisaniem piórem zaraziłam się w pracy. Pracowałam w Urzędzie i widziałam jak inni urzędnicy piszą piórem. Sama spróbowałam i mi się spodobało. Jedno pióro - takie zwykłe dostałam w prezencie, ale sama kupiłam sobie lepsze. W owym czasie robiłam sobie fiszki ze słowami w różnych językach i właśnie do pisania tych słów używałam tego pióra. Pisanie tym piórem sprawiało mi ogromną frajdę. W każdym bądź razie to pióro mi gdzieś się zapodziało, ale miałam marzenie, aby sobie kupić nowe. Orientowałam się w sklepie Sztuka ile tam pióra kosztują i zaplanowałam sobie w przyszłości zakup pióra. Gdybym je u Państwa wygrała nie musiałabym go kupować.

    OdpowiedzUsuń
  8. Moje najwcześniejsze wspomnienie to szuflada babci. Nie pozwalała nam do niej zaglądać bez nadzoru, bo trzymała tam rodzinne pamiątki. Stare zdjęcia, pamiątkowe kartki, wieczne pióro pradziadka, które było przywiezione z Litwy i przetrwało zsyłkę na Sybir, elegancki nóż do papieru, jakiś medal. To wszystko było dla mnie magiczne, babcia czasem wszystko wyciągała i opowiadała historie tych przedmiotów,a ja czułam jakby powierzył mi największe tajemnice.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. Podobno dzieciństwa nie sposób opisać. Pamiętam jednak pióro, które wciąż istnieje, wydaje się, że właściwie nie zmieniło się, nie uległo żadnym zmianom i że czas je oszczędził jakby było czymś bardzo ważnym, niemal metafizycznym. Jakim je teraz widzę? Takim samym. Nadal tak samo niepozorne jak przed laty, tak samo osiada kurzem, gdy idzie na chwilę w zapomnienie. Dla mnie jednak pozostanie już tym samym.
    Pamiętam – przy jego pomocy właśnie - rozpoczynałem swoją, właściwą edukację. Początki szkoły idealnie wpisywały się w naturalne, dla nas dzieciaków, sekwencje wyobraźni tworzone nagle z kawałka kamienia, patyka i marzeń. Pierwsze seanse filmowe pełne niesamowitych postaci wymagały jakiegoś śladu przemyśleń w postaci kleksa i kilku zdań w zeszycie. Pióra nie ominęła również polityka: wspomnienia, obrazy i fragmenty związane ze stanem wojennym, krążą wokół niego – zamykam oczy i widzę pełną śniegu, głębokie ślady pojazdów układają się w wyrytą i ubitą ścieżkę; widzę garstkę dzieciaków stojących przy ogromnej branie, opatulonych ciepło i gorąco dyskutujących o sytuacji politycznej kraju. Tak, teraz wydaje się to śmieszne, bo co taki dzieciak mógł o tym wiedzieć? Ile mógł zrozumieć? Wiedział i rozumiał tyle, na ile potrafił ogarnąć tak złożone problemy niedojrzałym jeszcze umysłem i piórem.
    W tej sekwencji po drodze pokazywały się mody równie szybko przychodzące, jak odchodzące. Dzięki niemu urzeczywistniały się pierwsze poważne wyprawy, tam wojny małych chłopców osiągały swoje apogeum.
    Pióro... Było wtedy czymś niepowtarzalnym, czymś wielkim i do tej pory czuję, że jego cząstka stała się częścią mnie. Pisałem nim setki razy. Biorąc je do ręki czułeś niemal, że za kilka chwil nie będziesz sam i że wespół stworzycie znowu coś niepowtarzalnego, nierealnego, coś, co was ucieszy tak jak to powinno cieszyć dzieciaki i martwić sąsiadów. Biorąc je do ręki nie wiedziałeś, kiedy wrócisz na ziemię, nie wiedziałeś, kogo stworzysz, opiszesz i nie wiedziałeś, co się za chwilę wydarzy. Mnóstwo nieodkrytych tajemnic.
    Pamiętasz, co najbardziej cię w nim przyciągało, magnetyzująco? Pióro, wydawałoby się nic wielkiego, ot zwyczajne do pisania, jakich wiele. Jednak nie. Jego pozorna pospolitość znikała, gdy tylko zbliżałeś się dłoń.
    Z dziecięcą naiwnością próbowałeś pojąć, zrozumieć jego istotę, istotę napełniania kolejnymi słowami czystej kartki papieru. Zadawałeś pytania, z których żadne nie znajdowało odpowiedzi. Naiwne pytanie, dziecięce pytania...
    Teraz czuję jakbym zatoczył krąg, jakbym nagle znalazł się w punkcie wyjścia, bo znowu pojawiają się pytania, te dziecięco naiwne pytania... Czas znowu zacząć pisać…

