niedziela, 30 grudnia 2012

Rok 2012


Ten rok był iście książkowy! Może dlatego, że spędziłam go od deski do deski w księgarni jako księgareczka. Oby następny też taki był!

A teraz przejdźmy do statystyk i liczb!

W tym roku przed moimi oczyskami przewinęło się 104 książki, z czego 42 zostały zrecenzowane, a wśród nich pojawiły się takie oto perełki:

Baśniarz – Antonia Michaelis - mroczna i baśniowa historia o Czerwonym Kapturku, który chciał zrozumieć wilka.
Czaryw małym miasteczku – Marta Stefaniak - urocze, magiczne i przytulne.
Metro2033 – Dmitrij Głuchowski - książka, po której spałam przy włączonym świetle, a na bibliotekarzy patrzę do dziś z lekką obawą.
Nieśmiertelny – Catherynne M. Valente - gdybym miała wybrać jedną książkę spośród wszystkich ukochanych, wybrałabym tę.
Trzynaściepowodów – Jay Asher - a tej nie da się opisać w krótkim komentarzu.
Wiatr.Wiadomość do mnie – Miriam Dubini - powietrznie o miejscu, gdzie trafiają zagubione listy.

Wszystkie te osiem książek szczerze polecam, jeżeli ktoś nie czytał :)

A na Nowy Rok życzę Wam:
- czasu na czytanie, 
- kasy na książki, 
- miejsca na regały

:)
  
I bardzo serdecznie dziękuję, że tu jesteście i mnie czytacie, bo bez Was ten blog by nie istniał :)

Do zobaczenia w Nowym Roku :)


sobota, 29 grudnia 2012

Stan zdumienia – Ann Patchett



Zdumienie – rzeczownik odczasownikowy od zdumieć, rodzaj nijaki.
Zdumienie - stan zaskoczenia.
Zdumienie – dziewięć liter, cztery spółgłoski, pięć samogłosek.
Zdumienie – uczucie, którego nie sposób opisać jednym słowem.

Ludzkość istnieje na ziemi już od wielu wieków i przez cały ten czas śmierć nie jest jej obca. Człowiek umiera – to znany i niepodważalny fakt. A jednak śmierć wciąż nas zaskakuje, wciąż uderza na nowo z coraz większą siłą. Pustkę, którą zostawia po sobie człowiek, nie da się niczym wypełnić.

„Szanowny Jimie Foxie,
pada ulewny deszcz. To normalne o tej porze roku, ale jak zawsze jestem zaskoczona. Opady nie wpływają na naszą pracę, lecz czynią ją bardziej czasochłonną. Jeśli nawet nas spowalniają, co bynajmniej nie zniechęcają. Zdecydowanie posuwamy się ku doskonałym wynikom.
Teraz jednak martwi nas coś innego. Piszę, by przekazać przykrą wiadomość o doktorze Eckmanie, który zmarł wskutek gorączki nocą dwa dni temu. Wziąwszy pod uwagę nasze położenie, ten deszcz, uciążliwe procedury biurokratyczne państwa (zarówno tego, jak i waszego) oraz ważną rolę, jaką w naszym przedsięwzięciu odgrywa czas, postanowiliśmy pochować go tutaj w zgodzie z jego chrześcijańską tradycją. Muszę panu powiedzieć, że było to niełatwe zadanie. Co się tyczy misji doktora Eckmana, zapewniam pana, że robimy postępy. Zachowam jego nieliczne rzeczy dla żony, ufając, że przekaże jej pan te wieści wraz z moimi wyrazami współczucia. Przetrwamy mimo wszelkich komplikacji.
Annick Swenson”
(‘Stan zdumienia’ – Ann Patchett)


Marina nie chciała tam jechać. Eckman był jedynie jej kolegą z pracy, nawet nie przyjacielem. Ale to ona musiała powiedzieć jego żonie, że jej mąż nie żyje, to ona musiała sobie uświadomić, że trójka chłopców została bez ojca. I to właśnie ona została wybrana do wyjazdu do amazońskiej dżungli i kierowały nią dwa cele. Pierwszy cel nadała jej sama firma, która ją wysyłała – Marina miała się dowiedzieć, czy doktor Swenson faktycznie pracuje nad lekiem, który sprawi, że nawet kobiety po siedemdziesiątce będą w stanie zajść w ciążę. Drugi cel ukształtowała żona Eckmana – Marina miała się dowiedzieć, czy jej mąż naprawdę umarł.


Książka czyta się jednym tchem, a obrazy jakie daje nam Ann Patchett niemal rozkwitają przed oczami. Obrazy, myśli, emocje. A przy tym wszystkim pojawia się pytanie – jak wiele rzeczy jest na tym świecie ukrytych, czy ukryte są z jakiegoś powodu, czy powinno się je odkrywać?

