sobota, 12 lipca 2014

O spotkaniu z elbląskim Czarnoksiężnikiem


Elbląg i Olsztyn dzieli jakieś sto kilometrów. Godzina, może dwie drogi. A jednak, gdy tam przyjechałam, zdawało mi się, że trafiłam do innego kawałka świata. Cicha starówka przypominała włoskie miasteczko zachęcające swoimi przytulnymi kawiarniami i restauracjami pełnymi kwiatów, ludzie uśmiechali się jak w Paryżu, a powietrze było spokojne jak w Bieszczadach. Tak jakbym trafiła do Krainy Czarów. Jednak dopiero następnego dnia miałam przekonać się, jak bardzo się nie myliłam.

Poranny Elbląg powitał mnie zaspanymi krokami i świeżym słońcem, które dopiero rozgrzewało swoje promyki. Godzina 5:30 wygoniła mnie na budzące się powoli ulice. Nie było tu prawie nikogo, tylko miasto, ja i… on. Nie od razu go zauważyłam. Na początku wydawało mi się, że jest fragmentem czarnego muru, tak samo porysowany, lekko podniszczony, nieruszający się. A jednak to był człowiek, siedział na schodach starej kamiennicy i mimo nabierającego temperatury słońca, mocno otulał się czarnym płaszczem. Płaszczem tak bardzo nie pasującym do XXI wieku.

Usiadłam obok niego. Bo czasami więcej łączy osoby, które spotykają się o 5:30 na pustej ulicy, niż te, które codziennie budzą się obok siebie. Momentalnie wyczułam delikatny zapach spalenizny. Nie widziałam jego twarzy, ale poczułam spojrzenie. A potem wyciągnął do mnie dłoń, starą, zmęczoną, ze śladami licznych poparzeń. Sięgnął do mojej ręki, do środkowego palca, na którym noszę złoty pierścionek przywieziony z Syberii. Dotknął go i jęknął z bólu. Na jego palcach pojawiły się ślady poparzeń, zapach spalonej ludzkiej skóry stał się wyraźniejszy. Dopiero wtedy zrozumiałam, kogo spotkałam.

Elbląski Czarnoksiężnik, który niegdyś mieszkał obok Bramy Targowej. Z ziół, bursztynu i piasku próbował stworzyć złoto. Raz po raz, zmieniając proporcje i modyfikując składniki, mieszał je w swoim wielkim garze z sercem pełnym nadziei na sukces. Nigdy go nie osiągnął. W największej rozpaczy poszedł na pakt z diabłem, który to oszukał Czarnoksiężnika. Obiecał mu złoto i owszem, dał mu je, ile tylko dusza zapragnęła. Jednak ciało mężczyzny nie było w stanie dotknąć ani jednej złotej monety. Metal parzył skórę i palił ciało aż do kości. Do dziś ludzie opowiadają sobie tę historię, mówią, że duch Czarnoksiężnika straszy przy starym elbląskim młynie.

Nie zginął, nie straszył, siedział teraz obok mnie w promieniach porannego słońca, owinięty w czarny płaszcz i patrzył na budzący się powoli Elbląg. Patrzyliśmy razem, a potem nasze drogi się rozeszły. 

 Tekst napisany dla Gazety Turystycznej Warmii i Mazur i znajdziesz go również TU

8 komentarzy: