piątek, 19 lipca 2013

Stara Słaboniowa i Spiekładuchy - Joanna Łańcucka


Śpisz we własnym łóżku, w domu panuje ciepła cisza, bezpieczeństwo. I nagle brakuje ci oddechu, a pierś ugniata jakiś ciężar. Chcesz otworzyć oczy, ale nie potrafisz. Zdarzyło ci się to? Zdarzyło nie móc obudzić się ze snu i czuć jak coś mocno naciska na twoją klatkę piersiową? Gdy się obudzisz, lepiej uważnie spójrz na swoją twarz w lustrze i sprawdź czy nie masz malutkich śladów po zębach zmory.
A dziecko… czy twoje nowonarodzone dziecko płacze i nie chce przestać? A przecież ma wszystko – ubranie, jedzonko, przytulne łóżeczko. Zapal świecę i wyłącz elektryczność, może ją zobaczysz. Jest mała i siedzi na brzegu kołyski.
Właśnie do takiego świata zaprasza nas Joanna Łańcucka, do wsi Capóka, gdzie ksiądz ociera się ramieniem o czerwone wstążeczki na dziecięcych wózkach. To nie fantastyka, to prawdziwy świat, prawdziwa polska wieś, prawdziwi ludzie.

Teofila Słaboń nie wie ile ma lat, nie liczy ich już, a może nigdy ich nie liczyła. Zwana we wsi Starą Słaboniowi łapie krzywe spojrzenia mieszkańców i nachmurzone brwi księdza, jednak gdy dzieje się coś, czego umysł ludzki nie jest w stanie pojąć, nogi, które go noszą, kierują się w stronę domostwa Słabioniowej. A ona pomaga zawsze. Zdawałoby się, jej kręgosłup nie rozegnie się od reumatyzmu, ale to tylko pozory, Słaboniowa wie doskonale jak rozmawiać z diabłem, umie złapać z morę lub przekupić kikimorę.
A w tle duchów i strzyg mamy spokojne spojrzenie kota i polską wieś. Autorka nie tylko tworzy przed nami naturalistyczne obrazy, ale także działa na nas poprzez język. Jej bohaterowie mówią specyficzną wiejską gwarą, jednak nie tylko oni – nawet narrator został pochłonięty przez ten styl, dzięki czemu cała książka tworzy spójny kawałek niemal żywcem wycięty ze wsi.
Mimo tych ekscesów językowych „Stara Słaboniowa…” czyta się migiem, jak jeden z tych licznych bestsellerów, które zalegają na TOPkach księgarń. Tylko tu prócz łatwego stylu chłoniemy wiedzę o pradawnym świecie słowian, który przetrwał w niektórych regionach do dnia dzisiejszego – i nie mówię tu tylko o Polsce. We współczesnych czasach wielu z nas zapomina o swoich mitycznych korzeniach, gdyż kino i książki fantasy obficie zasypują nas smokami, krasnoludami i elfami. A przecież wiara w zmory, domowiki i kikimory istnieje od wieków na naszej ziemi, w świadomości naszych przodków – można w to wierzyć, a można kpiąco pokręcić głową, ale gdy postawisz przy drzwiach talerzyk mleczka, o północy usłyszysz ciche chłeptanie – to kikimora przyszła ucztować.

3 komentarze:

  1. Jejku, jak ja lubię takie historie! Już sobie zapisuję ten tytuł, bo gdzieś mi umknął.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. uwielbiam tę książkę, czytam ją i śmieję się do łez; ale między tymi śmiechami jest świadomość słowiańskich wierzeń, które przetrwały aż po dzisiejsze czasy
    pozdrawiam, Alicja

    OdpowiedzUsuń
  3. Zastanawia mnie,ilu ludzi ubożeje lekceważąc tak zwane ''nierzeczywiste '' Rzeczywistości*...Zdarzyło mi się odczuć przenikania osobowe niekoniecznie pożądanego towarzystwa.Kto wie ilu ''Słaboniowym''(w przeróżnym wieku),zawdzięczam przegonienie ''spiekładuchopodobnych'' _pilotów _mych wypraw...(...)Dziś uśmiecham się w duchu,że zawdzięczam Im czujne rozróżnienie ''ekskursu''(czyt.; A Kysz!)od ''ekskursji''. Nad Bajkałem ( j e s z c z e ) nie byłem,ale błogosławię ''swą winę'' pobytu w K. nad Bugiem,bo tam p r z e c z y t a ł e m,że...........Nic Mi Nie Będzie* *** Jej Magnificencja S.* ?...jest pokornie świadoma,że nie do siebie należy,dlatego potrafi ...nie chcieć ''odkłamywać etykiet,którymi nieudacznie określą ją najbiedniejsi z l u d z i .*** ( kikimory?- ''izbawi Bog i nas ot etakich sudiej!'') ' `

    OdpowiedzUsuń