czwartek, 28 stycznia 2016

Słowa udomowione: Początek

Zdarza się, że słowa przychodzą do mnie jak bezdomne, wygłodzone psy. Często widzę ich wystające, opięte skórą żebra i sierść wypadającą kępkami. Są głodne swojego brzmienia, brakuje im własnych sylab w ludzkich ustach. Są wymawiane coraz rzadziej, niepamięć wolno wdziera się pod ich kości i wgryza w literę. A one, jak wszystko co żyje, nie chcą umierać.

Gdy przychodzą, biorę je do ust, ich drobne, chude łapki opierają się z drżeniem o moje zęby, zimne ciałka wtulają się we wnętrze moich policzków. Dotykam je językiem, ostrożnie, powoli. A potem biorę głęboki wdech i w końcu je wymawiam.

I czuję, jak jeszcze będąc na moim języku, uśmiechają się, a dopiero potem powoli, ocierając się o moje usta, wylewają na zewnątrz i dziko rzucają się w powietrze, wygłodniale wbijając zęby i pazury w przezroczystą pustkę, po której rozchodzi się ich własne brzmienie.

Zamykam oczy i wsłuchuję się w ten dźwięk. W skupieniu zapamiętuję każdą sylabę, każdą literę i całą linię melodyczną, by móc wymówić je po raz kolejny, a potem jeszcze raz. I wymawiam je tak długo, aż nie staną się stałą częścią mojej werbalnej codzienności.

Wiele takich słów mieszka ze mną na stałe. Nie są już wychudzone i łysiejące, na odwrót, są tłuściutkie, zadowolone, a ich gęsta sierść jest wyczesywana przeze mnie każdego dnia. Czują się w moim domu jak u siebie, śpią na kanapie i na dywanie, na lodówce i na parapetach, można się na nie natknąć w zlewie i piekarniku, ale ich ulubionym miejscem jest ciepły laptop i mój notes. Czasami zwijają się też kłębkiem wokół mojego pióra.

Zwykle rano, głodne po przespanej spokojnie nocy, przychodzą do mnie łasząc się o jedzenie. Wiedzą jednak, że przed pierwszą kawą nigdy nie otwieram ust, więc czekają cierpliwie. Obserwują jak stojąc boso na kuchennych kafelkach nasypuję do tygielka kawę, dodaję do niej cukier, zmielony imbir i kardamon, patrzą jak sennymi oczami próbuję nie przegapić momentu, kiedy kawa podejmie próbę ucieczki na kuchenkę.

A wieczorami przychodzą się przytulić i grzeją się w świetle lampki stojącej przy łóżku. Czasami śpią ze mną, wtulone w moje nogi, a czasem kładą się mi na powieki i zaglądają do moich snów.

Niezwykle hipnotyzująco działa na nich dźwięk uderzeń w komputerową klawiaturę albo szelest przesuwającego się po papierze pióra. Podnoszą wtedy łebki jak surykatki lub słyszące otwierającą się lodówkę psy, i powoli zbliżają się do mnie. Włażą na fotel, cichutko wdrapują się po ramieniu i wtulone w moje włosy, opierając łapki o ucho, podpowiadają mi swoje własne brzmienie, z cichą nadzieję, że zmienię je w namacalne litery z atramentu, albo  że zobaczą samych siebie na ekranie komputera.

I właśnie o mojej ciepłej gromadzie słów chciałabym Wam opowiadać. Już bardzo dawno, chyba od dwóch lat, łazi za mną ta chęć, by czasem napisać Wam moją osobistą historię związaną z jakiś słowem, ale jakoś to mi zawsze umykało, nie czułam się pewna, czy powinnam, czy wypada… Ale od jakiegoś czasu ten blog zmienia się, bardzo się zmienia. Wiem, że to zauważyliście, piszecie mi o tym, wielu z was mi o tym wspomniało, choć niektórzy nie do końca potrafili określić, co dokładnie się zmieniło… Po prostu Przeczytaj mnie staje się bardziej moje, całkowicie moje, od początku do końca.

Dlatego też chcę, by zamieszkały tu Słowa udomowione. Dziś opowiedziałam wam o całej gromadzie, ale już niedługo wybiorę któreś z moich ukochanych i przedstawię wam jego historię. Zdradzę wam, że wszystkie moje słowa ogromnie się na to cieszą i teraz, kiedy publikuje ten wpis, wszystkie jak zaczarowane wpatrują się w ekran i machają do was łapkami.


2 komentarze:

  1. Bardzo zgrabny wstęp. Już jestem ciekawa, jakie słowo będzie pierwsze w kolejce. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stado słów dziękuje :) No prawie, już prawie wybrałam... ;)

      Usuń