czwartek, 28 czerwca 2012

Czary w małym miasteczku – Marta Stefaniak


To mogło wydarzyć się wszędzie, w każdym maleńkim i smutnym miasteczku tego świata. Zamknijcie oczy, wyobraźcie sobie maleńką miejscowość, którą znacie i sięgnijcie po książkę „Czary...”, a potem... Potem przekonacie się, że przyjemność ma wiele stron.

Maleńkie miasteczko i szarzy mieszkańcy, a każdy z nich ma swoje problemy, mniejsze lub większe. Tu warto zauważyć, że słowo problemy ukrywa czasami ogromne tragedie schowane w domu, pod chusteczką mokrą od łez, zamknięte na klucz i przemilczane. Bo każdy z nas ma problemy i mierzy je własną miarą.
Mąż prawie przez cały rok jest nieobecny, bo zarabia za granicą, a gdy wraca, nie odstawia alkoholu; rodzina nie chcąca bądź nie mogąca znaleźć pracy; kłócący się rodzice; ksiądz przysuwający się zbyt blisko; samotność. To wszystko są problemy, o których należy mówić, błagać o pomoc, jednak ludzie wolą zamykać je w sobie, milczeć i starać się o nich nie myśleć.

Do Kopciuszka przyszła wróżka i zmieniła całe jej życie, a do małego miasteczka przybyła Anna Kowalska, kobieta o imieniu i nazwisku tak pospolitym, że aż chce się sprawdzić, czy jej dokumenty nie są jedynie wzorem do wypełniania formularzy. Jednak czary zawsze są niepozorne, by ludzie nie zauważali ich, jednak byli zachwyceni ich skutkami.

I nic więcej Wam nie zdradzę, bo książka sama w sobie jest magiczna i cudownie się ją podskubuje jak pyszną kostkę czekolady. A propos czekolady! „Czary w małym miasteczku” strasznie przypominają mnie „Czekoladę” Joanne Harris i smakują tak samo słodko.
Może zabrzmi banalnie, ale jest to książka idealna na wakacje, właśnie ją warto wziąć ze sobą, gdy chcemy zażyć słonecznej kąpieli. Wyciągnąć się w ciepełku i zaczytać się, a czyta się świetnie, niemal jednym tchem. Nie jest to wybitne dzieło literackie o głębokich metaforach i zawiłych aluzjach, jednak wprowadza przyjemny nastrój, łapie za serce i wzrusza do łez.

Warto też powiedzieć, że jest to świetny debiut i osobiście muszę powiedzieć, że czekam z niecierpliwością na kolejne książki Pani Marii. Utkała niesamowitą atmosferę, budując w tej książce magiczny realizm, a przy tym dość odważnie poruszyła kilka ważnych problemów społecznych, o których nie należy milczeć. Umieściła je w maleńkiej mieścinie takiej jak tysiące innych i tym samym podkreśliła, że to może przytrafić się każdemu, i ukazała jak wielką krzywdę wyrządzamy samym sobie milczeniem. Choć i głośne mówienie o tym, co się wydarzyło, niekiedy może wyrządzać nam krzywdę.

I w ten oto sposób Pani Maria stworzyła przyjemną lekturę, o której można mówić i mówić, a kwestie w niej poruszane mogą być iskierką do niejednej dyskusji. A to wszystko jest otulone zapachem najpyszniejszych ciasteczek na świecie. Na przyszłość prośba do wydawnictwa Prószyński i S-ka: jak macie zamiar wydać kolejną książkę, która opisuje takie pyszności, to z łaski swojej dodawajcie do każdego egzemplarza pączka gratis, bo przy czytaniu można własny język połknąć! ;)

Wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za możliwość napisania recenzji :)

sobota, 23 czerwca 2012

Mój własny diabeł – Mike Carey


Londyn zawsze był świetną scenerią do akcji magicznych, tylko nie każdy twórca umiał w pełni wykorzystać jego potencjał. Mike Carey nie bawił się jednak w zaczarowane światy pod czy nad miastem tak, jak na przykład Neil Gaiman w „Nigdziebądź”, nie… Londyn Carey’a na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od prawdziwej stolicy Wielkiej Brytanii, natomiast mieszkańcy, którzy tam mieszkają to już zupełnie oddzielny temat.

Nie trzasnął piorun, nie upadło niebo, magiczny meteoryt nie rozorał ziemi, tylko nagle martwi zaczęli powstawać z grobów, a wraz z nimi pojawiły się i inne stworzonka. Nie, to nie jest książka o zombie, nie przesadzajmy, tu jest o wiele więcej smaku. I duchy nie są aż takie przerażające, ot resztki emocji umarłego.
Pojawiło się również zapotrzebowanie na nowy zawód – egzorcysta -, który chętnie bądź mniej chętnie wykonuje Felix Castor. I robi to z przeróżnych powodów: dla pieniędzy, dla przyjaciół, dla siebie, bo nic innego mu jakoś się nie chce.

Czytając tę książkę, czułam zapach „Constantina” i nie przez przypadek, w końce Mike Carey jest jego twórcą, a i klimat filmu osadzony w książce wprowadza świetną atmosferę. Autor zaskakuje pomysłowością, a zarazem nie stawia schematycznie na głównym miejscu zagubione dusze, tylko nasz własny świat. U Carey’a sukub nie kusi pięknymi słówkami, a zniewala feromonami pozostawiając swoją ofiarę bez szans. Egzorcyzmy odprawiane są nie za pomocą krzyża i wody święconej, a dzięki fletowi, na którym Castor gra najpierw oplatając duszę jak w kokon, każąc jej stać się z muzyką jednością, a następnie urywając melodię.

Nie ma tu wielkich rozważań nad własnym ja, psychoanalizy i roztrząsań filozoficznych, tu bardziej stawiamy na akcję, natomiast głębsze myśli są tylko nienatrętnie zaczepiane. Felix zaczyna zastanawiać się, dokąd odsyła wygnane dusze, co się z nimi dzieje i czy ma na to prawo, czy też może wchodzi w kompetencje Boga, bo sam główny bohater… nie wierzy w nic. Pozbawiony wiary egzorcysta intryguje, a delikatnie napoczęty faustowski temat jedynie dodaje książce smaku.

Zmusza do zastanowienia się samo zestawienie istot rodem z horrorów i naszego współczesnego świata. W Londynie mimo zombie i upiorów jest również mafia, handel ludźmi i prostytucja, i na tle ludzkich zbrodni to sam człowiek wydaje się być bardziej potworny niż martwe ciała wstające z grobu.

niedziela, 10 czerwca 2012

Bezwzględna - Gail Carriger

Wcześniej z serii parasolkowatości ukazały się:
1.”Bezduszna
2.”Bezzmienna


Jeżeli musicie trzy razy się zastanowić, zanim nazwiecie tytuł tej książki, jeżeli herbata kojarzy się wam tylko z jednym, a parasol nigdy was nie opuszcza, to tak samo jak ja konsekwentnie śledzicie losy Alexii i jesteście już na czwartym tomie.

Kto powiedział, że kobieta w ciąży jest cicha, spokojna, rozleniwiona… Nic z tych rzeczy, przede wszystkim jest bezwzględna, więc parasolki idą w ruch i lecą wióry, a raczej jeżozwierze. Bo jak tu można spokojnie się ciążować, skoro ktoś grozi śmiercią królowej? Kto jak kto, ale Alexia nie miała zamiaru siedzieć i patrzeć, wkroczyła do akcji i nie zawahała się użyć parasola.
Gail Carriger jak zwykle potrafi nas rozbawić. Może nie tak jak przy Bezdusznej i Bezzmiennej, ale to wciąż ta sama stara dobra Alexia, dziki i zakochany lord Maccon i… Akeldama. Bo bez Akeldamy nie da się już żyć. Osobiście jestem uzależniona od tego wampira i myślę, że każdy, kto czyta Protektoriat Parasola również cierpi na słabość do niego. I właśnie jego wielkim fanom Carriger daje wisienkę na torcie, bo już na samym początku książki dowiemy się, co się (u)kryje w garderobie starego wampira. Słowem będzie się działo!

