piątek, 4 lipca 2014

Pięć wersji Czerwonego Kapturka

Czyli dziś oddaję głos zwycięzcom konkursu z Grahamem Mastertonem i Czerwonym Kapturkiem. Jesteście ciekawi, jakie prace najbardziej mnie zachwyciły? No to zapraszam do lektury!


Wojciech Konopka
Czerwony Kapturek

- Jeszcze jedno cięcie i gotowe - rzekł mała, szczuplutka dziewczynka o  czarnych włosach spiętych starannie nad głową w kok. W końcu nikt nie lubi jak włosy wpadają do jedzenia, a już szczególnie nie lubi tego babcia dziewczynki. Ostrze mignęło w powietrzu i wielki kawał mięsa z uda nieszczęśnika oddzielił sie od kości i trafił do słoika z przyprawami, czosnkiem i listkami mięty.
Czerwony Kapturek wytarła okrwawione ręce w fartuszek i zabrała się za sprzątanie. Jej ostatnia ofiara była dość silnym drwalem z lasu i zabrało sporo czasu dziewczynce, aby jego zwłoki przetransportować do domku i wypatroszyć. Resztę ciała wrzuciła do dziury w ziemi wypełnionej lodem, która pełniła role lodówki, a czaszkę, którą w pierwszej kolejności odrąbała od ciała, ustawiła na półce. - będzie niezły kielich dla babci na urodziny - rzekła do siebie - spakuje pudding z mózgu i mogę sie zbierać.

Dzień dopiero się zaczynał, a Kapturek całą noc zajmowała się przygotowywaniem jedzenia dla babci. Marynowane uda, flaczki z majerankiem, pudding z mózgu z brązowym cukrem i wątrobowa niespodzianka, czyli różne apetyczne elementy ludzkiego ciała zaszyte w wątrobie i ugotowane z miodem. Tak, babcia była smakoszką i niełatwo było ja zadowolić. Dziewczynka nie raz starała się ją namówić, aby przerzuciła się na mięso zwierząt leśnych, ale babcia, czarownica zresztą, która od pogromu w mieście Salem została kanibalką nie chciała tego słuchać. Uważała, że "ludzizna" zapewni jej długie życie i sprawność seksualną. Bo, że babcia była bigamistką, plugawiącą się w rozpuście w każdą pełnie księżyca wiedzieli już nawet Inkwizytorzy na Starym Kontynencie. Zanim babcia uciekła do Stanów zdołała przysporzyć im wielkich kłopotów.
Po spakowaniu specyfików, dziewczynka założyła swój ulubiony strój: czarny, lateksowy kostium, winylowe rękawiczki i skórzany, czerwony kapturek. Chciała zostać czarownica, jak jej babcia, ale wciąż brakowało jej doświadczenia, dlatego nie mogła nosić czarnego kaptura. Czerwień oznaczała adeptkę czarnej magii, służkę starszyzny i dziewczynę do towarzystwa dla wiekowych czarowników. - jeszcze trochę i zostanę Wtajemniczona i to ja będę gwałcić, pić i szerzyć rozpustę - uśmiechnęła się do siebie Kapturek i ruszyła do domku babci.
Nie znaliście, drodzy czytelnicy tej bajki? Naprawdę myśleliście, że mała, niewinna dziewczynka będzie latać po lesie w czerwonym kapturku, który widać z całej okolicy? Poza tym jaka babcia mieszka sama głęboko w ciemnym lesie. O nie, nie, to nie takie proste, moi drodzy. To jest opowieść o mordzie, krwi i pożądaniu w najobrzydliwszej formie. Babcia miała swe sługi, młodych mężczyzn, którzy dostali sie we władzę jej magii. Pozbawieni oczu i zszytymi ustami służyli tylko jej seksualnym kaprysom. Kapturek? Jak zasłużyła tez dostawała małe co nie co, ale rzadko, aby sie dziewoja nie rozochociła.
Co mówicie? Wilk? A no tak, wilk. To nie był ot sobie jakiś tam basior, tylko mag, który jako jedyny chciał zaprzestać plugawienia magii przez takie nieokiełznane i chore czarownice jak babcia. Został za to przemieniony w wilka i teraz knuł zemstę na obu kobietach. Przez wszystkie lata jako wilk zdołał rozszarpać większość złych czarownic i teraz tylko one mu zostały. Jak już sie domyślacie i to mu sie udało, ale tak... właśnie myśliwy...
Myśliwy był naprawdę wysłannikiem Świętej Inkwizycji, który na własna rękę chciał dopaść czarownicę. porzucił swą profesję na rzecz osobistej vendetty, w końcu babcia zjadła jego syna, a ciężarnej żonie rozpruła brzuch, aby wyciągnąć z niej dziecko, które... tak moi mili, zostało Czerwonym Kapturkiem. Myśliwy o tym dowiedział sie dopiero na końcu.
Wilk rzeczywiście zjadł babcie, ale bo ta nawiedzona starucha tak sie rozpasła, że nie była w stanie z łóżka się ruszyć. Zjadł, może to za dużo. poszarpał bidulę, odgryzł co nie co i wypluł, był porządny w końcu. Myśliwy osobiście zabił Kapturka widząc upadek swej córki. Jeden, celny strzał w głowę i jej mózg rozbryzgnął się po całej chatce. Wilka zabił z litości, w końcu jego krucjata już się zakończyła. A potem sam sobie palnął w łeb, bo już nic innego w życiu mu nie zostało.