    OdpowiedzUsuń
  11. Moja historia jest krótka. Tylko raz dane mi było pisać piórem. Miałam jakieś 6-7 lat. Wtedy właśnie dostałam pióro. Zadowolona zaczęłam pisać lecz.... Niestety jestem leworęczna i litery rozmazywały się od pociągnięcia ręką. Pisanie szło mi łatwo, ale efekty były nie zadowalające. Chciałabym teraz spróbować pisać piórem, które nie rozmazuje i jest przystosowane dla leworęcznych.

    OdpowiedzUsuń
  12. Leżę w sklepie już tak długo. Mijają mnie mamy z dziećmi. Dzieci ciągle krzyczą wokół "chcę to, mamo!" "a kupimy jeszcze kredki?". Dzieci są zaaferowane, mamy delikatnie mówiąc, troszkę mniej. Moi koledzy i koleżanki z kolorowymi opakowaniami szybko znajdują nabywców. A ja, takie zwykłe, czekam na dziecko które popatrzy głębiej, w moje atramentowe serce.
    W końcu, po kilku upalnych sierpniowych dniach oczekiwań - jest! Dziewczynka z siostrą i mamą. Od razu wiem, że to moja bratnia dusza. Nie mam pojęcia dlaczego. Może to to spokojne, poważne jak na sześciolatkę spojrzenie? Może to ta wyczuwalna radość z rozpoczęcia nowego etapu w życiu? Nie wiem. Ale czuję to. I nie mylę się. Siostra wybiera kolorowy długopis, a moja Patrycja (tak do niej mówi mama) - mnie! Drżę z radości w drodze do domu. Co napiszemy jako pierwsze? Czy jej się spodobam? Jak nam będzie w pierwszej klasie?
    Nie musiałem czekać na pierwszy września aby się przekonać czy Patrycja mnie polubi. Od razu po przyjściu do domu odpakowuje mnie, bierze czystą kartkę i pisze (z wyciągniętym językiem, to znaczy że bardzo się stara). Moja stalówka drży z radości. Mknie po kartce papieru, tworząc zawijasy, kreski, kropki i jeden mały kleks. Po skończonej pracy patrzymy na efekt. Nie jest zbyt równy, ale dla mnie jest idealny.

    Na kartce jest napisane: "kocham pisać piórem"

    OdpowiedzUsuń
  13. Leżę w sklepie już tak długo. Mijają mnie mamy z dziećmi. Dzieci ciągle krzyczą wokół "chcę to, mamo!" "a kupimy jeszcze kredki?". Dzieci są zaaferowane, mamy delikatnie mówiąc, troszkę mniej. Moi koledzy i koleżanki z kolorowymi opakowaniami szybko znajdują nabywców. A ja, takie zwykłe, czekam na dziecko które popatrzy głębiej, w moje atramentowe serce.
    W końcu, po kilku upalnych sierpniowych dniach oczekiwań - jest! Dziewczynka z siostrą i mamą. Od razu wiem, że to moja bratnia dusza. Nie mam pojęcia dlaczego. Może to to spokojne, poważne jak na sześciolatkę spojrzenie? Może to ta wyczuwalna radość z rozpoczęcia nowego etapu w życiu? Nie wiem. Ale czuję to. I nie mylę się. Siostra wybiera kolorowy długopis, a moja Patrycja (tak do niej mówi mama) - mnie! Drżę z radości w drodze do domu. Co napiszemy jako pierwsze? Czy jej się spodobam? Jak nam będzie w pierwszej klasie?
    Nie musiałem czekać na pierwszy września aby się przekonać czy Patrycja mnie polubi. Od razu po przyjściu do domu odpakowuje mnie, bierze czystą kartkę i pisze (z wyciągniętym językiem, to znaczy że bardzo się stara). Moja stalówka drży z radości. Mknie po kartce papieru, tworząc zawijasy, kreski, kropki i jeden mały kleks. Po skończonej pracy patrzymy na efekt. Nie jest zbyt równy, ale dla mnie jest idealny.

