niedziela, 8 lutego 2015

Wywiad z Shirin Kader: O nowej książce, dżinnach i jedzeniu

Fot. Grzegorz Szymański
Mieszka w Polsce, choć niektórzy niedoinformowani księgarze stawiają jej książkę na półce „Literatura obca”, świat wokół niej wypełniają zapachy szafranu, kardamonu i kurkumy, a w domu ma chodzącą na czterech łapach Sziszę. Shirin Kader, autorka książki Zaklinacz słów usiadła na fotelu u Przeczytaj mnie i zdradziła parę słów o swojej nowej książce, a także opowiedziała o tym, kto mieszka w rurach kanalizacyjnych jej mieszkania... Jesteście ciekawi?

Wiktoria Korzeniewska: Twój "Zaklinacz słów" zaczarował połowę świata, ale dżinny zdradziły mi, że skrobiesz następną magiczną książkę. Prawda to czy dżinny mnie zwiodły?

Shirin Kader: Z tą połową świata bym nie przesadzała (śmiech). Ale w tym przypadku dżinny miały rację, chociaż lubią kłamać.

I jak idzie pisanie? Kiedy możemy się spodziewać książki na półkach księgarń?

Myślę, że w 2015 roku, ale wolę nie podawać konkretnych terminów, żeby nie zapeszać. Takie rzeczy trzeba trzymać w tajemnicy właśnie przed dżinnami, żeby niczego nie poplątały. A pisanie idzie do przodu.

Opowiedz, o czym będzie? Też pachnie Orientem? Czy znajdziemy w niej Zaklinacza i Ninę?

Książka nosi tytuł "Cafe Istanbul" i będzie opowiadała o pewnej warszawskiej kawiarni, w której spotykają się różni przypadkowi ludzie. Każdy rozdział to opowieść o kimś innym, a całość połączona jest opowieścią ramową. Orient oczywiście musi się pojawić, ale tym razem nie w tak baśniowej i rozbudowanej konwencji. Myślę, że uważny Czytelnik na pewno znajdzie między wierszami Ninę i Gabriela, dopatrzy się wiele mówiących szczegółów, odkryje słowa - klucze, ale nie planuję żadnych bezpośrednich nawiązań. Planuję natomiast pewien pisarski żart w ostatnim opowiadaniu.

Intrygujesz. O „Zaklinaczu słów” mówi się, że to książka o prawdziwej miłości. Czy w „Cafe Istanbul” też będzie ten wątek?

Cieszę się z takich opinii o „Zaklinaczu.” Naprawdę. Tym bardziej, że w dzisiejszych czasach prawdziwa miłość stała się niemodna. Rezygnuje się z niej na rzecz innych spraw, wmawiając sobie, że nie istnieje, podobnie jak Święty Mikołaj. A jednak się zdarza, tylko trzeba umieć ją przyjmować, nie pozwolić, żeby przeszła obok. „Cafe Istanbul” to zbiór opowiadań, także o trudnej miłości. O takiej, do której trzeba dorosnąć, podjąć pewien wysiłek, żeby w nią uwierzyć. Również o takiej, której człowiek nie może się z siebie pozbyć, bo próbując jej zaprzeczyć, zaprzeczyłby także swojej własnej naturze. I w ostatecznym rozrachunku często okazuje się, że cena za wyrzeczenie się takiej miłości jest znacznie wyższa niż strach przed ryzykiem, żeby za nią pójść.

Porozmawiajmy teraz o pisaniu... Na facebooku napisałaś, że kiedy nie czytasz, to piszesz, kiedy nie piszesz, to czytasz. Jak to z tym jest? Co robisz częściej - czytasz czy piszesz?

Piszę. Bywa, że nawet przez sen. A czasem naprawdę wolałabym się porządnie wyspać. Niestety, pisarzem jest się 24 godziny na dobę. Nie ma żadnego odpoczynku, wakacji, wolnego dnia.

Pisarka udomowiona - czyli Shirin podpisująca książkę, kto wie, gdzie? ;)
A zdradzisz, jak wygląda twoje ulubione miejsce do pisania? Siadasz z komputerem przy biureczku, a może układasz się na łóżku z notatnikiem?

Nie mam biurka. Mam duży okrągły stół. Przy nim jednak piszę bardzo rzadko. Jeśli jestem w domu, zwykle piszę siedząc z komputerem w łóżku, ale mam też specjalny notatnik, ten z okładki „Zaklinacza”, który wszędzie ze sobą noszę. Nauczyłam się już, że słowa lubią pojawiać się w najmniej oczekiwanym momencie i takie rzeczy trzeba mieć pod ręką. Ten notatnik leży zawsze koło łóżka.