~*~

Natalia_Lena
O wilku zbyt mrocznym i kapturku śnieżnobiałym

Wiecie…
Peleryna tak naprawdę nie była czerwona. Co prawda, taką ją znaleźli i może stąd zrodziła się ta cała historia o Czerwonym Kapturku. Czerwień tak bardzo wyryła się na ich gałkach ocznych i w umysłach, że nie potrafili już myśleć o innej barwie. Często w mojej głowie odtwarzałam kolejne wariacje na temat tego, jak zachowywali się ci, którzy tę pelerynę znaleźli. Czy zakryli usta otwarte w niemym krzyku? Czy podnieśli materiał ciężki od nasiąkniętej krwi? Czy wiedzieli, co się stało? Domyślali się chociaż?
Nie wiem… Nie wiem, co słyszeliście i co wiecie, dlatego opowiem wam, jak było naprawdę.
A była sobie dziewczyna.
Była babcia.
Był wilk i był łowczy.

***
Peleryna była biała jak śnieg, który zalegał wówczas w lasach. Tak samo gruba i puszysta, tak samo skrzyła się w promieniach słońca. Była piękna, tak samo piękna jak moja suknia ślubna. Bo wiedzieć musicie, że miał być ślub – ale go nie było.
Szykowałam się na ten szczególny dzień, w czym pomagała mi babcia, jedyna rodzina, jaką wówczas miałam. Mieszkałyśmy razem w chacie, na odludziu, ale nie przeszkadzało mi to. Kochałam szum sędziwych drzew, noce czarne niczym smoła, aż bałam się oddychać, by nie wciągnąć jej do płuc. Gwiazdy połyskiwały jak zatopione diamenty. Pohukiwania, wycie i trzaski nie przerażały mnie, siedziałam przed kominkiem i wysłuchiwałam rodzinnych opowieści, patrząc, jak cienie płomieni pełzają po drewnianych ścianach chaty.
Razem z babcią szykowałyśmy mój ślubny koszyk. Bo wiedzieć musicie, że w tych stronach była to powszechna praktyka. Panna młoda układała w koszyku kawałki jedzenia: chleb, kiełbasę, jajka, jabłko, miód w słoiczku, mąkę, sól i pieprz, co miało zwiastować dobrobyt dla nowej rodziny oraz nić i igłę, co z kolei symbolizowało kobiecą zdolność do spajania rodziny, do cerowania dziur, czyli problemów.
Pamiętam, że tego dnia, ślubnego dnia, miałyśmy wyjść wcześniej, by na czas dotrzeć do kościoła we wsi. Założyłam pelerynę, bo w samej sukni nie miałam szans, by mierzyć się z mroźnym dniem, i wraz z babcią trzymającą się mego ramienia, ruszyłam ścieżką.
Nigdy nie dotarłyśmy do kościoła. Nawet nie przekroczyłyśmy bram wsi. Ktoś wyszedł nam naprzeciw. Przywitał nas ostrzem i stalą, cierpieniem i łzami. ,,Dlaczego?” zapytacie.
Dlaczego…
***
Szanowano we wsi braci Wilków – jednego ze strachu, drugiego za dobroć. Dobry brat, młody Wilk, był łowczym w tych lasach. Pomagał zdobyć drewno na opał i przynosił mięso. Ponoć zabijał zwierzęta tak, by w ogóle nie cierpiały. Często odwiedzał mnie i babcię w chatce.
Może z prawdziwej miłości, a może tylko z litości, ale po pewnym czasie oświadczył mi się. Zgodziłam się, przekonana, że dorosnę do tej miłości. Zresztą, babcia, jako opiekun i głowa naszej małej rodziny, miała decydujący głos. Wieść o rychłym ślubie rozeszła się szybko. Starszy Wilk, hulaka i zabijaka, poczuł się urażony nadchodzącym wydarzeniem. Dużo było w tym mojej winy. A przynajmniej tak to sobie tłumaczę.
Starszy brat w sposób niewybredny często dawał mi do zrozumienia, że chętnie wziąłby mnie. Zbyt często mnie dotykał, zbyt często się narzucał. Nie kochał mnie, po prostu mnie chciał. Zgaduję też, iż wiedział, bądź domyślał się o zamiarach łowczego względem mnie. Pewnego dnia, po wyjątkowo brutalnych i obrzydliwych zalotach, nie wytrzymałam i dosadnie dałam mu do zrozumienia, co o nim myślę. Śmiała się z niego cała wieś, że taka mała i słaba mu się stawia. Wtedy też poparł mnie łowczy, który posłał Wilka do diabła. Zaznaczył swoją ucieczkę krwią, która spływała po jego twarzy, gdy uderzył go młodszy brat.
,,Własnego brata stawiasz niżej od tej... tej…!” tak wtedy rzekł. I odszedł. A przynajmniej tak wtedy myślałam. Gdy wracam myślami do tej chwili, wydaje mi się, że to właśnie wtedy podpisano na nas wyrok.
Na dziewczynę.
Na babcię.
I na łowczego.