    Na kartce jest napisane: "kocham pisać piórem"

    OdpowiedzUsuń
  14. Akurat tak się składa, że dzisiaj zamówiłam pióro mojemu dziecku. Dostałam informację od nauczycielki, że po feriach zaczną ćwiczyć piórem i zamówiłam mu ślicznego Parkera. Sama piszę piórem jakiejś chyba nieznanej marki, ale to doskonałe pióro i nie zawodzi mnie. Mam do niego brązowe naboje.
    To już ente moje pióro - Pierwsze, drugie, trzecie to były pióra "naciągane", chińskie, pamiętam ten zapach atramentu i poplamione palce oraz powalane zeszyty. Potem miałam Pelikana od najlepszej przyjaciółki, ale w liceum ktoś mi go ukradł (wiem kto...). Opłakiwałam to pióro jak ukochaną osobę... Po zaręczynach dostałam Parkera od mojego A., a pióro którym teraz piszę (codziennie, naprawdę codziennie piszę ręcznie) mam od... teściowej.
    Mam jedno upatrzone pióro, ale może poproszę o nie Mikołaja/Dzieciątko/Dziadka Mroza/Aniołka :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Pokój mojego dziadka, stara skrzypiąca szafa, zawierająca szuflady pełne skarbów.Miały swój specyficzny zapach, który pamiętam do dziś (mieszanina, atramentu, drewna kredek, ołówków).W szufladach leżały i uśmiechały się do 6-7 letniego dziecka stare, skórzane piórniki i drewniane pudełka pamiętające czasy przedwojenne, kredki ołówki, cyrkle, farbki.Najciekawsze pudełko nadgryzione przez korniki ( tak pamiętam maleńkie dziureczki)pełne było piór oraz ich fragmentów.Pióra były stare o różnych kształtach i różnej wielkości o ciekawych stalówkach.Mnie spodobało się najbardziej takie nietypowe dość krótkie i grube czarne ze złotymi wykończeniami.Skrzypiało gdy odkręcało się skuwkę.Dziadek napełniał je atramentem, ja nie radziłam sobie wtedy z tłoczkami, chyba że była zwykła gumka bo i takie się zdarzały.Skrobałam sobie literki, szlaczki godzinami. Kilka tych starych piór zostało mi po dziadku, niestety nie sprawne już.Służyły mi jeszcze w liceum.W dzieciństwie pokochałam pióra miłości wielką, zawsze pisałam piórem teraz często używam do rysowania.

    OdpowiedzUsuń
  16. Pewnie to, co teraz napiszę, nie będzie nawet w połowie tak piękne jak niektóre wspomnienia przeczytane powyżej. A jednak decyduję się również coś dodać, bo pióro jest częścią mnie, jedną z pierwszych rzeczy, o których powiedziałabym, gdyby ktoś kazał mi mówić o sobie. Zaczęło się tak, że wcale się nie zapowiadało, bo kiedy w podstawówce można było ładnym charakterem pisma i schludnie prowadzonym zeszytem zasłużyć na możliwość pisania piórem, to ja tego pozwolenia nie otrzymałam, tylko jedna dziewczyna w klasie je miała. M. zawsze wychodziła z klasy ostatnia, notatki przepisywała bardzo długo, a ja jej zazdrościłam tylko troszeczkę, bo nie znałam tej magii, kiedy stalówka miękko płynie po papierze. Do ręki dostałam pióro pierwszy raz nieco później, w murach wiekowej szkoły z internatem. Wśród młodych ludzi, ubranych w identyczne mundurki, naliczyć można było tysiąc indywidualności. A Ona akurat pisała piórem. Podziwiałam Ją pod wieloma względami, ale to pióro, którym stawiała delikatne, płynne linie, zachęcało mnie wyjątkowo. Ponieważ miałyśmy wspólny świat, to dała mi nakreślić kilka linii, choć przecież piórem nie można, nie godzi się, bo ono jest jedno dla ciebie i ty jeden dla niej. Chyba dlatego w tym jednym napisanym słowie nie zamknięta była cała lekkość, przyjemność. Ale widać coś było, bo wydałam na pióro całe kieszonkowe i od tej pory już zawsze mam jedno przy sobie. Teraz nawet, kiedy to piszę, obok mojej ręki wierniej niż pies leży niepozorny, czarny Sheaffer, najlepszy towarzysz walki o miejsce na medycynie.