Choć określenie "będzie się działo" nie odzwierciedla tego, co wymyśliła Carriger. Wyobraźcie sobie, że młodsza siostra Alexii, Felicity, ma odwagę flirtować z wilkołakiem! Ivy również nie próżnowała, rzecz jasna kapelusze wciąż są na wysokości zadania.

Z książkami Carriger tak już jest – wprowadzają tak specyficzną atmosferę, że po prostu się za nimi tęskni, ewentualnie wyje do księżyca. Żadna inna książka nie jest napisana tak radosnym i zaczepnym stylem i nie da się jej czytać bez krzywego uśmieszku, więc – uwaga! – czytanie jej publicznie nie jest najlepszym pomysłem, ale jak kto woli.

Ciut w tym tomie było za dużo miłości, serduszek i koronek, a za mało wynalazków. Zatęskniłam za biedronkami, ale dostałam jeżozwierze i masę herbaty. I to nie wszystko… W tym tomie zanurzymy się (wybaczcie mi to dwuznaczne słownictwo) głębiej. I na świat wyjdą pewne kąśliwe sprawy, ciekawe intrygi i… Ale o tym przeczytacie sami, prawda? Bo jeżeli czytaliście poprzednie części, to i po tę koniecznie musicie sięgnąć. Inaczej nigdy się nie dowiecie, że Beta… Aj, nic nie mówię! Poczytacie, zobaczycie!

W imię mody ojczyznę dziś chronię. 
Słabszych własną turniurą osłonię. 
Prawdę będę tropić szalenie.
I przysięgam zachować milczenie.

(Tekst przysięgi tajnego stowarzyszenia Protektorat Parasola)



Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury :)

 

czwartek, 7 czerwca 2012

Królewna Śnieżka i Łowca [2012]



Jeżeli ktoś nagle próbuje wam wmówić, że Kristen Stewart jest piękniejsza od Charlize Theron, albo w ogóle, że jest piękna! Jeżeli widzicie na ekranie kina Drużynę Pierścienia… Jeżeli nagle zastanawiacie się, czy to nie na Księżniczkę Mononoke trafiliście. Jeżeli nagle widzicie Bellę wśród iskrzących wróżek… A tuż za nią… Thora!
Nie, to nie Zmierzch! I nie Avengers! I już na pewno nie Władca pierścieni! To po prostu Królewna Śnieżka i Łowca, film, który powstał z mega epickiego pomysłu i z fatalnego wykoniania!

Muszę przyznać, że na film szłam z drżeniem serca. Bo po pierwsze, film twórców Alicji w Krainie Czarów, więc powinno być mrocznie i pięknie. Po drugie, będzie Chris Hemsworth, więc będzie na co popatrzeć. No i po trzecie, kolejna wersja perwersyjnej bajki o królewnie, która pomieszkuje sobie z siedmioma półmężczyznami, a jak umiera, to jej zwłokami sztacha się jakiś książę, więc może być ciekawie.
Rzecz jaska perspektywa Thora całującego Bellę przerażała mnie najbardziej na świecie, ale dzielnie szłam dalej, a potem równie dzielnie wydałam masę kasy na bilet, weszłam, usiadłam i…
I przez cały film zastanawiałam się, jak bardzo można było schrzanić tak epicki pomysł?!

Królowa jest zła i ma epickie lustro, którego użyła tylko raz, niestety! No i standardowo, nie chcę się starzeć, zabiła ojca Śnieżki, nienawidzi Śnieżki. Ma również brata z doniczką na głowie, a razem przypominają Cersei i Jaime z Gry o tron, choć Jaime był o niebo przystojniejszy.  

Mamy również Śneżkę… Dziewczynę z rozdziawioną mordą, drewnianą gębą i odstającymi uszami, czyli uwaga… Najpiękniejszą na świecie! Yeah! Do tego jest chyba jedną z avengersów, bo po spędzeniu całego życia w małej celi, potrafi zwinnie uciec i jechać na koniu! Galopuje na koniu na oklep, bez siodła, gdzie przecież trzeba mieć stalowe mięśnie w udach. No i w jedenej scenie zabierają jej sztylet z tekstem Bo sobie odetniesz palce, a w drugiej dziewcze już walczy mieczem. I przy tym wszystkim wciąż jest brzydka jak wojna atomowa.

