sobota, 27 czerwca 2015

Zapach miasta: Karasuk (Syberia)


źródło zdjęcia - pravkarasuk

Syberyjskie cmentarze skrywają w sobie wiele historii. Dokładnie tyle, ile połknęły grobów. Dużo tu sztucznych, kolorowych kwiatów i prawosławnych krzyży, z daleka cmentarz wygląda jak pstre pole. Pole, które każdego roku rozrasta się w zbyt szybkim tempie.

Wśród kwiatów ułożonych przy każdym grobie, bądź wetkniętych przy nim w ziemię, leżą talerzyki i małe kieliszki. Na spodeczkach iskrzą w blasku słońca cukierki w kolorowych papierkach. Ot, taki zwyczaj, przynosić na groby nie tylko kwiaty, ale i jedzenie. Najczęściej cukierki, ale czasami można zobaczyć też ciastka, a nawet naleśniki. A kieliszki wypełnia się wodą. Czasami wódką. Jak kto woli.

Tu wiara w Boga łączy się z wiarą w bogów. Pogaństwo mocno trzyma za rękę prawosławie, a każda rodzina wnosi coś swojego.

W południowej części Syberii, niedaleko Nowosybirska, leży maleńkie miasteczko Karasuk. Tu niemal wszyscy się znają, mówią po rosyjsku i jedynie sami Rosjanie są w stanie uchwycić delikatny żargon tego obszaru. Właśnie w tym miasteczku byłam świadkiem pogrzebu – uroczystości, która nie jest tu niczym nowym. Śmierć często zabiera ze sobą ludzi. Jednak czy coś, co powtarzane jest tak często, może fascynować? Owszem, gdy spojrzy się na to świeżym okiem, gdy ujrzy się to po raz pierwszy.

Stoję wraz z tłumem na ulicy, przy wyjściu z klatki schodowej. Babuleńka Wiera zmarła trzy dni temu i zgodnie ze zwyczajem spędziła te trzy dni leżąc w trumnie postawionej na stole w największym pokoju swojego mieszkania. Umyta i odświętnie ubrana spoczywa wśród gości, którzy ją odwiedzają. Jest tu obecna tylko ciałem, jej dusza… Katolicy powiedzieliby, że już odeszła. Prawosławni wierzą, że odejdzie dopiero po czterdziestu dniach. Wokół trumny stoją kanapy, na których wciąż ktoś siedzi, żegna się ze zmarłą, czuwa, modli się, płacze, pije za jej duszę.

Wszystkie lustra w mieszkaniu są pozakrywane prześcieradłami, by nikt nie zobaczył w nich odbicia duszy zmarłej, bo przecież zwierciadło jest granicą i zarazem przejściem na tamtą stronę.

Minęły trzy dni, odkąd Wiera Iwanowna zmarła. Dopiero teraz można ją pochować, teraz, kiedy wszyscy się już z nią pożegnali. Pod blok podjeżdża zwykła ciężarówka. Patrzę zaskoczona, jak jej tylne drzwi otwierają się, a w środku widzę udekorowane dywanem i innymi tkaninami wnętrze, dwie ławeczki po bokach oraz miejsce pośrodku na trumnę.

Po tym jak zmarłą wynoszą z domu, wszystkie podłogi w mieszkaniu szybko zostają umyte wodą źródlaną. Nikt nie czeka z tym na zakończenie pogrzebu, robi się to zaraz po wyniesieniu trumny, by wymyć śmierć z domu.

Trzaskają głośno drzwi mieszkania, zamykane z niezwykłym pośpiechem tuż za wyniesioną trumną. Tak samo szybko zamykają się drzwi klatki schodowej, gdy tylko Wiera Iwanowna zostaje wyniesiona na zewnątrz. Szeptem pytam najbliżej stojącą osobę, czemu robią to tak gwałtownie, i otrzymuję odpowiedź: „by śmierć nie zdążyła wrócić”.

Chwilę stoimy na dworze, by każdy miał okazję ostatni raz pożegnać się ze zmarłą. A potem trumna zostaje wstawiona do samochodu, najbliższa rodzina siada na ławeczkach obok niej, ale drzwi ciężarówki nikt nie zamyka. Pojazd rusza bardzo powoli, a wszyscy zebrani idą za nim. Należy przejść choć kilka kroków, symbolizujących ostatnie pożegnanie.

Na cmentarzu nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Pop odmawia modlitwę, trumna zostaje zakopana, Istotniejsze natomiast jest pytanie – co dzieje się potem?

Skąd się ono pojawia? Dowiecie się, uważnie oglądając groby innych osób. To tu, to tam, można zobaczyć butelkę wódki przy krzyżach, albo zawiązaną na krzyżu chustę… Przez co pojawia się w naszej głowie masa pytań, na które odpowiedzi możemy otrzymać po prostu pytając ludzi. Nie bójcie się pytać, każdy udzieli wam odpowiedzi. Tu ludzie szczerze opowiadają o sobie, otwierając duszę przed osobami, które widzą po raz pierwszy w życiu. Tutaj, będąc obcym, poczujesz, że stajesz się częścią małego świata, który zaakceptował cię w chwili, gdy przekroczyłeś jego granicę.