    OdpowiedzUsuń
  17. Nagle okazuje się, że moja pamięć nie jest taka dobra...
    Pierwsze pióro, które pamiętam, towarzyszyło mi w początkach gimnazjum, było czerwone i dostałam je za konkurs matematyczny w podstawówce. Pisałam czarnym tuszem, na moim biurku był pokaźny stos nabojów. Jestem leworęczna, więc oczywiście tusz się rozmazywał, czemu zawdzięczam wypracowanie pochyłego charakteru pisma, ale to osobna historia.
    Moja miłość z tym piórem zakończyła się, gdy na nim usiadłam... Złamało się wpół, próbowałam je naprawić, jednak musiałam się z nim pożegnać. Dopiero w liceum podjęłam próby wrócenia do piór, jednak wiele przyrządów mnie zawodziło. Parkerów osobiście nie lubię, chińskie muszę napełniać z kałamarza, którego nie zabiorę do szkoły w obawie, że tusz się wyleje. Inne pióra po tygodniu stosowania przestawały pisać, nie zamykały się lub odpadały zakrętki. Doprawdy miałam pecha.
    Teraz piszę piórem, które dostałam od koleżanki. Póki co działa, ale nie wiem co przyniesie przyszłość.
    Piszę turkusowym tuszem, codziennie, w szkole i nie tylko. Często zdarza się, że przepisuję ręcznie to, co już napisałam na komputerze/telefonie. Cóż, po prostu to uwielbiam.
    A w moich licznych pamiętnikach z dawnych czasów co jakiś czas pojawia się informacja, że "Martyna dostała nowe pióro. Martyna jest szczęśliwa".

    OdpowiedzUsuń
  18. Pióra były w mieszkaniu mojej prababci, która hodowała kanarki. A może inne ptaszki? Zawsze, gdy do niej przychodziłam, obok kolekcji Maryj na półkach wypełnionych wodą święconą, zdjęć papieża i dziesiątek roślin doniczkowych były klatki z ptakami. Ich malutkie piórka zaścielały podłogę klatki. Gdzieś w łazience pod lampą grzały się jajeczka. Jej mieszkanko zawsze wydawało mi się małą dżunglą. Parne, gorące i zielone.
    Prababcia czasem dawała pieniądze, ale nie mi, tylko swojej wnuczce, mojej mamie. Kiedyś mama dostała dziesięć dolarów i po wyjściu od prababci poszłyśmy do kantora i je wymieniłyśmy. A potem sklep papierniczy i mój pierwszy Parker za pieniądze od prababci.
    To pióro towarzyszyło mi przez lata, aż się zorientowałam, że ja do nich nie mam szczęścia... Plastikowa obudowa pękała mi w dosłownie każdym egzemplarzu. Najdłużej przetrwał ten pierwszy, bo po jakimś czasie go zgubiłam... Lata później odnalazłam i umarł. Też jako pierwszy.
    A wkrótce po jego śmierci nastąpiła śmierć prababci. Już nie w tym malutkim mieszkanku z ptaszkami. Umarła bez ptaszków i piórek. Bez kolekcji Maryj i zdjęć papieża. Tak po prostu w mało przytulnym domu z welurowym fotelem. Niby blisko rodziny, ale tak naprawdę samotna i zapomniana.

