wtorek, 27 marca 2012

Igrzyska śmierci – Suzanne Collins

Pod głośnym hasłem: „To lepsze niż Zmierzch!” ‘Igrzyska śmierci’ wkroczyły na arenę. Pierwszy tom trylogii, ekranizacja którego ma przyćmić Bellę i Edwarda, ich brokat i blady puder. Młodzieżówka. Odrzuca na kilometr, prawda? Bo wszystko brzmi jak kolejny tandetny paranormal romance, którego ma się już dość. Ale gdzieś tam, daleko i głęboko w recenzjach poniewiera się jedno maluteńkie słówko: „antyutopia”. I ono daje nadzieję.

Niedaleka przyszłość. Miasto Panem: Kapitol okrążony dwunastoma dystryktami. Kiedyś się zbuntowały i teraz jako nauczka co roku odbywają się Głodowe Igrzyska. Z każdego Dystryktu losuje się po dwie osoby – chłopaka i dziewczynę – i całą dwudziestoczteroosobową grupę wrzuca się na arenę, by… się pozabijali. Bo wygra ten, kto jako ostatni przeżyje.

I teraz tak: zdejmujemy okularki cynizmu i wyjmujemy z usteczek sztuczną szczękę czepialstwa i nie zwracamy uwagę na to, że główna bohaterka jest super extra i bez wad (narracja jest pierwszoosobowa, więc to logiczne – Katniss po prostu nie mówi o swoich wadach, ot tyle! A wy powiedzielibyście?), i nie czepiamy się, że jest mega dobra i pochodzi przypadkowo (ojej, niemożliwe!) z najgorszego dystryktu. Już? Zdjęliście wszystko? No to teraz po kolei!

Nie, to nie brokatowy Zmierzch. Wampirów tu nie ma, więc właźcie śmiało. I nikt się nie błyszczy w słońcu, nooo chyba że zapomniał przypudrować nosek. Są za to ciekawe postacie, takie jak Katniss, główna bohaterka, na przykład. Owszem, jest cudowna, dzielna i wspaniała, ale warto zauważyć, że nie jest pusta. Jej główne wartości? Dziewczę wyżywiło całą rodzinę! Dba o innych, potem o siebie, i nienawidzi zostawiać niezapłaconych długów. Do tego nie  ugania się po lesie za błyszczącym wampirem, a to już +50 punktów na wstępie.

Nie, to nie tanie paranormal romance. Na Katniss nie spada nagle odkryta magiczna moc, ukryta w zardzewiałym wisiorku odziedziczonym po prapraprababci, a koty w księżycem na łebku nie zaczynają wygłaszać morale. Nic z tych rzeczy.
Owszem, jest wątek romansowy, ale wierzcie mi na słowo, bardzo różni się od lukrowych kłów i cukrowych skrzydełek. Tu jesteśmy na arenie, walczymy o życie, całe Panem obserwuje każdy nasz ruch przez ekrany telewizorów. Tu chodzi o życie. Romans? Ciekawe…

Postacie drugoplanowe jak zwykle były przecudowne.
Haymitch – najkomiczniejsza i najmądrzejsza postać tej książki. Poproszę o oddzielny tom poświęcony mu osobiście, choć może lepiej nie grzebać w jego umyśle, bo kto wie ile alkoholu tam znajdziemy…
Cinna – nie wiem czemu przez pierwsze kilka stron jego obecności miałam przed oczami Ruby z „Piątego elementu”. Sympatię budził momentalnie i nie traci jej aż do końca książki. Straszna szkoda, że to postać drugoplanowa i nie ma jej wiele na stronach „Igrzysk śmierci”.
Rue – malutka i urocza. Budzi współczucie, a potem podziw. A potem wyciska z was łzy. Małe to to i słodkie, dlatego jest taką podstępna kartą Collins. Brawo, pani Suzanne, udało się pani, nie ma co.

Polecam zajrzeć też pod kołderkę książki i spojrzeć przez jej pryzmat na telewizję, media, programy reality show i… politykę. Boki zrywać, naprawdę!
I właśnie dlatego podobała mi się ta książka. Owszem, jest dla młodzieży i jest miejscami strasznie naiwna… Ale! Można w niej pogrzebać i odgrzebać co nieco mądrego. Postacie niosą z sobą potężne wartości, których ostatnio brakuje wśród piór, kłów i brokatu. Czyta się piorunem, a końcóweczka zachęca do drugiego tomu. I jest tam ktoś jeszcze, ktoś o kim jeszcze nie napisałam…

Weźcie głęboki wdech, bo chcę wam kogoś przedstawić. Panie i Panowie, główny bohater „Igrzysk śmierci” – jego mordercza wysokość Głód!
Głód jest tu na każdej stronie, odczuwany niemal namacalnie, nawet wtedy, gdy każdy z posiłków jest opisywany z niezwykłą skrupulatnością i szczegółowością. Stoły uginają się od potraw, a głód wciąż jest tu obecny, bo obfitość ma nam o nim przypominać.
Dla Katniss igrzyska śmierci trwają odkąd pamięta. Od śmierci ojca walczy o przetrwanie – swoje i swojej rodziny. Dla niej nikt nie wyznaczył końca czy reguł, każdy dzień może być końcem. A końce bywają różne – raz zwycięskie, a raz przegrane. Z głodem wygrywać można setki razy, a przegrać tylko raz.

środa, 21 marca 2012

Nieśmiertelny – Catherynne M. Valente


Dawno dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami Dimitrij opowiedział Catherynne pewną rosyjską bajkę o Iwanie i jego trzech siostrach, które wyszły za mąż za ptaków. Iwan zaś zakochał się w pięknej Marii Morewnie, która wygrywała każdą bitwę. Maria również pokochała Iwana, zabrała go do swojego królestwa i zamieszkali razem w jej pałacu. Tylko jeden warunek postawiła Maria Iwanowi – miał nigdy nie schodzić do jej piwnic. Ale przyszedł czas, że musiała ona wyjechać, by wygrać kolejną bitwę, i właśnie wtedy Iwan odkrył, że w piwnicach jego żony przykuty do ściany stoi Kościej Nieśmiertelny. Zlitował się on nad Kościejem i…

„Zaraz, co takiego? Dlaczego on jest przykuty do ściany w jej piwnicy?” - Catherynne przerwała Dimitriowi jego opowieść, zadając pytanie, na które żadne rosyjskie dziecko nie znało odpowiedzi, gdy słuchało tę bajkę.

Bo widzicie… Dimitrij był mężem Catherynne, Catherynne pisarką, a Kościej… Kościej miał powody, by dać się przykuć do ściany.

„Właśnie tak działa magia. Krztusi cię. Gdy już cię chwyci za ucho, prawdziwy świat staje się cichszy, aż w końcu niemal go nie słyszysz.” („Nieśmiertelny”, str.21)

 „Nieśmiertelny” Catherynne M. Valente powstał na bazie starej dobrej rosyjskiej bajki o Marii Morewnie, Iwanie i Kościeju Nieśmiertelnym. Jednak historia tej trójki została opowiedziana całkowicie na nowo, świeżo i magicznie. Każda z postaci rosyjskiego folkloru pod piórem amerykańskiej pisarki wzięła nowy, głęboki wdech. U Catherynne celowniki rozwijają się jak pielęgnowane róże, domowiki zakładają komitet, dom wstrzymuje oddech, a Kościej ma piękne czarne oczy.

W tej książce każda z postaci oddycha, patrzy na Rosję za czasów komunizmu i uśmiecha się. Tu nic nie jest takie, jak w bajkach. Bo w bajkach wystarczy powiedzieć, że coś jest takie a nie inne, bo takie jest. Tu dostajemy odpowiedzi, ale pytań i tak mamy coraz więcej – ich głodu nie da się zaspokoić. Baba Jaga uśmiecha się kpiąco, Maria Morewna siedzi w oknie czekając na swojego męża, a Kościej wciąż jest nieśmiertelny.

„Właśnie tak można stać się nieśmiertelnym, wołczico. Powtarzając wciąż tę samą opowieść, dopóki nie wyżłobi się trwałego śladu w świecie, tak że po twoim zniknięciu historia trwa dalej, jak muzyka dobiegająca z fonografu, a ty musisz wracać, nawet jeśli dostałaś kulkę w oko, i odegrać swoją rolę, wypowiedzieć swoje kwestie.” („Nieśmiertelny”, str. 90)

 Ta książka – to prawdziwe do bólu życie osnute bajką, folklorem i Rosją. Tą prawdziwą Rosją z banią i brzozowymi gałązkami, z bolszewikami i gorczycą, z kawiorem i supełkami na chuście, z bajkami, które wiecznie opowiada świat.

Z początku nie potrafiłam uwierzyć, że tę książkę napisała Amerykanka – tak bardzo rosyjska była, tyle miała w sobie metafor, odniesień, drobniuteńkich elementów i fragmencików, o których istnieniu wiedzą tylko ci, którzy wiele lat spędzili w kraju, gdzie niedźwiedzie podobno chodzą po ulicach. Byłam pełna podziwu dla ilości metafor i ukrytych symboli. Można było przeczytać bajkową opowieść i Marii Morewnie, a można też zmrużyć oczy i wychwycić Lenina i Romanowów, pogańskie bóstwa, Gogola i blokadę Leningradu. W tej niewielkiej książeczce zawarło się więcej Rosji niż w ogromnych tomiszczach encyklopedii historycznej.

A potem zrozumiałam… Tak, właśnie tak, taką książkę mogła napisać tylko i wyłącznie osoba zza granicy. Bo dla Rosjan wszystkie bajkowe postacie, wszystkie maluteńkie fragmenciki rosyjskiej kultury są tak utarte, tak swojskie i kochane, że ciężko nimi manewrować i zmieniać, ugniatać i lepić, tworzyć na nowo i zniekształcać. Bo ciepło matki zawsze będzie ciepłem matki. Dla Catherynne natomiast wszystko to było nowe, ciekawe, magiczne, miała mnóstwo pytań i nie bała się ich zadawać, a gdy nie otrzymała odpowiedzi, chwyciła pióro i sama ją stworzyła. I wiecie co? Wyszło jej doskonale, bo ta książka, odkąd wzięłam ją do ręki, przyćmiła sobą wszystko, co dotychczas czytałam. 

 „Liczne były przyczyny Wielkiej Wojny. Przede wszystkim, pilny uczeń musi zdać sobie sprawę, że gdy świat był młody, istniało na nim zaledwie siedem rzeczy: woda, życie i śmierć, sól, noc, ptaki oraz długość godziny. Każda z nich miała swojego cara bądź carycę, a najważniejszymi spośród nich byli Car Śmierci i Car Życia.” („Nieśmiertelny”, str. 38)

niedziela, 11 marca 2012

Wynalazek Hugona Cabreta – Brian Selznicki

Gdzieś tam w mojej świadomości obijał się tytuł tej książki. Bo film, bo media, bo coś… Daleko, cicho, nienatrętnie. A potem zobaczyłam książkę i szczerze powiedziawszy nie obchodziło mnie, o czym jest. Po prostu TAK wydaną książkę, MUSIAŁAM przeczytać.
Twarda oprawa i niecałe 550 stron – czarnych stron pełnych rysunków, ołówkowych szkiców. I zamek od klucza na okładce, pełen złotych trybików, dwa skrzyżowane pióra, a za nimi dachy nocnego Paryża i Wieża Eiffla. I zapach książki… O, jak ona pachnie! Jak pachną jest strony! Farbą drukarską, bo przecież każda jest czarniusieńka, obficie nią pokryta. Ja nie czytałam, ja wąchałam!
I teraz powiedzcie mi, że nie ocenia się książki po okładce… ;)

Ale wypadałoby napisać słów parę o treści, bo jak to się w Rosji powiada: „Spotyka się ubranie, odprowadza rozum”. No właśnie!
Hugo to mały dwunastolatek, syn zegarmistrza, który zamiast zabawek zawsze kieszenie miał pełne małych trybików. Dzięki temu nie ma rzeczy, której nie umiałby naprawić. Choć nie… jest.
Jego ojciec otrzymał do naprawy tajemniczą machinę – automat przedstawiający człowieka siedzącego za biurkiem z piórem w ręku. Masa skomplikowanych trybików składa się na jego ciało, a nakręcić go może jedynie klucz o kształcie serca. I wtedy automat powinien coś napisać… Co? Tego nie wie nikt. Może prócz ojca Hugo, ale ten zginął w pożarze, a automat znów został zniszczony.
Opiekę nad chłopakiem przejmuje brat jego ojca – zegarmistrz, który dogląda zegarów na paryskim dworcu d’Orsay. Witajcie po drugiej stronie zegara! Teraz można przebiec wraz z Hugo tajemnymi tunelami dworca i sprawdzić, czy każdy z zegarów chodzi poprawnie. Gdyby tylko jeszcze wiedzieć, co mógł napisać automat…

Piękna historia. Wbrew pozorom wcale nie jest o Hugo i trybikach, jest o czymś więcej, o kimś więcej. O osobie światowej, która z pewnością na taką książkę zasługiwała. Warta do przeczytania i dla dorosłych, i dla dzieciaków. Choć bardziej dla dzieciaków – od 7 lat można zaczynać. Polecam! I polecam powąchać ;)

A ja się chyba zabiorę za polowanie na film, bo mój zmysł nadużywacza Paryża, dworców i zegarków mówi, że warto ^^


niedziela, 4 marca 2012

Tajemnica niebieskiego kufra – Lise Dion

Mama Lise umarła, gdy jej córka była już dorosłą kobietą. Ale nieważne, ile mamy lat, śmierć rodziców boli tak samo. Ów ból zostaje przytłumiony przez pytania, jakie nagle zaczynają się pojawiać. Bo Lise zawsze myślała, że jej matka wiodła spokojne i monotonne życie. A wystarczyło zajrzeć do niebieskiego kufra, którego za życia matki nie mogła otwierać. Co tam odnalazła? Różaniec, zdjęcie swojej mamy w stroju zakonnicy i sześć zeszytów opowiadających historie Armande, kobiety, która była matką Lise i o której Lise niemal nic nie wiedziała. „Tajemnica niebieskiego kufra” to właśnie te sześć zeszytów.

Skusiła mnie okładka – niezwykle przyciągająca wzrok, nostalgiczna – i tytuł – tajemniczy, niemal baśniowy. Spodziewałam się zupełnie innej historii, a odkryłam opowieść o zakonnicy i obozach koncentracyjnych.

Książki o takich miejscach nie mogą nie poruszyć, nie pozostawiają czytelnika w obojętności, współprzeżywamy wraz z bohaterką wszystko, co się jej przydarza. Paradoksalnie jednak wzbudził we mnie o wiele więcej emocji pierwszy rozdział, opisujący rozpacz Lise po śmierci matki. Był napisany z takim uczuciem i tak przenikliwym stylem, że przesłonił mi nawet ciężkie życie zakonnicy.
Niemniej jednak poruszył mnie sam fakt, że osoby duchowne również trafiały do takich miejsc, również były bestialsko traktowane. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, że przecież zakonnice także były ludźmi i tak samo jak wszyscy nie mogły uniknąć pewnych rzeczy.
Bardzo poruszyła mnie również końcówka historii Armande, wręcz przeraziła, odkrywając pewne zachowania kościoła, których po nim nigdy bym się nie spodziewała.

Cóż mogę rzec… Jako literatura „Tajemnica niebieskiego kufra” wydała mi się ciut nijaka, wyprana z uczuć, a przecież tyle tam było do przekazania! Pomysł dobry, wykonanie marne – problem współczesnej literatury. Natomiast historia opowiedziana w książce uderza i porusza, jak każda związana z obozem koncentracyjnym czy łagrami. Tak to już jest z tego typu opowieściami, zawsze trafiają głęboko do naszych serc.
Nie powiem, że książka jest warta przeczytania, mogę jedynie rzec, że historia jest warta poznania.