sobota, 15 lutego 2014

Uśmiechnij się, jesteś w Paryżu!



Głównie opowiadam Wam o książkach, czasami wtrącę coś o filmie czy muzyce, ale książki zdecydowanie na Przeczytaj mnie rządzą. A tak sobie ostatnio pomyślałam, że może ciut rozcieńczymy literacki blog maleńkimi podróżniczymi opowieściami. Bo widzicie, ja kocham podróżować. I nieważne, czy do Rosji, Francji czy też na drugą stronę ulicy - wszystko jest podróżą, zależy tylko od spojrzenia na świat, a dla mnie każdy krok jest przygodą... Postanowiłam zatem wziąć Was za rękę i popodróżować razem, co Wy na to?



Myślę, że dziś zaczniemy i zaczniemy od Paryża! W końcu wczoraj było święto zakochanych, a dziś zabiorę Was do ich stolicy.


„Zobaczyć Paryż i umrzeć!” – mówią Rosjanie. „Paryż – miasto zakochanych!” – powiada reszta świata. A ja Wam mówię, że to miasto uśmiechu!

Gdy wybieramy się do stolicy Francji, planujemy zobaczyć Wieżę Eiffla, Luwr i Pola Elizejskie i właśnie ten fakt zachwyca nas najbardziej. Bo choć wiemy, jak każdy z tych zabytków wygląda, nie do opisania jest ujrzenie ich na własne oczy. W między czasie także  rzucamy okiem na rozmówki polsko-francuskie, bo przecież podobno Francuzi nie lubią, gdy turyści mówią po angielsku, a w obcym mieście jakoś sobie poradzić trzeba. Tak właśnie się nam wydaje. A jak jest naprawdę?

Najwięcej z Paryża przywiozłam nie pamiątek, czy zdjęć, a właśnie uśmiechów. I to uśmiechów zupełnie obcych mi ludzi. Bo widzicie, w tym mieście o uśmiech naprawdę nie jest trudno, wystarczy mijając kogoś na ulicy po prostu przelotem na niego spojrzeć – i już jest po sprawie. Ach, a jeżeli, dziewczyny, mijacie jakiegoś przystojnego Francuza i na ciut dłuższą chwilę zatrzymacie na nim spojrzenie, to ów Francuz nie tylko się uśmiechnie, ale ukłoni się i miękko szepnie „Bonjour”.

I jeszcze jeden mit pozwolę sobie obalić. Francuzów może język angielski i razi, ale nikt się nie skrzywił, ani nie machnął na mnie rękę, kiedy próbowałam zapytać o drogę posługując się właśnie angielszczyzną. Inna sprawa, że Francuzi faktycznie znają tylko… francuski. Nie przydał mi się tam ani angielski, ani polski, ani rosyjski. Natomiast żywa gestykulacja pomogła jak najbardziej, a mieszkańcy miasta zakochanych na wszelki możliwy sposób próbowali mi pomóc odnaleźć drogę do właściwego zabytku. Jedna mademoiselle wyciągnęła mnie nawet na środek jezdni tylko po to, by mi pokazać właściwy kierunek i Kolumnę Lipcową na Placu Bastylii widoczną w oddali.

W tym mieście nie masz szans na zły humor, wystarczy tylko wyjść na ulicę, a Paryżanie już sami zadbają o Twój uśmiech. Tu nie trudno o to, by ktoś zaczepił Cię, bo masz taki sam aparat jak on, czy po prostu ładną chustę. Tak, tu powiedzenie kompletnie nieznajomej osobie: „Ej, Ty też masz Canona! Cyknijmy sobie fotę!” – jest na porządku dziennym. I doprawdy nie rozumiem, skąd Rosjanie wzięli powiedzenie: „Zobaczyć Paryż i umrzeć!” – przecież po wizycie w tym mieście naprawdę zaczyna chcieć się żyć.




 Tekst napisany dla Gazety Turystycznej Warmii i Mazur i znajdziesz go również TU

2 komentarze:

  1. Kiedyś miałaś bloga podróżniczego, prawda?
    Jednak "Przeczytaj mnie" jest świetnym miejscem na takie wpisy i na pewno będą świetnym urozmaiceniem.

    Mnie trochę Paryż rozczarował (oprócz Luwru oczywiście), ale miałam tylko 13 lat, kiedy tam byłam, więc od jakiegoś czasu myślę o powrocie.
    Szkoda tylko, że mój francuski jest bardzo kiepski, bo z tego, co pamiętam to nie dało się dogadać z Francuzami po angielsku. Nie byli też zbyt przyjemni i dotąd trzymam smutne wspomnienie trzynastoletniej dziewczynki, która została wyśmiana za nieudolne próby odczytania pytania o drogę z rozmówek francuskich.

    Uśmiech i sympatyczni ludzie byli tylko w Disneylandzie ;)

    Ciesze się, że miałaś inne doświadczenia w stolicy Francji.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Judith, tak, kiedyś miałam podrygi podróżnicze na drugiego bloga, jednak podróżowanie zdarza się najczęściej raz czy dwa na rok, a to za mało na bloga i jakoś to umarło :) Ale nawet kategorię na te wpisy nazwałam tak samo jak tamtego bloga "Ze świata po koraliku" :)

    Mnie wszyscy Paryżem straszyli, a potem tam przyjechałam i szczena mi opadła. Panów od Canona wspominam z bananem na ryju cały czas :)

    OdpowiedzUsuń