    OdpowiedzUsuń
  19. Dodałam komentarz na facebooku, bo tutaj niestety nie umiem (bądź nie da się?) dodać zdjęcia... :) Ciekawy konkurs, tak swoją drogą!

    OdpowiedzUsuń
  20. Ms.Fairylight12 lutego, 2016

    Pierwsze piórowe wspomnienie przechowuję bardzo głęboko w pamięci, w ostatniej szufladce najmniejszego regału, oznaczonego mosiężną i nieco zakurzoną tabliczką z napisem "Szkoła podstawowa".
    Pisanie piórem, to było coś! Jako pierwszoklasistka nie raz widziałam dzieci ze starszych klas, używające tego dorosłego, niemalże magicznego przedmiotu. Podglądałam rodziców, piszących listy i kartki z życzeniami, wypełniających dokumenty. Zawsze korzystali z pióra, nic więc dziwnego, że pióro kojarzyło mi się z powagą, dojrzałością i mnóstwem odpowiedzialnych rzeczy, których nie byłam w stanie sobie wówczas wyobrazić, chociaż wiedziałam, że są bardzo ważne. Po dwóch miesiącach nauki, a dokładnie pamiętam, że zdarzyło się to w listopadzie, kiedy z moich zeszytów wciąż wysypywały się okruchy rysika i ścinki z temperówki, wychowawczyni uroczyście zapowiedziała: na następne zajęcia wszystkie dzieci przynoszą pióra. Wprost zadrżałam z emocji. Po powrocie do domu przekazałam rodzicom radosną nowinę, zastanawiając się, kiedy wreszcie pójdziemy do sklepu papierniczego, by dokonać zakupu mojego nowego przyboru do pisania. Jakże byłam zdumiona, widząc tajemnicze uśmiechy mamy i taty, a zdumienie szybko przerodziło się w euforię, gdy w moje ręce trafiło czarne, podłużne pudełeczko, wymoszczone miękkim czerwonym aksamitem, w którym spoczywało eleganckie, czarno-złote pióro z takim samym długopisem do kompletu. "Musisz poćwiczyć pisanie zanim zabierzesz je do szkoły", powiedziała mama, a ja, wciąż oniemiała, posłusznie zasiadłam przy biurku.
    Tata cierpliwie tłumaczył w jaki sposób trzymać pióro, żeby jak najłatwiej się pisało. W końcu wzięłam je do ręki i onieśmielona spojrzałam na pustą kartkę. Czubkiem stalówki leciutko dotknęłam papieru. W górę. W dół. W lewo. W prawo. Uszy wypełnił cichy dźwięk, charakterystyczne skrobanie, którego nie sposób pomylić z szelestem ołówka czy trzeszczeniem długopisu. Ja pisałam, a pióro w sobie tylko znanym języku cichutko odczytywało przelane na papier myśli. Świeże litery połyskiwały wesoło na białej powierzchni. Nie potrafiłam czekać aż wyschną, świerzbiły mnie ręce, by od razu zacząć nową linijkę i nim ktokolwiek zdążył mnie powstrzymać przejechałam brzegiem dłoni po dopiero co napisanych słowach, tworząc malowniczą niebieską smugę. Byłam tak przejęta, że nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie upomnienia rodziców. Z zaciekawieniem spojrzałam na ubrudzoną dłoń, na której dało się nawet odczytać kilka liter. Dziś, gdy to wspominam, przychodzi mi na myśl atramentowa przysięga krwi, która została wtedy dokonana.
    Chociaż starałam się pisać ostrożnie, choć w ciągu wielu lat wypracowałam piękny charakter pisma, na prawej dłoni wciąż odciskają swe jestestwo nowe słowa. Taki już mój urok. Nie ukryję żadnej pisarskiej zbrodni, bo ilekroć odkładam pióro, one znów tam są.
    Od pamiętnego listopadowego popołudnia pióro i ja zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Jak to zwykle między przyjaciółmi bywa, mieliśmy lepsze i gorsze momenty. Dni milczenia, tygodnie separacji. Zdarzały się skoki w bok, kiedy zdradzałam je dla tanich długopisów, a ono odwdzięczało się perfidnymi kleksami w zeszytach i zabrudzonym na niebiesko piórnikiem. Mimo to wciąż z uśmiechem i rozrzewnieniem biorę je w dłoń. Za każdym razem budzi się we mnie siedmioletnia dziewczynka, która wie, że właśnie wyrusza w najpiękniejszą, bo utkaną z wyobraźni atramentową przygodę w nieznane.

