czwartek, 9 lipca 2015

Guguły – Wioletta Grzegorzewska


Słowo guguły jest uważane za regionalizmem częstochowski i oznacza niedojrzałe owoce. Czułam ich smak na języku, gdy czytałam tę książkę, bo ją nie pochłania się jedynie oczami. Te opowiadania czyta się wszystkimi zmysłami – wzrokiem, dotykiem, węchem… Ta książka porwie nasz nos i wypełni go wsią i porami roku, na język położy wapno ze ściany, wodę z odgazowanego syfonu i marchewkowy sok o posmaku rdzy, a do rąk da miękkie futerko czarnego kota i kłujące siano…


Nominacje do nagrody literackiej Nike stały się w tym roku dla mnie pretekstem do bliższych spotkań z polską literaturą, z którą dotychczas mocno się mijałam. I tak oto przejrzałam listę nominowanych i moje spojrzenie skrzyżowało się z „Gugułami”.

To zbiór opowiadań ułożonych chronologicznie i połączonych merytorycznie. Wszystkie opowiadają o małej dziewczynce z polskiej wsi Hektary. Zaczynamy w latach siedemdziesiątych i wędrujemy z małą bohaterką przez jej dzieciństwo, wspólnie witamy jej ojca, który wrócił z więzienia, malujemy plakat na konkurs, zamarzany w zaspie śniegu, zbieramy złom i dorastamy…

To nie sielankowa, utopijna opowieść o dzieciństwie na wsi. Tutaj za krzakiem czai się wilk i czasem ma bardzo ludzkie zęby. Tu trzeba uważać na słowa i na czyny. I tu w szorstkości rodziców można odkryć pokłady miłości i ciepła. I mimo swojego naturalizmu, ta książka nie uderzy w nas deską pełną drzazg. Grzegorzewska zachowała złoty środek i niezwykle sensorycznie opisała… prawdziwe życie. Jedne chwile sprawiały nam ból, drugie wywoływały uśmiech na twarzy, przy trzecich krzywiło się z obrzydzenia, przy czwartych powoli przełykało sślinę.

Jest tu także to, co lubię najbardziej – dwuwiara. Czyli mocne splecenie chrześcijaństwa z pogaństwem. Cała wieś chodzi do kościoła, czeka na przyjazd papieża, a przy tym wiąże sobie czerwone wstążki na nadgarstkach od uroku i wie, że burza jest karą za zabicie pająka.

To jedna z tych książek, która nie tylko porywa treścią, ale także i uczy, pokazuje, zmusza do refleksji. Nie wyparowuje z głowy wraz z ostatnią przeczytaną stroną. Wiele jeszcze nominacji do Nike przede mną, ale już teraz trzymam mocno kciuki za Guguły.

6 komentarzy:

  1. Hmm skoro tak to może sięgnę po nią?
    Zapraszam do mnie http://mysecretlife157.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że zdecydowanie warta :) To taka piguła dobrej literatury :)

      Usuń
  2. Okropna, okropna, okropna okładka! I gdyby nie Twoje słowa o niej, nie tyknęłam bym jej kijem od szczotki, nie mówiąc o jakimkolwiek czytaniu. Nie ocenia się książki po okładce, ale jestem wzrokowcem i kiedy stoję w bibliotece pomiędzy regałami wybieram to co jest ładne, co wydaje mi się ciekawe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wieeem, że nie ocenia się, ale fakt, okładka ma duży wpływ na nasz wybór. Okładka "Guguł" mnie też nie przekonuje, ale opis książki już bardziej :)

      A ileż ja książek odkryłam tylko dzięki ich okładce... ach!

      Usuń
  3. Dlaczego ja na Ciebie wcześniej nie trafiłam?!! :D Jak widać wielkobukowe polecanki bardzo się przydają.
    Na Guguły czaję się już od pewnego czasu. Teraz jeszcze bardziej chcę :)

    P.S. Wybacz, jeśli zdublują się komentarze, ale próbowałam pisać z profilu wordpressa i.. no znów się nie da :/
    lolantaczyta.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkibuczek jest kochany :)
      I baaardzo mi miło Cię tu gościć, Lolanto :) Czyyyytaj Guguły! Ja chcę Twoją recenzję! :D

      Usuń