niedziela, 8 lipca 2012

Skrzydła nad Delft - Aubrey Flegg


Witajcie w XVII wieku, w holenderskim miasteczku Delft. Tu powietrze pachnie sztuką, lapis-lazuli jest piękniejsza niż gdziekolwiek indziej, a porcelana staje się małym dziełem sztuki...

Na „Skrzydła nad Delft” czekałam z niecierpliwością. Porwała mnie okładka i opis oraz fakt, że tę książkę wydaje Esprit, wydawnictwo, które obdarzam bezwarunkowym zaufaniem i czytam w ciemno cokolwiek wyda.
A książka jest wydana pięknie, z niesamowitymi ilustracjami w środku, które można znaleźć jak małe skarby, a które wprowadzają jeszcze piękniejszy nastrój. To tak, jakbyśmy malowali obraz czytając tę powieść, a malowanie w tej książce jest bardzo ważne.

Louise jest dziedziczką ogromnej fabryki porcelany, jej przyjaciel z dzieciństwa również jest dziedzicem podobnej fortuny. Gdyby obie fabryki połączyły się, uwieńczone związkiem małżeńskim tych dwojga, powstałoby olbrzymie przedsiębiorstwo, na którym skorzystaliby wszyscy. Lokalna społeczność, rodzice i zdawałoby się cały świat, oczekują tego, jednak Louise jakby się nie starała, nie potrafi zmusić się do miłości. Gdy odrzuca oświadczyny Reyniera, mężczyzna postanawia wyruszyć w podróż po świecie, by plotki o ich rzekomych zaręczynach ucichły, a Louise mogła przemyśleć swoją decyzję.
A w międzyczasie pewien malarz portretuje Louise, która poprosiła, by wydobył na płótnie ją prawdziwą. Co ciekawe, w pomocniku malarza, Pieterze, Louise dostrzega coś równie prawdziwego...

Książkę czyta się jednym tchem, XVIIwieczna Holandia jest przepiękna i przedstawiona w maleńkich szczególikach, które nie męczą a fascynują. Opisy społeczeństwa tamtych czasów, poglądów oraz religij są niesamowite, lepsze niż jakikolwiek podręcznik historii. Fascynujące są również wszystkie aspekty malarstwa z tamtych czasów. To nie XXI wiek, kiedy wchodzimy do sklepu z artykułami kreatywnymi i mamy każdy kolor, odcień i płótno podane na tacy. Tu przepisy na farby, na szczególne odcienie są mocno strzeżonymi tajemnicami mistrzów, zdradzane tylko i wyłącznie najbardziej zaufanym osobom. Tu puste kieliszki ożywają na płótnie, a namalowane wino smakuje lepiej niż prawdziwe.

Powiadają, że „Skrzydła nad Delft” są pierwszą częścią trylogii, a zatem czekam, czekam i nie mogę się doczekać kolejnych powieści.

Wydawnictwu Esprit dziękuję za możliwość napisania recenzji :)

sobota, 7 lipca 2012

Misja Ambasadora – Trudi Canavan


Wydarzenia opisane w "Misji Ambasadora" poprzedza trylogia Czarnego Maga:

Ustalmy – ja kocham Canavan jak moją bratnią duszę, a bratniej duszy wiele się wybacza...

„Misja Ambasadora” jest pierwszą częścią trylogii Zdrajcy, a także kontynuacją po trylogii Czarnego maga – jednej z lepszych, jakie kiedykolwiek czytałam. Po „Wielkim mistrzu” (trzeciej części trylogii CM) aż chciało się wyć i błagać o więcej, o inne zakończenie, o cokolwiek. Owo cokolwiek nastąpiło w postaci „Misji Ambasadora” i niekoniecznie ukoiło mój ból. Bo widzicie, ci co czytali poprzednią trylogię, wiedzą za kim rozpaczam.

W „Misji Ambasadora” rzecz dzieje się dwie dekady później, czyli wciąż mamy tych samych bohaterów, tylko przyprószonych siwizną. Sonea jest czarnym magiem i nawet całkiem dogaduje się z Reginem, aczkolwiek trzyma go na dystans. Brakowało mi rozwinięcia jej uczuć, przemyśleń, tego jak podchodzi do całej sytuacji.
Mamy również Lorkina, syna Sonei i Akkarina, młodego maga, który wciąż szuka swojego miejsca na ziemi. Przez takie właśnie poszukiwanie zabiera się z Dannylem w podróż do Sachaki i wtedy dopiero zaczyna się zabawa. Bo jak pamiętamy, ojciec Lorkina swego czasu ciut tam narozrabiał...

Jak już mówiłam na początku, ja Trudi po prostu lubię i podoba mi się taplanie w bajorku jej rozwlekłego stylu. Bo cóż tu ukrywać, Canavan kocha lanie wody i rozwlekłe dywagacje. Jej książki mogłyby być o połowę krótsze, jednak pisarka zachowuje się tak, jakby jej płacono od strony. I mimo tego przerostu ilości nad treścią, brakowało mi wewnętrznych rozważań bohaterów:chciałabym zajrzeć, co Sonea ma w środku, co na ten cały temat myśli Rothen i co się kryje w mózgu Regina? Brakowało mi ciut większego szaleństwa i zadziorności u Lorkina. I jeszcze kogoś mi brakowało, ale wszyscy dobrze wiedzą, kogo.

Canavan jak zwykle świetnie buduje świat, który idealnie można przełożyć na nasz ziemski, z pewnością czerpie ze współczesnej polityki, problemów, Azji, religii i masy innych źródeł. Robi to jak zwykle ciekawie, choć wydaje mi się, że wielu z nas sięgając po książkę fantasy, pragnie odpocząć od świata rzeczywistego, a Canavan nie daje takiej możliwości.

Polecam książkę tym, który w Canavan gustują i mają do niej dużą cierpliwość. Bo niestety trylogia Zdrajcy kuleje przy trylogii Czarnego Maga, choć Trudi ma tendencję do pisania słabych pierwszych części, a kolejne są coraz lepsze, więc kto wie... Ja z pewnością sprawdzę to osobiście.