    OdpowiedzUsuń
  21. Och, dobrze pamiętam moje najwcześniejsze wspomnienie z piórem. Tuż przed Komunią Świętą, gdy miałam 8 lat, zaczytywałam się w książkach z serii "Felix, Net i Nika" Rafała Kosika (być może ją znasz). Tytułowy Felix pisał tylko i wyłącznie piórem, i nikomu go nie pożyczał, a dla mnie wizja pisania piórem ze złotą stalówką zamiast przygnębiająco zwyczajnym długopisem była cudowna :) Tak więc, stanowczo zażyczyłam sobie na Komunię właśnie pióra. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym je odpakowałam, to był przepiękny, wymarzony i w tamtej chwili najcenniejszy dla mnie prezent, który w prywatnym rankingu daleko wyprzedzał kwiatowe kolczyki (zresztą do dziś nie przekłułam uszu) i jubileuszowe wydanie Biblii. Pamiętam też, jak dziwnie się czułam, gdy ksiądz w kościele pytał dzieci o to, co dostały na Komunię. Były pieniądze, rowery... I moje pióro ;) Jak to często bywa w tym wieku, będąc w szkole bardzo szybko zgubiłam piórnik, a w nim pióro, którym namiętnie pisałam. Bardzo to wtedy przeżyłam, po całej szkole były porozwieszane ręcznie zrobione przeze mnie ogłoszenia. Jako nagrodę obiecywałam wielką czekoladę. I jedna z moich koleżanek je znalazła i mi oddała - z doszczętnie zniszczoną stalówką. Czekolady nie dostała (i zdaje się, bardzo się przez to obraziła, o ile pamięć mnie nie myli). To chyba była pierwsza strata w moim życiu, którą tak bardzo przeżyłam... I wiesz, teraz może wydawać się to smutnym wspomnieniem, ale mimo wszystko miło i z sentymentem wspominam moje pierwsze pióro i pierwsze krzywe, kreślone nim literki :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Nie pamiętam od kogo dostałam swoje pierwsze pióro. Może od rodziców, może od dziadków? Było zapakowane z biało-niebieski kartonik w chińskie znaczki. Stalówka była pozłacana, zaś reszta pióra, w kolorze wiśniowym. Nasadka ochronna na stalówkę też była pozłacana. Bardzo się ucieszyłam, bo w tamtych czasach te pióra były bardzo modne. Wtedy przypomniałam sobie o taty futerale. Było w nim kilka obsadek i mnóstwo srebrnych stalówek o różnych wielkościach. Nawet cienkie patyczki, piórka. Futerał był czarny, w środku wyściełany granatowym zamszem. To była cenna rzecz i bardzo stara. Wiedziałam, że trzeba się z tym obchodzić bardzo ostrożnie. Ojciec uczył mnie posługiwać się starymi piórami ładnie pisać. Niestety, kleksy same się robiły i nawet bibułka nie pomogła zataić tych przestępstw. Nowe pióro napełniało się atramentem, kleksów było mniej i stalówka nie wypadała z obsadki, bo była przytwierdzona na stałe. Od tamtej chwili ojca futerał otwierałam, by popatrzeć na zawartość, już nie używałam zawartości. Ale wraz z tym nowym stanem pojawiło się uczucie szacunku dla przeszłości. Zrozumiałam jak od patyka, poprzez dłuto i kamień, ptasie pióro, stalówki człowiek dotarł do ery ołówka, kredki, długopisu. Teraz widuję rysiki do ekranów w tabletach i smartfonach. Ale uczucie, kiedy otrzymałam swoje pierwsze pióro należy do tych magicznych chwil, w których cały świat zatrzymuje się w jednej chwili - zachwytu nad tym wymarzonym piórem!
    W ten sposób pamiętam moje pierwsze pióro. Miałam je i nic innego dla mnie nie liczyło się. Dużo nim pisałam przez wiele lat. Kiedyś produkowano porządnie, a przedmioty służyły ludziom przez wiele lat. To były złote lata produkcji i konsumentów.

