sobota, 22 listopada 2014

Wywiad: Halyna Dubyk


Zakochała się w Aleksandrze Kondratwiewie, oddała serce książkę „Na brzegu Jarynia” i obiecała sobie, że zrobi wszystko, by polski czytelnik przeczytał tę powieść. Tak było kilka lat temu. Dziś Halyna Dubyk – tłumaczka pierwszego polskiego wydania „Na brzegu Jarynia” - specjalnie dla was, kochani czytelnicy, w dniu moich urodzin, odpowiedziała na kilka moich pytań.


Wiktoria Korzeniewska: Halyna, opowiesz, jakie były twoje ulubione bajki w dzieciństwie?

Halyna Dubyk: Ulubione bajki... o rany, najtrudniejsze pytanie! Nie wiem, czy czasem nie Kołobok!

Naprawdę?! Dlaczego?

Może dlatego, że był taki nieposkromiony. Z jednej strony niby dzidzia, a wcale nie dzidzia. Był stworem - dzieciątko ulepione, a nie urodzone. I wszystkiego można się było po nim spodziewać, wszędzie mógł się zaturlać. Chyba właśnie dlatego.

A czego w dzieciństwie się bałaś?

Chyba wszystkiego. Ale najbardziej bałam się wiedźm - może to jest kwestia podejścia ukraińskich rodziców, którzy powinni się zachowywać według określonych ram i dla tego za bardzo straszyli, opowiadali o wiedźmach. I wiedziałam, która pani w okolicy para się tymi usługami. Do tej pory jak przechodzę obok domu, w którym kiedyś mieszkała lokalna wiedźma, mam lekkie dreszcze.

A propos wiedźm. U nas w Petersburgu też były nasze wiedźmy, jako dziecko dokładnie wiedziałam, która sąsiadka nią jest i w którym mieszkaniu mieszka. I od maleńkości mama uczyła mnie skręcać figę w kieszeni, gdy tylko taką sąsiadkę mijałam. Podobno miała chronić od rzuconego uroku. A w „Na brzegu Jarynia” wiedźmy i inne diabelstwo figą się wita.

Tak, dokładnie! Bo ludzie nie do końca wiedzą, ale figa nie ma na celu odstraszania. To znak wielkiego szacunku. I skręca się ją po to, by przywitać ze wszystkimi honorami, co pozwoli uniknąć ewentualnego gniewu wiedźmy.

Wierzysz, że w twoim domu mieszka domowik?

Jak mi coś zginie to jestem na niego tak bardzo zła!

A karmisz go odpowiednio? Mleczko, ciasteczko?

Wierzę, że mi podjada, bo to przecież nie ja. Te wszystkie znikające ciastka...!

I jak to w ogóle jest z tymi wszystkimi stworkami, czułaś, że one gdzieś się tam chowają po ciemnych kątach, kiedy tłumaczyłaś książkę?

Tak, czułam je. I może było to podświadome, ale o ile zwykle nie rozmawiam z moim domowikiem, to w trakcie pracy nad książką „Na brzegu Jarynia” starałam się być wobec niego jak najbardziej uprzejma, byleby nie rozgniewać...
~*~


A wy jesteście uprzejmi dla swoich domowików? Halynie dziękuję za przeciekawy wywiad i spotkanie w Olsztynie. Już tęsknimy!


A Ty? Masz już swój własny egzemplarz książki o słowiańskich nieżyjątkach?

2 komentarze: