niedziela, 12 maja 2013

Sto tysięcy królestw – N. K. Jemisin



Czy wiesz, że kiedyś, tak dawno temu, że twój umysł nie jest w stanie dotknąć nawet aury tej świadomości, nie istniało nic? Nic istniało i nie istniało zarazem. A potem powstał świat.
Było ich trzech – Pan Nocy, Pan Dnia i Pani Zmierzchu. Tworzyli i współistnieli. Ale nic nie twa wiecznie, nawet gdy chodzi o bogów…

„Sto Tysięcy Królestw” jest pierwszą częścią trylogii Inheritance i jedyną jej częścią wydaną w Polsce (póki co, miejmy nadzieję). Opowiada o bogach i ludziach, a następnie o ludziach i bogach.
Świat jest ogromny i rządzi nim jedna potężna rodzina Aramerich, udaje jej się to nie tylko dzięki stalowym charakterom, okrucieństwu i bogactwu, Arameri mają coś o wiele cenniejszego i niezwyciężalnego – bogów.

Bowiem kiedyś istniała Trójca, zazdrosne Światło zabiło Zmierzch, a Noc strąciła na ziemię i rozkazała służyć ludziom, i zamknęła w skorupie z ciała ludzkiego, a skopa ta nie była w stanie pomieścić żywej ciemności, co skazywało ją na wiecznie męki. A ludzie byli okrutni…


Yeine jest córką kobiety, która niegdyś porzuciła rodzinę Aramerich, porzuciła swojego ojca i odeszła po to, by połączyć się z mężczyzną, w którym się zakochała. Kobieta ta miała przejąć całe dziedzictwo, ponieważ jej ojciec był głową Aramerich.  Zdawałoby się, że zdrajcom się nie wybacza, a jednak gdy Yeine została sama po śmierci rodziców, dostała od głowy Aramerich zaproszenie i przyjęła je, bo głowie rodziny nie wolno odmawiać. A potem dziadek uczynił swoją wnuczkę – dziedziczką. Z małym „ale” – nie była jedyną następczynią. Rozpoczęła się gra – kto przeżyje, bierze wszystko. Jednak czy owo wszystko jest tego warte? Bo czym że jest wobec świata odbitego w oczach Pana Ciemności…

„Sto Tysięcy Królestw” – to świetne odkrycie dla wielbicieli dobrych historii. Otwierając tę książkę, zanurzasz się w nieznanym świecie i zaczynasz swoją podróż po nim, po miejscu ciekawym i tajemniczym, perfekcyjnie dopracowanym, z historią intrygującą i nie nużącą. Postacie nie są wycięci z kartonu, a litery i atrament nadają im ciało i krew. Wystarczy przebiec po nich oczami, a ożywają w naszym umyślę. A główna bohaterka nie irytuje, tak jak mają to w zwyczaju prawie wszystkie główne bohaterki, które mają uratować świat. Choć czy Yiene ma ten świat ratować? Bo co tu jest do ratowania? A może… Może wcale nie chodzi o ludzki świat.

Gdy dziewczyna dociera do rodziny, z której pochodzi jej matka, otaczają ją dwie prawdy – ludzka i boska – w którą uwierzy, wybór należy do niej. A takie wybory nigdy nie są łatwe. Szczególnie, gdy Pan Ciemności uważnie cię obserwuje.

3 komentarze:

  1. Cieszę się, że Ci się podobało, bo mam ją na półce :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo się cieszę, że ktoś jeszcze docenił tę powieść :) Wiele osób nie widzi w niej nic szczególnego :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam to. Ogólnie takiej tematyki nie lubie ale to nie było takie złe, mimo tego, że język był czasem powiedzmy, że dla mnie ciężki do zaakceptowania;)

    OdpowiedzUsuń