    OdpowiedzUsuń
  23. Moje pierwsze wspomnienie związane z piórem jest takie, że... dostał je mój brat. Miał wtedy osiem lat, chodził do drugiej klasy i mama stwierdziła, że ma paskudny charakter pisma. Jak wiadomo, pisanie piórem charakter pisma bardzo poprawia (to prawda! Przetestowałam później na swoim Lubym, z bardzo dobrym skutkiem. Choć już za pomocą innego pióra, kupionego specjalnie na tę okazję. Ale to już zupełnie inna historia...), więc mój młodszy braciszek został potraktowany tą terapią. Dostał piękne pióro w kolorze burgundu, ze stalówką w kolorze złota, ponieważ moja mama uważa, że do nauki pisania potrzebne są narzędzia odpowiedniej jakości, a nie jakieś byle co (ponieważ mój charakter pisma nie wymagał poprawy, dostałam wspaniały, metalowy długopis. Pisałam nim siedem lat). Używał go przez dwa lata, ale porzucił zraz po tym, jak mama uznała, że pisze już wystarczająco ładnie. Wtedy dostałam je w spadku. Ale nie pisałam nim, tylko... rysowałam. Pióro miało świetną kreskę, cienką i delikatną, choć wyraźną. A kiedy odwróciło się stalówkę, zostawiało kreski cienkie i zwiewne, idealne do delikatnego cieniowania czy małych detali. Niestety, pewnego dnia dostało się w ręce dwuletniego kuzyna, który rozbił stalówkę. Na wiele lat porzuciłam przez to rysowanie tuszem, bo mieszkając w zapadłej wsi nie miałam dostępu do stalówek artystycznych, a wszystkie dostępne pióra stawiały grube kreski, nieraz zbyt masywne nawet do pisania, a co dopiero do rysunku... Do tej pory żal mi tego pierwszego, burgundowego pióra.

    OdpowiedzUsuń
  24. U mnie było trochę inaczej. Najwcześniejsze wspomnienie z pisania piórem to to sprzed ponad roku. Siedziałam u mojej cioci, przy pięknym, ciężkim drewnianym stole. Ciocia opowiadała mi wówczas o Zośce Kierszys. I tak od słowa do słowa, doszła do jej pióra. Ot zwykłe pióro na duże wkłady. Cóż w tym niezwykłego. Mnie urzekło, że Zośka pisała nim wszystkie swoje tłumaczenia książek. Patrzyłam na nie oczarowana. Ciocia pozwoliła mi nim popisać tylko ostrzegła, że pióro jest kapryśne. Już przy otwarciu okazało się, że to prawda i rozlałam na ręce atrament. Ciocia z uznaniem popatrzyła na moje usmarowane dłonie, pokiwała głową i podała chusteczkę. Tydzień później dostałam od niej MOJE pierwsze w życiu pióro. Zwykłego, prostego, czarnego parkera. A niedługo później, ciocia pokazała mi swoje pióra z czasów szkoły. Zielona, umazana atramentem obsadka i pociemniałe stalówki w metalowym piórniku pamiętały czasy, kiedy dzieci musiały starać się pięknie pisać. Teraz, prawie codziennie siedzę pochylona nad czystymi kartkami papieru i ćwiczę odręczne pismo. Mam pięć własnych stalówek, brązową obsadkę i niebieski atrament. Tak jak wcześniej ciocia od swej babci słyszała, że ona rozumie, że przy starannym piśmie można pobrudzić dłonie atramentem, tak jednak uważa, że ręce po łokcie nim usmarowane to lekka przesada, tak teraz ja słyszę podobne głosy zwątpienia od mojej mamy.