***
Zniewaga – to było dla niego zbyt wiele. W dniu ślubu to brat łowczego wyszedł mi na spotkanie.  Wilk stanął przed nami na ścieżce, dumny, z błyskiem w oku. W ręce trzymał wielki nóż z zakrzywionym końcem.
,,Babciu, a czemu babcia ma takie wielkie oczy?” tak wtedy rzekł ,,To chyba nie ze strachu? Wystarczy jedna dobra odpowiedź, a nic się nikomu nie stanie…”
Chciał, żebym była jego. Byłam skłonna się zgodzić, dla bezpieczeństwa. Przerażał mnie sam jego wygląd. Na grzbiecie miał wyliniałą wilczą skórę. Dyszał ciężko, jak po długim biegu, oczy nabiegły mu krwią, a jego zęby… Boże, jaki człowiek może mieć takie zęby? Wszystkie szpiczaste, zżółknięte niczym stare kości.
Jednak babcia i jej honor nie pozwolił przyrzec mojej ręki innemu. Słowo takie było wiążące. Odmówiła i odpowiedź była to zła. Wilk z warkotem rzucił się na nas. Odwróciłyśmy się i zaczęłyśmy uciekać. Wtedy myślałam tylko o jednym – byle tylko dotrzeć do chaty. Przeczekać… Przeczekać ten szał… Nie udało nam się, wiecie dobrze, że nam się nie udało. Stary Wilk mścił się za pobicie i odrzucenie, ale i za coś więcej. Nikt nie wbija noża w ciało tak mocno z powodu zwykłej urazy. Nikt tego nie robi. W nim było zło, zło, które karmiło się cierpieniem i krwią, zło, które rozlewało się w krwiobiegu i zaćmiło mu umysł.
Tak naprawdę łowczy nie uratował kapturka i babci. Gdy zło nasyciło się naszymi życiami, odeszło z umysłu i serca Wilka. Potem odszedł i on. Przeklęty przez własne czyny, uciekał przez dni i noce. Ale od sumienia uciec się nie dało…
Znaleźli nas o wiele później niedoszli weselnicy. Porzucono nasze ciała w zaspie, kilka kroków od mojej peleryny. Gdy łowczy zobaczył martwą mnie, po prostu zawył. Wył z rozpaczy, aż odpowiedziały mu inne, ukryte w mroku lasu wilki. Wył, aż mój duch musiał odejść, bo nie mogłam znieść tego smutku.
Tak naprawdę skończyła się moja historia.
Wiem, czemu inna wersja mojej ,,bajki” jest tak popularna. Według niej zło czai się w leśnych ostępach, w bezludnych zakamarkach, w nieznanych twarzach. Wystarczy je omijać i rośnie w tobie ułuda, że jesteś bezpieczny, że nic ci nie grozi. Prawda jest jednak taka, że wystarczy wyciągnąć rękę przed siebie, by dotknąć zła. Czasem te leśne ostępy i bezludne zakamarki są jedynymi miejscami, gdzie jeszcze istnieje dobro. Czasem to mrok bywa dobry, bo zło już nie boi się światła.