Na syberyjskich cmentarzach panuje intuicja, wiara w to, że martwi są tuż obok nas. Są w raju, ale przy tym wciąż nam towarzyszą, stojąc tuż obok. Nie odwracaj się, bo naprawdę możesz zobaczyć ducha.

„To wódka?” – pytam, wskazując na półlitrową butelkę stojącą przy prawosławnym krzyżu. „Tak, tak, wódeczka” – odpowiada mi z zadziornym uśmiechem wdowa po pochowanym mężczyźnie. – „Wania lubił czasem wypić. Niedawno, jakieś trzy miesiące po tym jak zmarł, zaczął do mnie przychodzić i skarżyć się, że chce mu się pić. W końcu dałam mu się ubłagać i przyniosłam tu tę jego wódeczkę. I od razu dał mi spokój”.

Widząc grzebień do włosów schowany tuż obok płyty nagrobnej, nie umiem powstrzymać kolejnego pytania. Syn zmarłej odpowiada mi bez skrępowania: „Mama przyszła do mnie we śnie i poskarżyła się, że tam nie ma czym się uczesać, że zapomniała zabrać grzebyk ze sobą. Nie mogłem jej odmówić” – wzrusza spokojnie ramionami.

Widząc dziecięce rajstopki przewieszone przez ramię jednego z krzyży, już nie pytam. Sama dopowiadam sobie kolejną historię.

Gdy stawiam na jednym z grobów polski znicz, ludzie patrzą na mnie z ciekawością, nie rozumiejąc, co robię. Coś takiego jest dla nich nowością. Oni przynoszą na groby sztuczne kwiaty, wieńce, albo jedzenie… Przy każdym nagrobku obowiązkowo musi stać talerzyk, na który kładzie się cukierki, oraz kieliszek napełniany wodą i nie tylko wodą. Pogański zwyczaj przynoszenia ofiar zmarłym istnieje tu aż do dziś, choć z pewnością większość nie zdaje sobie sprawy, że spełnia jeden z obrządków swoich starożytnych przodków.

Tu, wśród tej ciszy krzyży, kwiatów i cichej wiary w życie po śmierci, można poczuć ukojenie. Cmentarze uspokajają i napełniają cichą harmonią. A może to tylko nieme pogodzenie się ze śmiercią? Cudzą i własną. Bo przecież każdy z nas kiedyś umrze.

Wszystko ma swój koniec, tak samo koniec ma i ta błoga cisza. Pokojowy ryk silnika, bardziej podobny do mruczenia, rozbija myśli i przypomina o powrocie. „Wciąż żyjesz, pamiętasz?”. Na tych cmentarzach czasem można o tym zapomnieć.

Wydaje się, że trzaśnięcie drzwi samochodu bezcześci to miejsce, ale nie ma na to rady, my musimy wracać. Każdy ma swoje miejsce na tym świecie i nie od nas zależy jego zmiana.

Koła nieśmiało przegryzają kamyki rozsiane na drodze. Jedziemy powoli. Krzyże stoją w miejscu, obojętnie patrząc na odjeżdżający samochód. One wiedzą, że prędzej czy później każdy tu powróci. Nie ma pośpiechu.

13 komentarzy:

  1. Dobrze się czytało. Chętnie popłynęłabym z Twoimi słowami jeszcze gdzieś dalej... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż miałam wrażenie, że byłam na tym cmentarzu razem z tobą... :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Uważam, że Twój blog poszedł w bardzo dobrym kierunku. Zarówno 'dokawnik', 'felietony' i (przede wszystkim!) 'zapach miasta' są świetne. Liczę, że te cykle będą się pojawiać regularnie :)

    P.S. Oczywiście na recenzje książek i filmów też czekam :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po takim komentarzu ciężko nie chodzić cały dzień z bananem na twarzy :) Dziękuję! Będę się starać, by wszystko było regularne! :D

      Usuń
  4. Spokój, mądrość i zgoda na to co niesie życie. Chciałabym tak odczuwać, tak odbierać rzeczywistość, taką być. Pięknie ubierasz w słowa emocje, malujesz literami to, co to trudno nazwać, złapać w formę i kształt. Pięknie żyjesz, doceniając każdy szczegół, będąc tu i teraz. Niesamowite.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubię cmentarze...tamtejsza cisza mnie uspokaja i przypomina jednocześnie, jak cenne jest życie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda... ja w takich miejscach też oddycham spokojniej.

      Usuń
  6. Bylem tam w 1992 roku w stacji biologicznej. Mialem wrazenie ze czas sie tam zatrzymal w latach 50tych. Co ty tam robilas?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tam rodzinę :)
      I faktycznie, tam czas się zatrzymał...

      Usuń
  7. Panichida - opowiedz o niej, proszę. To ciekawy zwyczaj, mało znany.

    OdpowiedzUsuń