piątek, 3 października 2014

Otwórz oczy, zaraz świt – Mateusz Czarnecki


Książki są podróżnikami. Wędrują przez biblioteki, księgarnie, ręce, półki i ławeczki w parku, by w najbardziej odpowiednim momencie trafić do naszych rąk. Tak było ze mną i z „Otwórz oczy, zaraz świt”. Ta książka cicho obserwowała mnie, widziała zmiany w moim życiu. A gdy już się dokonały, miękko wśliznęła się w moje dłonie.

Nie jest to książka podróżnicza, choć jest o podróży. Nie jest to romans, choć jest w niej miłość. Trzymacie w dłoniach receptę od człowieka, który sam stworzył sobie kratkę z codzienności. Zbudował życie tak, jak oczekiwali tego od niego inni, zmienił pragnienia ojca, oczekiwania społeczeństwa i szablon życia młodego człowieka w cegiełki i z nich zbudował wielki dom. Dopiero potem zrozumiał, że ów dom nie ma ani okien, ani drzwi, i nie da się z niego wydostać.

Wydawca zachęca do tej książki słowami o tym, że jeżeli każdy poniedziałek jest dla was problemem, a konieczność pójścia do pracy zmienia się w tragedię, to książka ta została napisana właśnie dla was.

I wiele w tym jest prawdy. Teo, przytłoczony własną firmą, kupuje bilet do Indii, ot taka mała ucieczka od codzienności, niewielkie szaleństwo, być może pierwsze i ostatnie w życiu. Wyjeżdża i trafia do zupełnie innego świata, świata, gdzie oddycha się o wiele łatwiej, świata, gdzie jego serce przyśpiesza.

To książka o nas samych, bo któż z nas nie uderzał w mur „tak nie wypada”, „powinienem”, i „rodzice by chcieli”. Tylko z początku „Otwórz oczy…” może nas mamić, że jest historią o mężczyźnie przed trzydziestką, który zakochał się w pięknej dziewczynie z Indii i… Ale nie, to opowieść bardziej o tym, że czasami wyrwanie się z klatki i nowy początek nie zawsze kończą się happy endem.

Dla mnie natomiast jest to książka nie do końca o ucieczce od codzienności. To książka o podróży do własnego najskrytszego pragnienia. Nie wiem, czy wiesz, ale czytasz właśnie recenzję marzenia. Tego, które autor i Teo spełnili pisząc tę książkę. Mając tę wiedzę, każde zdanie i każdy akapit nabierają nowego sensu. A cała ta historia patrzy na ciebie i pyta – a ty jakie masz marzenie?

Nie opowiem ci o języku tej książki, choć on także mnie urzekł, nie opowiem ci o tym, czy czytało się ją szybko, czy powoli. Nie opowiem ci o jej literackich walorach. Nie rozpiszę się o tym, że to debiut. Powiem ci tylko jedno, parafrazując słowa mojego ukochanego Williama Butlera Yeatsa: czytaj ostrożnie, czytasz marzenie.  

Premiera książki 4 października 2014 roku.

9 komentarzy:

  1. Masz rację, że książki nas sobie wybierają. Ale też żeby to dostrzec, trzeba umieć patrzeć, wyczuć, że to właśnie ten moment :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami mam wrażenie, że cały świat jest w stanie popchnąć tę właściwą książkę w moje ręce.

      Usuń
    2. Prawda?! Ja też odnoszę często takie wrażenie! Jakby miały w sobie radar stronice i okładki ;) Taki emocjonalny radar :)

      Usuń
  2. Nie wiem dlaczego, ale nie jestem przekonana do tej książki. Musze się jeszcze zastanowić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Marzę o przeczytaniu tej książki, nie tylko ze względu na wspaniałą okładkę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękna recenzja - aż chce się się usiąść, zatrzymać i przeczytać książkę.

    OdpowiedzUsuń