***
I już nie było dziewczyny.
Ani babci.
I tylko młody wilk samotnie wył.

~*~

Kasia
Czerwony Kacperek

-Mamusiu, mamusiu, mamusiu- zawołał Czerwony Kacperek
-Słucham skarbie?
-Mamusiu, kiedy mam iść do domku dziadka? Przecież muszę mu zanieść obiadek i piwko...
-Oj Czerwony Kacperku, przecież wiesz że dziadek mieszka w Domu Seniora, nie trzeba mu donosić obiadków , a piwko też nie jest dla niego!
-Mamusiu, mamusiu, ale dlaczego dziadek tam mieszka? Przecież miał domek w środku lasu, taki piękny, ze śliczną polanką i małym sadem...
-Oj Czerwony Kacperku, bo teraz to MY mieszkamy w tym domku. Czy nie jest Ci tu miło?
Masz swój pokój, wielkie podwórko ogrodzone, bezpieczne.
-Mamusiu, mamusiu, ale dlaczego dziadek nie został z nami? Przecież są wolne pokoje?
-Czerwony Kacperku, idź do lasu i zanieś tatusiowi butelkę wody i placek na drugie
śniadanie!- krzyknęła matka, jak zwykle zmieniając temat, gdy jej synek drążył i dopytywał się o
dziadka.
Czerwony Kacperek wziął placek i wodę i raźnym krokiem ruszył w kierunku, gdzie jego tatuś
wraz z ekipą leśną pracowali przy wycince drzew. Ścieżka, która szedł Kacperek była wąska i kręta.
Za każdym jednym zakrętem wydawało się że jest już na miejscu, ale wychodząc z zakrętu,
okazywało się że jest następny zakręt i następny. I wydawało się że te zakręty nie mają końca, gdy
nagle usłyszał jakiś szelest. Kacperek przystanął i zaczął nasłuchiwać. Jego serce biło coraz
szybciej, włosy zaczęły mu się jeżyć ze strachu. Szelest wyraźnie się przybliżał, zmierzał w stronę
przestraszonego chłopca, który zbladł, ale resztkami sił zdołał się schować za wielkim dębem.
Przysunął się całym ciałem do drzewa, objął je rękami i głośno oddychając czekał na to co
nieuniknione...
-Hłe, hłe, hłe.
Ktoś stanął za drzewem i zaczął przeraźliwie kaszleć. Chłopiec oddychał coraz szybciej, pot oblał
całe ciało
-Hłe, hłe hłe.
Kacperek delikatnie wychylił głowę zza drzewa, żeby zobaczyć kto tak kaszle
-Hłe, hłe hłe, paskudny kaszel, uuuch, mam dość – powiedział do siebie Wilk, właściciel
kaszlu- ooo, a ty to co za jeden? - powiedział do chłopca i znów zakaszlał
-Yyyyy, jestem Czerwony Kacperek...Idę do tatusia, który pracuje o tam- powiedział
chłopak i wskazał palcem miejsce, z którego dochodziły dźwięki piłowania drzew
-Czerwony Kacperek? Hmmm...I ty tak sam tu chodzisz? Hłe hłe hłe, Nie boisz się?
-Nie, panie Wilku, ja tu mieszkam od niedawna. Dlaczego pan tak kaszle?
-Hłe hłe, hłe, nie wiem, chyba mam astmę, albo jakąś inną alergię. Hłe hłe hłe, nie mogę iść
do lekarza, bo on wyjechał. Nie wiem gdzie, w jego domu mieszka teraz jakaś rodzina. Postawili
wielki płot wokoło i już.
Po tych słowach chłopiec otworzył szerzej oczy, już zrozumiał. Przybliżył się do Wilka i zapytał:
-Czy, czy tym lekarzem to był mój dziadek? Pafnucy?
-O tak, kawalerze, właśnie tak się nazywał! To twój dziadek? Gdzie on się u licha podziewa!
Muszę go znaleźć !, Tylko on potrafi opanować ten paskudny kaszel! Hłe hłe hłe..
-Poczekaj , pomogę ci. Jestem Dzielny Czerwony Kacperek! Choć nie wiem dlaczego mnie
tak nazywają? Może dlatego że noszę czerwoną czapkę? Nieważne! Ja wiem gdzie jest dziadek,
choć mamusia zawsze mi mówi że to są sprawy dorosłych! Zaczekaj tu na mnie, zaniosę tatusiowi
wodę i już idziemy do dziadka!
-Hłe hłe hłe- odpowiedział Wilk i popatrzył za szybko oddalającym się chłopcem – hłe hłe
hłe, psia krew i z kaszlem!Ten mały mi kogoś przypomina...
Po chwili chłopiec wrócił i wraz z Wilkiem poszli w stronę domu, gdzie kiedyś mieszkał dziadek a
teraz mieszka chłopiec z rodziną.
-O nie ja tam nie idę, hłe hłe hłe, tam są psy- szepnął Wilk, choć jego kaszel niósł się po
okolicy jak warkot silnika spalinowego kosiarki sąsiada.
-Dobrze, poczekaj tu na mnie, ja pójdę do mamy i spróbuję to jakoś załatwić
Nowy kolega Kacperka popatrzył za oddalającym się chłopakiem a sam położył się w cieniu murowanego płotu i usnął.
W tym samym czasie chłopiec zagadywał mamusię
-Mamusiu, ja chcę do dziadka...
-Daj spokój, zajęta jestem - matka jak zwykle nie miała czasu dl dziecka
-Mamusiu, ja chcę do dziadka, on zawsze miał dla mnie czas, zawsze się ze mną bawił,
pokazywał zwierzęta, pomagał im...
– Idź mi stąd! Nie widzisz że pracuję?
– Mamusiu, proszę pojedzmy do dziadka!, proszę! On chyba jest niedaleko?
– Ojj, jesteś tak samo namolny jak dziadek! Dobrze już dobrze. Za dziesięć minut pojedziemy,
muszę skończyć pisać.
Chłopiec rzucił się mamusi na szyję i mocno ją objął
-Kocham cię mamusiu, wiesz? Będę czekał w samochodzie! - to krzycząc pobiegł za płot po
swojego nowego kolegę. Gdy doszedł do miejsca w którym zostawił wilka, zobaczył ze zwierze śpi
w najlepsze.
-Wstawaj Wilku, jedziemy do dziadka. - szepnął mu do ucha
-Hłe hłe hłe- odezwał się Wilk, przeciągnął się i wstał,- jak to jedziemy?
-No choć szybko, puki mama nie widzi! Schowasz się z tyłu w samochodzie!
Cały plan, który tworzył się małemu chłopcu na szybko w głowie powiódł się. Wilk został
zapakowany z tyły w samochodzie, nakryty kocem żeby go nie było widać. Dostał instrukcje od
chłopca, ze ma się nie odzywać, bo mamusia nie lubi wilków. I tak szczęśliwie dojechali na
miejsce, choć po drodze mamusia zastanawiała się, dlaczego ten samochód tak dziwnie kaszle, ale
doszła do wniosku że coś tam się zapchało.
-No dojechaliśmy. Poczekaj tu chwilę, a ja zobaczę czy dziadek nie śpi.
Była to idealna chwila dla chłopca i Wilka. Kacperek szybko pomógł wyjść wilkowi i schował go
za krzakami, sam stanął obok auta i wtedy wyszła mamusia z dziadziusiem. Czerwony Kacperek
gdy zobaczył dziadka to zapomniał o całym świecie!.Szybko pobiegł do staruszka i z całych sił go
przytulił. Dziadek poczochrał czuprynkę chłopaka i odwzajemnił uściski.
-Hmm... ja muszę do warsztatu podjechać, bo coś mi się krztusił samochód, a wy tu sobie
pogadajcie – powiedziała mamusia, wsiadła do samochodu i pojechała.
-Dziadku, mam dla ciebie niespodziankę! Choć.- to mówiąc chłopiec pociągnął staruszka w
stronę krzaków
-Hłe hłe hłe- dobiegło zza krzaków
-A niech mnie kule biją, ty szelmo!- Krzyknął dziadek i rzucił się w kierunku wilka. Objął
go mocno rękoma, palce wbił w futro i rozpłakał się jak dziecko.
– Dziadziusiu, co się stało? -spytał Kacperek, któremu już robiła się gula w gardle, podbródek
zaczął niespokojnie się trząść i już miał zacząć płakać
– Nic wnusiu, nic, to ze szczęścia! -dziadek mocno wtulił się w chłopca
– Hłe hłe hłe, pomocy...- jęknął wilk
– Oj już ci pomagam, już – dziadek wyjął z kieszeni inhalator i psiknął wilkowi do pyska
Ten po dawce leku kichnął, wstrząsnął całym ciałem i zawołał
-Juhu! W końcu! Dziękuję ci mój ty lekarzu kochany.
– Co tu się dzieje, Kacperku, co ty tu robisz? Jak ci się udało tu przywieźć Wilka? Opowiadaj.
Wtedy chłopiec opowiedział całą przedziwną historię z wilkiem, mamusią, samochodem. Dziadek
słuchał w skupieniu, kiwał głową. Jego oczy były smutne.
-Dziadku, ja bym bardzo chciał, żebyś ty mieszkał z nami. Bardzo! Ja ci oddam swój pokój, albo ze
mną zamieszkasz w jednym. Proszę, dziadku! - w oczach chłopca były łzy i smutek. On wiedział ze
to rodzice decydują o tym a nie on. Dziadek pokiwał głową i szepnął
-Ja też, bardzo...- i w tym momencie nadjechała mamusia. Zobaczyła siedzącego na kamieniu
dziadka ze łzami w oczach, zobaczyła swojego synka, który klękał obok, obejmując dziadka za
nogę i płakał. No i zobaczyła Wilka, który siedział za dziadkiem i przyglądał się mamusi...
– Co, co tu się dzieje...co jest? Dlaczego płaczecie? A ten wilk??
Wtedy chłopiec pobiegł do mamusi i przytulając się do niej mówił, jak kocha dziadka, ze chce żeby on z nimi mieszkał. Wspomniał coś o sprawiedliwości, dobrym przykładzie i innych podobnych
rzeczach, ale mamusia już nie słuchała. Przytuliła synka i powiedziała
-Dobrze, już dobrze, nie myślałam ze to jest dla ciebie takie ważne, i dla ciebie też tato.
-zwróciła się do ojca- Nic nie mówiłeś. Myślałam że chcesz tu mieszkać. Że ci się tu podoba.
-A co miałem mówić...- dziadek obtarł wierzchem dłoni łzy i przywołał przed siebie wilka-
poznajesz go?- zwrócił się do córki.
-Czy to jest ten sam wilk, o którym myślę? Ten, który połknął babcię i mnie?- mamusia
zrobiła się czerwona na buzi
-Tak, kochanie, to jest ten sam wilk. Ale teraz on już jest dobrym wilkiem. Wtedy dostał
nauczkę na całe życie. Do tej pory ma niestrawność, a na początku lata zawsze dokuczają mu pyłki,
musi zażywać inhalacje. Po prostu podrażnił sobie wtedy gardło- mówiąc to, miział wilka po
łepetynie, a ten skulił uszy, zrobił minę niewiniątka i powiedział
-Przepraszam Czerwony Kapturku...
I od tej pory wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