Jest też Thor, tylko bez młota. I choć wiedziałam, że jest on z tego świata i raczej z Asgardem nie wiele ma wspólnego, to i tak wypatrywałam Lokiego między drzewkami. Thor, a raczej Łowca ma traumę tam wielką jak mur w Grze o tron i cudowny głos. Genialnym pomysłem było wybranie go na narratora!

Był jeszcze mroczny las, gdzie można było się naćpać, oraz magiczny las, gdzie mieszka Księżniczka Mononoke, jeleń, motylki, kwiatki i przeurocze elfiki.
Są jeszcze krasnoludki – poważniejsze, niż normalnie. I mają nawet własnego mistrza Yodę.

Słowem, jak chcecie iść na tym film, to idźcie z kimś, kto pomoże wam wszystko to wyśmiać i razem z wami posztacha się ładnymi uśmiechami elfików, widokami, martwą Bellą (szkoda, że nie na długo…) i rzecz jasna Thorem w cywilnym ubraniu bez czerwonej pelerynki! Lokiego nie wypatrzyłam, ale podejrzewam, że on i tak gdzieś tam był… Pamiętajcie, Loki jest wszędzie i paczy!

środa, 6 czerwca 2012

Zaginione wrota – Orson Scott Card



Czy wiecie, że jesteście suszłakami? No chyba że potraficie wydobyć z siebie klanta… A wiecie, że Thor wciąż chodzi po ziemi i głośno się śmieje? A Loki… Wiecie, że Loki tak napsocił, że do dziś idzie to ludzkości w pięty?
Nie wiecie? Ach, to pewnie dlatego, że jeszcze nie czytaliście „Zaginionych wrót” Carda… Nie wiecie więc, że bogowie nie zginęli, żyją wciąż, tylko w naszym świecie. I nie mogą wrócić do domu, bo jak już mówiłam, Loki zrobił niezły kawał.

Dan North jest drekką, czyli kimś, kto nie ma w sobie magii. Bo Danny mieszka w osadzie starych bogów, osób, które izolują się od zwykłych Ziemian, żenią się, wychowują dzieci i uczą ich magii. A Dan od dziecka owej magii nauczyć się nie może, po prostu nie potrafi. Świetnie zna różne języki, w szkole pamięta calutki materiał z każdej lekcji, jednak z magią jest kompletny niewypał… Prawie jak nieoszlifowany diament.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Carda i muszę Wam powiedzieć, że pan pisze świetnie, choć czułam się już ciut za stara na takie książki. Jednak dla młodzieży „Zaginione wrota” są wyśmienitą pozycją, wciągającą, ciekawie napisaną, pełną akcji. Tu cały czas coś się dzieje i nie sposób się nudzić, spróbuj tylko pomyśleć o ziewaniu, a Card momentalnie postawi za rogiem… Co? Nie powiem!

Trochę zastanowił mnie fakt, że Card wstawia w książkę szpilki tabu. Główny bohater ma trzynaście-piętnaście lat i popełnia iście nastolatkowe błędy, często zachowuje się idealnie na swój wiek i nie ma zamaszek wielkich i mądrych panów z brodą. I przy tym wszystkim mamy wspomnianą prostytucję, pedofilię itp. Oczywiście, współczesna młodzież jest jak najbardziej uświadomiona i poinformowana o wszystkim, jednak czy warto podkreślać to wszystko w literaturze? Owszem, książki mają edukować, jednak… Ach, czuję potencjał na wielką dyskusję!

A poza tym książkę czyta się wyśmienicie, nie czuje się przekoloryzowania ideałów, bohaterowie nie są jednoznaczni, popełniają błędy i odnoszą sukcesy, jak to w naszym życiu bywa. Dan, jako główny bohater, nie jest najcudowniejszym na świecie super bohaterem, tylko nastolatkiem z krwi i kości i właśnie dla tego czyta się tę książkę tak przyjemnie. Bo nie ma patosu, ale za to są zaginione wrota i Loki, czy można chcieć czegoś więcej?


Wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za możliwość napisania recenzji :)