Łapiesz pojawiające się słowa, a co widzisz kątem oka?

Pewną tajemniczą postać, która już tam mieszka.

Shir, wiesz, że uwielbiam bajki, zdradzisz jaka jest twoja ulubiona z dzieciństwa?

„Mała księżniczka” Frances Hodgson Burnett. Z niej nauczyłam się, kim chcę być i jak postępować. To piękna książka. O prawdziwych wartościach.

A czego w dzieciństwie się bałaś? Boisz się tego nadal?

Bałam się zostawać sama w domu. Panicznie. Teraz to uwielbiam. Zbyt długie przebywanie w towarzystwie ludzi jest dla mnie naruszeniem stanu naturalnego.

Fot. Grzegorz Szymański
Shir, a kto mieszka pod Twoim łóżkiem?

Miejsce pod łóżkiem to miejsce na sny. Kiedy zasypiam, wskakują mi do głowy. Szisza lubi na nie czasem polować. Myślę, że je widzi. Koty podobno widują takie rzeczy.

Słyszałam też, że masz mieszkańca w rurach kanalizacyjnych...

Tak, mam, już od dawna, chociaż to oczywiście zabawa. Według mojej domowej legendy, mieszka w nich Aisha Kandisha, postać z marokańskich legend, ktoś w rodzaju naszej Baby Jagi. Aisha jest dżinnem, a dżinny lubią rury i odpływy, gdzie mogą żywić się resztkami potraw. Czasem żartuję, że Aisha przesiaduje w mojej toalecie i podgląda gości. Ostrzegam też, że może próbować wciągnąć ich do środka.

Twoje mieszkanie jest pełne tajemnic... ale wiem też, że dużo podróżujesz. W którym kraju zostawiłaś kawałek siebie?

W każdym, ale i one zostawiają swój kawałek we mnie. Noszę je zawsze przy sobie.

Piszesz w podróży?

Nie, nigdy. Podróżując zbieram wrażenia, chodzę, oglądam, zapamiętuję. Gdybym pisała, niczego nie mogłabym dokładnie poznać ani zobaczyć. Pisanie pochłania bez reszty, przenosi w inny świat, a ja muszę zrozumieć życie ulicy, wniknąć do środka, poczuć, dotknąć, powąchać.

Tęsknisz za Polską, gdy wyjeżdżasz?

Nie. Może gdybym musiała spędzić gdzieś wiele miesięcy, pojawiłaby się tęsknota, ale kilka dni czy tygodni to za mało, szczególnie mając przed sobą perspektywę powrotu. Nic zresztą nie odda tego uczucia, kiedy lecę gdzieś na Wschód i koła samolotu uderzają przy lądowaniu o płytę lotniska. Mam wtedy wrażenie, że wróciłam do domu po długiej wędrówce. Niestety, okoliczności życiowe nie pozwalają mi tam zamieszkać na stałe, bo w przeciwnym razie rozmawiałybyśmy teraz przez skajpa.

Opowiedz, czy jest jakaś rzecz, którą ZAWSZE przywozisz z podróży (tak jak niektórzy zbierają magnesiki). Masz taką małą podróżniczą kolekcję?

Mam podróżniczą kolekcję, ale składa się z wielu różnych przedmiotów, nie zbieram niczego konkretnego. Wybieram te rzeczy, które przyciągają mój wzrok, albo takie, które z jakichś powodów wpadają mi w ręce, bo to oznacza, że chcą do mnie należeć. Zawsze przywożę z podróży obrazy, wrażenia, które potem przekładam na opowieści.

Shirin uwielbia uorientalniać swoje czytelniczki...
Wiem, że lubisz gotować i to w ilościach hurtowych. Opowiesz mi o orientalnych potrawach w Twojej kuchni?

Ojej, jest ich wiele. Mogłabym opowiadać do jutra. Ciągle coś wymyślam, tworzę nowe smaki. Gdybym nie pisała, chciałabym prowadzić program kulinarny i zamierzam nawet nawiązać do tego w książce. Łączenie różnych składników ma w sobie coś z magii. Lubię zapraszać gości, gromadzić przy stole bliskich ludzi, a potem patrzeć jak ta magia zaczyna pojawiać się na ich twarzach, jak przekłada się na atmosferę. Kocham przyprawy: szafran, cynamon, kmin rzymski, curry i kurkumę, ras el hanout, dokądkolwiek jadę, zawsze przywożę w kilogramach. Moje potrawy to wariacje na temat arabskiej kuchni, ale nie tylko. Najczęściej piekę pasztety, robię mięso grillowane na różne sposoby, przyrządzam faszerowane warzywa albo indyjskie sosy typu curry czy korma. Jednym z moich ulubionych dań jest tadżin marokański – wszelkie możliwe odmiany. Teraz, zimą, trwa u mnie sezon na zupy – kremy. Mają rozgrzewające właściwości. Niestety z powodu książki musiałam chwilowo odłożyć na bok kulinarne wyczyny, więc nie szaleję, ograniczam się do prostych rzeczy. Ale zawsze muszę mieć coś ugotowane. Brak jedzenia w domu świadczy moim zdaniem o poważnych brakach w życiu.