A potem Marina wysiada z samolotu w Ameryce Południowej i mimo, że siedzimy z książką w przytulnym pokoju, powietrze wokół nas gęstnieje i niemal da się je kroić nożem na kawałki. Staje się gorące, lepkie i pełne insektów, a my wraz z Mariną jesteśmy w niewielkim miasteczku. Jednak nie ma tu doktor Swenson, ona pracuje w dżungli i nikt nie wie, gdzie dokładnie, bo lek musi zostać odkryty w największej tajemnicy. Szukać? Czekać? Odwrócić się na pięcie i wrócić do domu? Co wy byście zrobili?

A może zostać i pozwolić, by wypełnił nas stan zdumienia?

piątek, 21 grudnia 2012

Koniec Świata i...

...Hard-boiled Wonderland :)

Czyli z okazji tego wyjątkowego dnia, parę cytatów mistrza!



„- Czy ja też mogłabym wejść do tej twojej ograniczonej wizji? - zapytała.
- Oczywiście, każdy może do niej wejść i każdy może wyjść - odparłem. - To właśnie jej zaleta. Tylko wchodząc, wytrzyj buty i zamknij drzwi, kiedy będziesz wychodzić."

(Haruki Murakami "Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland", Warszawa 2008, s.466)

„Czy świat dookoła nas nie odbija się w naszej świadomości tak samo, jak nasza świadomość odbija się w nim? I czyż tu nie pasuje metafora dwóch luster, zwróconych ku sobie i tworzących dwie nieskończoności?

Opisanie podobnej wizji to mój stały motyw, lecz, być może, właśnie w „Końcu Świata i Hard-boiled Wonderland" udało mi się opisać to najbardziej wyraźnie"

(Haruki Murakami Przedmowa do rosyjskiego wydania)

„W świecie myśli nie ma czasu. Tym właśnie różni się on od świata snów. W świecie myśli można w jednej chwili zobaczyć wszystko. Myślami można objąć wszechświat. Można doświadczyć nieskończoności. Albo zatoczyć koło i kręcić się po nim bez końca."

("Koniec Świata..." s.334)




:)




sobota, 15 grudnia 2012

Żelazny kostur – Juraj Červenák



„Słoneczny źrebiec Daźboga dla zabawy skakał z chmury na chmurę – przez chwilę błyszczał złotą grzywą i machał ogonem, aż palące promyki zalewały kraj, po czym jakby z bojaźnią chował się za puchate białe obłoki”*.

Ilja Muromiec jest bohaterem rosyjskich bylin, które za wschodnią granicą zna niemal każde dziecko. Ilja jest symbolem niewyobrażalnej siły i bohaterskich czynów. Jeżeli wierzyć bylinom, do 33 roku życia nie mógł chodzić, jednak cudownie uzdrowiony przez trzech pielgrzymów, stanął na nogi i sprawił, że śpiewano o nim pieśni i układano ballady. Co ciekawe, Ilja jest jedynym ruskim bohaterem, którego kanonizowała prawosławna cerkiew.

Juraj Červenák, słowacki pisarz ze sporym dorobkiem książek z gatunku fantasy, obficie zaczerpnął z rosyjskich bylin i stworzył swojego własnego bohatera. „Żelazny kostur” to dopiero pierwsza część trylogii „Bohatyr”, która przez cały czas trzyma w napięciu, a ostatnim zdaniem rozpala ogień ciekawości i dzikiej chęci, by sięgnąć po ciąg dalszy.
Jest rok 965. Plemię Muromców zostaje krwawo i okrutnie wymordowane, jedynie kaleka Ilja przeżywa masakrę. Mimo, że darowano mu życie, młody mężczyzna wolałby leżeć teraz martwy wraz ze swymi braćmi. Pozostawiony sam sobie, wśród całej wioski pełnej trupów, próbuje pochować wszystkie ciała. Jednak co może kaleka wobec takiego nieszczęścia?
Trzech wędrowców przejeżdżając przez martwą wioskę porusza widok kalekiego chłopaka, który nie patrząc na swój los, przeprasza, że nie może ich ugościć. Odwdzięczając się, za jego otwarte serce, zabierają od niego chorobę i ułomność, a przed nimi wstaje wysoki, potężny mężczyzna, z którym nikt nie jest w stanie równać się siłą. Mężczyzna, który pragnie tylko jednego – pomścić śmierć swojego ludu.

„W bitwie pojmiesz, że naprawdę jesteś częścią drużyny, a złoty toporek nie wisi na twojej piersi dla ozdoby. Świat przestanie dzielić się na ja i cała reszta. Zacznie dzielić się na my  i cała reszta. Właśnie to jest podstawa bycia bohaterem”*.

Červenák snuje mroczną epicką opowieść, gdzie opisuje wczesnośredniowieczną Ruś. Tu wiara w Peruna miesza się z wyznawaniem Odyna. Tu jedni krzyczą Allach!, a inni wzywają chrześcijańskiego boga. Tu magia zderza się z mieczem, tu nie ma litości, jest natomiast odwaga, siła, spryt, przyjaźń i wierność.
Opisy walk i bitew nie nużą, przeradzając się w coś więcej, niż jedynie uderzaniem mieczem. Każdy czyn jest przemyślany i niesie za sobą konsekwencje. W „Żelaznym kosturze” przeciwnikiem jest nie tylko wściekły wróg z innego plemienia, tu walczy się z magicznymi stworzeniami, słowiańskimi demonami i z własnym ja. A na to wszystko patrzą bogowie, starzy i młodsi. Jedynie patrzą, nie poruszają losu za niteczki. Chociaż z bogami nigdy nic nie wiadomo…

„Źrebiec Daźdboga znów wyskoczył zza chmur i ziemię zasypał deszcz ognistych słonecznych strzał”*.

_______________________________________________
*Cytaty pochodzą z „Żelazny kostur” Juraj Červenák, 2012

sobota, 1 grudnia 2012

Baśniarz – Antonia Michaelis


Czerwony Kapturek był mały i niewinny, pełen marzeń i nierzeczywistych wyobrażeń o życiu. Wilk był zmęczony i wściekły, jego przerzedzona przez los sierść skrywała pod sobą stare i nowe blizny. Jednak to nie wilk zapolował na Czerwonego Kapturka, to Czerwony Kapturek zapragnął dowiedzieć się, czy serce wilka jest tak samo czerwone jak jego krew.

Anna żyje w bańce mydlanej, bo wszyscy wokół niej wiedzą, czym są papierosy, seks, narkotyki. Za to Anna doskonale wie, czym jest jej flet i co będzie robić po maturze, więc w pewien sposób ludzie wokół także żyją w bańce mydlanej, tylko innej.
Abla Tannateka nie otula żadna bańka mydlana, wydaje się, że on aż za dobrze wie, jak smakuje życie. Outsider, handlarz narkotykami, wagarowicz – tego dowiadujemy się o nim na początku książki, to samo wiedzą o nim wszyscy, którzy uczą simę wraz z nim w klasie maturalnej. Ale kiedy Anna znajduje maleńką szmacianą lalkę, która, jak Abel twierdzi, należy do jego młodszej siostry, dziewczynie wydaje się, że złapała maleńki skrawek czegoś, czego jeszcze nikt nie zobaczył. Trzyma się za tę nić i poprzez biały szum brnie dalej.
A potem bańka mydlana pęka.

„Było prawie tak samo jak podczas ich pierwszej rozmowy: słowa krążące w lodowatym powietrzu między stojakami na rowery, słowa skradzione, takie bezdomne, wypowiedziane w pośpiechu, na łeb na szyję. Później można było zaprzeczyć, że się je w ogóle wypowiedziało.”*

Istnieją książki, które łapią za serce, z „Baśniarzem” tak nie do końca jest. To Abel Tannatek łapie czytelnika, i to nie za serce, a za duszę. Tak ciężko o nim zapomnieć, o chłopaku, który ma niemal osiemnaście lat, który osłania się przed światem szumem w słuchawkach, który patrzy na ciebie zimno ze stron tej książki.
"Baśniarz" to mistrzostwo schowane na czterystu papierowych stronach, mistrzostwo opowiadania, języku, życia. Tej książki się nie czyta, ją się przeżywa. I szczerze polecam każdemu ją przeżyć.

To historia o tym, jak nie powinno być, historia , pokazująca, że można wybaczyć absolutnie wszystko, to historia, gdzie zima nigdy się nie kończy. Ludziom wydaje się, że jedynym problemem maturzysty jest matura, że młodzież udaje dorosłych paląc papierosy, że wilk w bajce zawsze jest zły.
A gdybym wam powiedziała, że się mylicie? Gdybym wam powiedziała, że po prostu nie słuchacie, że żyjecie w bańce mydlanej własnego ja? A gdybym wam zdradziła, że zawsze nie lubiłam myśliwego i wolałam wilka?

„Jego usta były zimne jak śnieg, ale biło z nich ciepło jedwabnej czerwonej tkaniny, tkaniny z pokładu statku. Poczuła jego język i pomyślała o wilku. „A jeśli to prawda? Jeśli ta baśń jest prawdziwa? Pocałunek i śmiertelne ugryzienie w kark. Wszystko się zgadza. Co, jeśli właśnie całuję mordercę?”*

*”Baśniarz” Antonia Michaelis, 2012


Wydawnictwu Dreams ciepło dziękuję za możliwość napisania recenzji :)