    OdpowiedzUsuń
  25. Niestety nie pamiętam pierwszego pióra. Pamiętam za to dwa ulubione. Pierwsze z nich to pióro "podarunkowe" nieznanej marki. Było bardzo wygodne, z grubą sekcją. Były dwa takie w klasie: niebieskie koleżanki i moje, chyba zielone. Najbardziej utkwiła mi w pamięci ogromna, choć bardzo cienka stalówka. To chyba była #6. Drugie pióro to klasyczny Parker Vector w komplecie z automatycznym ołówkiem. Oba w kolorze granatowym. Tutaj zapamiętałam niesamowitą gładkość pisania i bardzo wysoką cenę nabojów. Niestety oba pióra przepadły w trakcie przeprowadzki. Pozostały wspomnienia...

    OdpowiedzUsuń
  26. szczerze mówiąc to chyba takie wspomnienie już zatarło się w mojej pamięci, ale to pewnie przez wiek ;) starość nie radość... ale gdy tak pogrzebię w pamięci to... Mojej Ś.P. Dziadek zawsze miał w swojej teczce służbowej skórzany piórnik zamykany na zamek. Piórnik był ciemnozielony, pamiętam go do dziś i w środku miał piękne, grube zielone pióro na atrament i długopis. Niestety nie pamiętam jakiej firmy, ale obstawiam, ze to był Zenith ale taki bardzo, bardzo stary. Zawsze chciałam nim pisać, bo wydawało mi się, że pisanie piórem jest takie dorosłe a jak wiadomo małe dziewczynki chcą być dorosłe. Podkradałam dziadkowi pióro siadałam przy stole i z językiem wystającym z buzi kaligrafowałam pierwsze litery.
    Kolejne wspomnienie to mój dziadek (to zdecydowanie po nim mam zamiłowanie do pisania piórem) który miał stalówkę którą wkładało się w żółtą rączkę (nie wiem jak się to fachowo nazywa) i maczało w kałamarzu. Też lubiłam nim pisać a najbardziej robić kleksy z których powstawały dziwne stworki.
    Kolejne pióro miałam już w szkole. Był to czerwony PELIKAN ze stalową skuwką. I to było pióro mojej mamy, na naboje. Do dzisiaj gdzieś jest schowane, ale tak dobrze, że nie mam pojęcia gdzie. W szkole pisałam piórem na atrament. Uwielbiałam jego cienką stalówkę i ta frajda kiedy napełniało się go atramentem.
    Przez dłuższy czas nie pisałam piórem, ale teraz mam dwa swoje ulubione: Pilota (którego dostałam na Dzień Kobiet od narzeczonego) i Parker prezent od mamy pod choinkę. Ale i tak od dłuższego czasu marzy mi się piękne pióro Lamy, które dla mnie jest ucieleśnieniem elegancji :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  28. W ogromie całego styrychu i jego najróżniejszych oboliwości, wymiętych, starych futer, obtłuczonych dźbanuszków, czy też starych jak świat elementarzy leżało jedno jedyne pióro. Leżało na podłodze nie przeszkadzając nikomu. Pomimo dość zwyczjnego wyglądu przykuło moją uwage. Było zrobine z plastiku, przypalone z jednej strony a na dodatek różowe. Było tam takie samotne więc postanowilam je przygarnąć. Z braku atramentu oraz z mojego nikłego zainteresowania kaligrafią pióro przeżyło kolejny okres bez użyteczności w odmętach mojej szuflady. Przypomiałam sobie o nim dopiero gdy natrafiłam w internecie na wpis o tym że wieczne pióro może być świetnym medium do rysowania. Zakupiłam atrament i wtedy zaczeła sie zabawa. Mimo tony roalanego atramętu na biurku i wiecznie brudnych dłoni pokochałam rysowanie piórem. Nawet moje szkardane pismo zyskiwało uroku dzięki niemu. Po dziś dzień owe pióro zjmuje zaszczytne miejsce w pojemniku na długopisy.

    OdpowiedzUsuń