Już kocham Twoją kuchnię! W takim razie na koniec czy możesz zdradzić czytelnikom mojego bloga jakiś prosty przepis na Orientaną potrawę?

Prosty? No dobrze. Wobec tego podzielę się czymś, co ostatnio często pojawia się na moim stole, jest to wariacja na temat sosu do kuskusu. Otóż na rozgrzaną oliwę z oliwek wrzucam pokrojoną w kostkę cebulę. Smażę ją na bardzo małym ogniu, ponieważ w ślad za nią dodaję rodzynki i przyprawy: 1,5 łyżki kminu rzymskiego, łyżeczkę kminu w ziarnach, łyżeczkę kurkumy, łyżeczkę czosnku granulowanego, dwie duże łyżki ras el hanout (w krajach arabskich tę przyprawę nazywa się przyprawą złej gospodyni, ale ja ją kocham – w Polsce jest do kupienia w arabskich sklepach albo na allegro i kosztuje grosze). Można dodać pół łyżeczki cynamonu i kolendrę (kolendry nie lubię, więc w moim sosie jej nie ma). Po wymieszaniu rodzynek i przypraw z cebulą, trzeba dolać mniej więcej 2 szklanki wody. Następne jest mięso – pokrojone w niewielkie kawałki. Używam indyka albo wołowiny, może być również filet z kurczaka – tu właściwie panuje dowolność, zależnie od upodobań. Potem idą 2-3 ziemniaki w półplasterkach, 2 marchewki w słupkach i czerwona papryka pokrojona w paski. Wszystko powinno znaleźć się pod powierzchnią wody. Wtedy dodajemy karton przecieru pomidorowego. Przecieru, nie koncentratu, bo jest znacznie mniej kwaśny. Powoli należy doprowadzić potrawę do wrzenia, a kiedy już zaczyna nabierać temperatury, wrzucamy kilka nitek szafranu, uważając, żeby nie przedobrzyć, bo zniszczymy smak. Wszystko elegancko gotujemy do miękkości, pod koniec dodając 2-3 łyżki cieciorki z puszki. Mimo, że opis może wydawać się nieciekawy, nie miałam dotąd gościa, który nie domagał się dokładki.

To ja lecę do kuchni już ten przepis wypróbować, a Tobie, Shirin, dziękuję ogromnie za wywiad! I oczywiście niecierpliwie czekam na „Cafe Istanbul” i myślę, że nie tylko ja czekam.


A może masz ochotę przeczytać recenzję "Zaklinacza słów" Uli na Pełnym zlewie? ;)

10 komentarzy:

  1. Niezła laska ta Autorka....
    Misio

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszorzędna. Uwielbiam autorkę i Zaklinacza. Czekam na Cafe mocno!

      Usuń
    2. Jedyna w swoim rodzaju, powiedziałabym ;) Oj... i niech szybciej to Cafe będzie <3

      Usuń
  2. jaaaacieee, ślinka mi pociekła i to podwójnie! Raz, ze już mnie dawno zachęciłaś do tej książki i na pewno ją nabędę, bo wydaje mi się ,że to podobny klimat co moja ukochana Shafak, a do tego przepis- brzmi bajecznie, musze tylko sie w odpowiednie przyprawy zaopatrzyć. Kuchnia orientalna jest bardzo aromatyczna, wuielbiam- cała kuchnia wtedy pachnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo! No kochana, koniecznie! Nawet Ci swojego "Zaklinacza..." pożyczyć mogę do przeczytania :P

      Usuń
    2. A dziękuję, ale taką książkę, to ja sobie chcę mieć :)

      Usuń
    3. Wiem, wiem, ale kuszę jak tylko mogę :D

      Usuń
  3. "Zaklinacza" czytałam i zauroczył mnie. Cieszę się, że kolejna książka pojawi się już niebawem....Eh, może uda się zdobyć autograf Autorki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już nie mogę się doczekać Cafe... Na facebooku czasem można autorce przez ramię zajrzeć, wiecie? ;)

      Usuń