środa, 15 stycznia 2014

Matrioszka wszech czasów czyli o "Atlasie chmur" kilka krótkich słów



Sześć historii, sześć ludzkich losów, sześć płaszczyzn czasowych, sześć sposobów narracji – jedna książka. O „Atlasie chmur” powiedziano i napisano już tak wiele, że unosząc dłonie nad klawiaturą, nie jestem pewna, czy warto dodawać cokolwiek jeszcze. Skuszona głosami i recenzjami sięgnęłam po tę „książkę stulecia”, a zatem jednak zabiorę głos, ale tylko na chwilkę.


Myślę, że nie ma potrzeby opisywać, kogo dotyczy każda z pojedynczych historii. Był film, była masa artykułów, o książce było tak głośno, że każdy z pewnością mniej więcej wie, o co chodzi.
A zatem mamy sześć historii. Gdybym miała w prosty sposób naszkicować plan „Atlasu chmur”, zrobiłabym to następująco:

A-B-C-D-E-F-E-D-C-B-A

Tak by to wyglądało, gdyby każdą z historii oznaczyć pojedynczą literą. Ciekawe, prawda?  Każda historia na pierwszy rzut oka nie jest związana z pozostałymi, ale wystarczy się przyjrzeć, a zobaczymy drobne niteczki, maleńkie szczegóły, a potem i jedną grubą nić, którą wszystko tu jest szyte.

David  Mitchell naprawdę się postarał. W swojej książce żongluje nie tylko historiami, ale i stylem, narracją, bohaterami, których swoją drogą autor bardzo lubi – to przyjemne uczucie (zwłaszcza po lekturze dzieł G.R.R. Martina...) Literacko więc jestem bardzo zadowolona, jak smakosz, którego aż za nadto nakarmiono ulubionym tortem czekoladowym. Ale… w tym torcie zabrakło wisienki, która będzie orzeźwiającym kontrastem po przesłodzonej czekoladzie.

Pomysł jest świetny, wykonanie fenomenalne, warsztat literacki niemal mistrzowski – i w tych wszystkich „ochach” i „achach”, zabrakło jednego najważniejszego „ochu”. Brak mi, że tak powiem, „katharsis”. Czegoś, co po przeczytaniu „Atlasu chmur” wbiło mnie w ziemię tak głęboko, że przez kilka dni, a nawet tygodni nie byłabym w stanie wyleźć z mojego dołku po bombie literackiej. Nie trzeba było zdzierać aż do krwi paznokci drapiąc o umysł Mitchella, by dotrzeć do serca książki. Po prostu najzwyczajniej w świecie zabrakło w tych historiach „tego czegoś”, a brak ten mocno uwidoczniło przereklamowanie książki, bo o „Atlasie chmur” darto się wniebogłosy, zachęcano, nakręcono film, rozklejono plakaty po całym świecie. I zostawiono nas z naprawdę dobrą historią, której po prostu zabrakło dwóch-trzech lat poleżenia w szufladzie Mitchella – poleżenia, by dojrzeć, urosnąć jak ciasto i pozwolić autorowi na kilka drobnych poprawek. Tyle by wystarczyło.

2 komentarze:

  1. Film widziałam już dwa razy i dwa razy się zachwyciłam :) A książka dzielnie czeka sobie na czytniku i coś czuję, że w tym roku w końcu po nią sięgnę :)

    Pozdrawiam,
    Olga
    WielkiBuk.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam bardzo podobne zdanie na temat tej książki. Jest genialnie poprowadzona narracyjnie i stylistycznie, wątki idealnie się przenikają i łączą, ale... zabrakło tego czegoś, co sprawia, że nie można o książce zapomnieć. Jest bardzo dobra, ale nie da się jej pokochać.
    Film też jest średni. Piękny wizualnie, muzycznie, ciekawy aktorsko, ale nie wyjątkowy.

    Ani do książki, ani do filmu nie mam ochoty wracać, a przecież jest tyle dzieł gorzej/słabiej wykonanych, które kocham i męczę oglądaniem/czytaniem od lat ;)

    Pozdrawiam cieplutko :)
    Judyta

    OdpowiedzUsuń