~*~

Sławomir Kula
„Czerwony Kapturek”

Słońce pojawiło się tuż nad koronami drzew i swoimi ciepłymi promieniami objęło wszystkie liście. Ciemna postać strąciła poranną rosę z gałązek młodych drzew i zniknęła za wzniesieniem. Goniący ją bełt wbił się w powalone drzewo. Poranek to czas kiedy wszelkie zło ukrywa się przed słońcem. Wróci nocą, zawsze wraca. Czerwony kapturek wyciągnął wystrzelony pocisk i schował do koszyczka.
- Koniec polowania – powiedziała do siebie i ruszyła w stronę domu.
Weszła do środka omiatając wzrokiem bałagan. Taka forma sprzątania musiała wystarczyć, choć chatka zdecydowanie odbiegała od standardów nakreślonych przez Perfekcyjną Panią Domu. Czerwony Kapturek przestała o niego dbać kilka lat temu. Teraz po kwiatach zostały jedynie doniczki, a lodówka od tygodni świeciła pustkami. Wszędzie walały się ubrania. Koszyczek wylądował tuż obok kłębka skórzanej spódniczki, chwilę potem jego los podzielił kapturek. Weszła do łazienki, przegoniła rodzinę karaluchów i spojrzała w lustro. Blizna. Pogładziła ją opuszkami palców. Ta sama, niezmienna, przypominająca jej kim jest, przypominająca o utraconej rodzinie. Wtedy jeszcze była mała, wtedy nie wszystko rozumiała… Jednak cały czas nie może darować sobie, że nic nie mogła zrobić.
Zaczęła się rozbierać. Pan Karaluch przystanął na chwilę podziwiając idealne trzydziestopięcioletnie ciało. Ze snu na jawie obudziło go uderzenie torebką. Pani Karaluchowa ewidentnie nie była zadowolona. Gdy obejrzał się ponownie, Czerwony Kapturek była już pod prysznicem. Zimna woda dała ukojenie zmęczonym mięśniom jednak ich napięcie nie ustępowało. Przypominała sobie wydarzenia sprzed lat. Ten dzień…
*
- Kapturku, babcia cię woła. – powiedziała mama, zaglądając do jej pokoju.
- Już idę.
Weszła do pokoju na piętrze, oświetlanego jedynie przez małą lampkę na szafce nocnej. Babcia leżała w łóżku.
- Dobry wieczór babciu, wołałaś mnie?
- Tak wnusiu. Chciałam z tobą poważnie porozmawiać – wzięła głęboki oddech. – Pewnie nie raz zastanawiałaś się dlaczego mam takie wielkie oczy, uszy i nos?
- Troszkę tak – odpowiedziała z rumieńcem na twarzy.
- Kapturku, musisz się mocno skupić nad tym co powiem. Wiesz, że w lesie czai się zło?
- Tak, mama nigdy nie pozwala mi wychodzić w nocy.
- Właśnie. Zło wychodzi nocą gdy słońce przestaje nas chronić. W ciemności nie widać ciemnej duszy i czarnego serca. Ale są ludzie, którzy wychodzą nocą. Mają duże oczy żeby lepiej widzieć w ciemności, duże uszy żeby lepiej słyszeć i duży nos żeby czuć zbliżające się zło.
- Babciu! Ty wychodzisz nocą do lasu?!
- Już dawno nie wychodziłam. Ale niedługo ty będziesz musiała to robić. Nasza rodzina od lat strzeże tego lasu przed złem. Co drugie pokolenie rodzi się łowca, który poluje na czarne wilki… – nagle na dole rozległ się huk.
- Babciu co się dzieje? – do uszu Kapturka dobiegł krzyk matki. – Babciu ja się boję!
- Szybko sięgnij pod łóżko!
- Co to? – spytała dziewczynka, wyciągając tobołek.
- W środku jest kusza, bełty i książki. Wiedza naszej rodziny, historie, opisy. Kapturku musisz zostać łowcą… – jej uszu dobiegł wściekły warkot. – A teraz uciekaj! Tutaj w szafie jest tajemne przejście. Wyjdziesz nim przed dom, a potem uciekaj do Zagajnika. Tam gdzie chodziłam z tobą na spacery, pamiętasz?
- Pamiętam, ale babciu…
- Biegnij! Już!
Czerwony kapturek wskoczyła do szafy i zniknęła w tunelu stworzonym dawno temu. Jechała jakiś czas aż wreszcie zatrzymała się na dole. Pchnęła deskę i wyszła na trawnik tuż przed domem. Zaczęła biec w kierunku zagajnika, ale obejrzała się za siebie i dostrzegła pokój babci, w którym czarny wilk…

            … fala wody uderzyła ją w twarz. Wyrwała wąż prysznica. Do tej pory te wspomnienia nawiedzały ją tylko we śnie. To już dwadzieścia lat odkąd została sama. Z kuszą, książkami i historią, której nie rozumiała. Przez ten czas szkoliła się sama i polowała. Dopadła wiele czarnych wilków, jeden wyjątkowo wielki zostawił nawet bliznę, ale nigdy nie dopadła tego najbardziej znienawidzonego.
Zakręciła wodę i rzuciła wężyk wraz ze słuchawką na dno brodzika. Rozsunęła kotarę, dokładnie osuszyła ciało ręcznikiem i ruszyła w stronę drzwi. Mijając koszyk wyciągnęła z niego kuszę oraz bełt, podniosła kapturek i nałożyła na głowę. Po chwili była już przy łóżku. Ubrała się do końca, nogi wsunęła w buty, załadowała kuszę i położyła się spać. Gotowa żeby szybko wstać.
Ze snu wyrwało ją wycie jelenia. Za oknem było już ciemno. Wyskoczyła z łóżka, chwyciła kuszę, koszyk i wybiegła z domu.
- Babcia miała rację z tymi oczami – stwierdziła.
W ciemności widziała doskonale. Wciągnęła nosem nocne powietrze i nasłuchiwała. Po chwili wiedziała gdzie biec. Ruszyła w sam głąb dziczy. Czuła, że się zbliża. Zwolniła i ostrożnie zbliżała się do miejsca, w którym dogorywał jeleń. Przyczaiła się za krzakiem i rozsunęła gałązki. Nad truchłem stał czarny wilk. Serce zaczęło jej bić coraz szybciej. Tak, to był on. Ten, na którego polowała od tylu lat. Oczy Czerwonego Kapturka zapłonęły nienawiścią. Wyciągnęła kuszę, rękę oparła na koszyczku i celowała. Nie mogła tego zepsuć. Lekko się przesunęła. Trzask łamanej gałęzi pod butem Kapturka postawił wilka na nogi. Był ogromny, mierzył co najmniej trzy metry, jego sierść była czarna niczym smoła, a ogromny pysk zdobiły cztery rzędy czerwonych od krwi jelenia, ostrych zębów. Jego żółte ślepia powiodły za źródłem trzasku. Spojrzał Kapturkowi prosto w oczy. W tym momencie bełt wystrzelił z kuszy. Nie miał już żadnych szans. Pocisk utkwił prosto w sercu, które pękło tak samo jak serce Kapturka wtedy przed domem. Z klatki piersiowej wilka popłynęła czarna ciecz. Po chwili padł nieżywy. Ulga. Takie uczucie powinno towarzyszyć łowczyni. Ale jeszcze nie teraz. Usłyszała kolejny wrzask zwierzęcia. Nadal trzeba pilnować lasu.
Koniec.

~*~

Veroniqusia Waters

Niedawno, niedawno temu za pięcioma autostradami ciągle w budowie żył sobie Czerwony Kapturek. Nosił on czerwony kapturek, ponieważ tylko na niego starczało mu pieniędzy po zapłaceniu wszystkich podatków. Pewnego dnia, kiedy ugotował już zupkę chińską i posprzątał stację benzynową (w której pracował) przypomniał sobie o urodzinach babci. Zaaferowany, podszedł do taksówki, zapłacił (pensja ze stacji benzynowej poszła w las) i taksówkarz, według plakietki pan Oskar Wilk, ruszył samochodem przez korki. Podczas jazdy Kapturek dużo opowiadał taksówkarzowi Wilkowi o babci. Kiedy w końcu przedarli się przez korki, Kapturek, pożegnawszy Wilka, ruszył w stronę Empire State Building, na którego ostatnim piętrze mieszkała babcia. Po drodze nazbierał papierków po cukierkach, aby dać je w prezencie babci. Uznał, że kwiatki to zbyt staromodne. Załomotał do drzwi. "Kto tam?!", ryknęła babcia.
"Czerwony Kapturek!", "A, to ty, dziecko. Wchodź", powiedziała babcia. Kapturek wszedł. Zobaczył babcię... ale to nie była jego babcia. Miała coś strasznego z twarzą i nie wyglądała jak babcia Zosia, która ćwiczyła co środę z Ewą Chodakowską i narzekała na polityków, robiąc ciasteczka owsiane. To było COŚ, co nie było babcią Czerwonego Kapturka.
- Zbliż się, dziecko - powiedziała babcia.
- Aaa! Jesteś wilkiem! - przeraził się Kapturek i wybiegł z Empire State Building. A czekała go dłuuuuga droga. Kiedy był na ostatnim schodku, usłyszał jeszcze babciny krzyk:
- Zrobiłam sobie operację plastyczną, Kapturku!
A myśliwy do bajki nie dotarł, bo utonął w porannych korkach (a autostrady przeto wciąż w budowie...). Podczas stania w korku, mało nie umarł na zawał, oglądając wyczyny polskich piłkarzy na swoim Samsungu Galaxy.

Audycja zawierała lokowanie produktu Samsung Galaxy. THE END

~*~

Mam  nadzieję, że Wam się podobało. Ja kocham te prace i czytałam je już wielokrotnie, szczególnie pierwszą i ostatnią. Oj, coś czuję, że trzeba takie konkursy robić częściej :)


7 komentarzy:

  1. Mnie osobiście najbardziej podoba się wersja Natalii Leny;) Aczkolwiek wszystkie są świetne!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierwsza i druga! Ostatnia ma coś w sobie, ale wydaje mi się trochę niedopracowana :). Pierwsza do połowy jest genialna - szkoda, że całość nie jest w takiej formie napisana, tylko później wyjaśnianie - wtedy bym chyba ucałowała autora :D. Druga za to jest bardzo urocza :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym miał to rozwinąć od początku do końca to nie dość, że zabrakłoby mi czasu, to jeszcze objętość byłaby chyba ciut za duża ;) Ale na życzenie napiszę. Tylko pod warunkiem, że Pani Wiktoria zamieści to gdzieś tutaj :) Dobijamy targu? :) Aha, całować nie trzeba :)

      Usuń
    2. To ja bardzo, bardzo, bardzo sobie życzę :). Ario, kochana, zamieścisz, prawda? :).

      Cieszę się, że targu dobijemy bez całowania, bo mój mężczyzna by tego najprawdopodobniej nie zdzierżył!

      Usuń
    3. No jasne że tak! Wszystko umieścimy, bez cenzury :P

      Alino, ty się całujesz z powietrzem, ja wieeeem :P

      Usuń
  3. Hahahahahahahahaha fantastyczne historie! Ile inspiracji, ile pomysłów, ile wyobraźni! Jestem pod wrażeniem!

    OdpowiedzUsuń