niedziela, 29 stycznia 2012

O modlitwie. Listy do Malkolma - Clive Staples Lewis



Lewisa wszyscy kojarzą z Narnią, co jest maluteńkim błędem. Bo mój ukochany pisarz jest też według mnie jednym z mądrzejszych ludzi na świecie. Jego mózg powinien spoczywać w muzeum wśród szacunku i zachwytów. Bo widzicie… Lewis pisał o wierze, o chrześcijaństwie. Nie wierzył zawsze, o nie, on się nawrócił, ale jak  się nawrócił, to z prawdziwym wejściem smoka. A potem zaczął o tej wierze myśleć. Połączenie jego umysłu i chrześcijaństwa dały piękne dzieła, Lewis nie pisze banałów z ambony, on pisze dla ludzi, zrozumiale i mądrze zarazem, niezwykle odkrywczo i tak prawdziwie ludzko. Każda jego książka odkrywa dla mnie masę rzeczy, o który nie wiedziałam, bądź wiedziałam, które dla mnie nie istniały, bądź istniały. Pomaga zrozumieć, pisze o własnych rozterkach i przede wszystkim nie wstydzi się powiedzieć, że jest tylko człowiekiem, a przez to jego książki są jeszcze lepsze.

„O modliwie” jest ostatnią książką Lewisa, wydaną drukiem już po jego śmierci. Napisana została na zasadzie listów, ot wszystkie listy Lewisa do niejakiego Malkolma, w których pisarz mówi o wierze, kościele, podejściu do modlitwy. Dyskutuje, odpowiada, przekonuje i rozważa. Tylko że… żadnego Malkolma nie ma. To Lewis wymyślił taką formę książki, by jeszcze bardziej zbliżyć się do czytelnika. Cwana, zdolna bestia.

Ta książka nie jest nudnawym kazaniem o wierze. To rozważania osoby, która niegdyś w Boga nie wierzyła, to masa porównań tak błyskotliwych, że ma się wrażenie, iż brzmią po raz pierwszy. A przecież o wierze powiedziano już tyle, że nie możliwym jest powiedzieć coś nowego. Jednak Lewis to potrafi. Umie również dotrzeć do czytelnika znudzonego monotonnymi rozważaniami o wierze. Potrafi zaciekawić i zmusić do myślenia.

Niekiedy wydaje mi się, że dla Lewisa w ogóle nigdy nie było rzeczy niemożliwych.

Za możliwość napisania recenzji dziękuję wydawnictwu Esprit :)

sobota, 21 stycznia 2012

Herbata. 100 przepisów – Mary Ward

"Herbatę się pija, by zapomnieć o hałasie świata.
T'ien Yiheng

Książki kucharskie niekiedy bywają prawdziwym arcydziełem, opisują bowiem sztukę ulotną, która gości przed nami równo tyle, ile jesteśmy w stanie wytrzymać i jej nie zjeść. Niewdzięczne zajęcie, zdawałoby się. Jednak jedzenie to sztuka – za jego pomocą potrafimy czuć szczęście, uwodzić, zarabiać, a nawet zabijać…

Herbata według mnie jest pokarmem dla duszy, nie dla ciała. Jej aromat wyłącza świat i koi zmysły. Można ją po prostu pić, a można się nią delektować. Można uważać ją za pięciominutową przerwę, a można za sztukę. Książka „Herbata. 100 przepisów” z pewnością opiewa ją jako rytuał, piękny rytuał, który gości na ziemi już od 3000 roku p. n. e.

Jest to książka o delektowaniu się… delektowaniu się życiem, ważnymi chwilami, a także o czerpaniu przyjemności z picia herbaty” – mówi autorka na początku książki. Książki? Ależ nie, dla mnie to wręcz arcydzieło. Pięknie wydana, zachęcająca nie tylko okładką, ale i każdą stronę, szatę graficzną której opracowała Donna Morris. Zielone piękne kartki, z małymi imbryczkami i liśćmi herbaty tylko dodają tej książce smaku. Poza tym to nie tylko arcydzieło kucharskie i graficzne. Panie i Panowie, brawa dla Barneya Taxela, mistrza fotografii, który przemycił w zdjęciach imbryczków, czareczek i filiżanek prawdziwy zapach herbaty.

By Miranda
W tej książce znajdziecie nie tylko przepisy na doskonałą herbatę. Przeczytacie także opowieść o tym, skąd herbata pochodzi, jak się ją uprawia i o wszystkich jej gatunkach. Nauczycie się sztuki zaparzania, jak herbaty w torebkach, tak i liściastej. Przeczytacie o tym, czemu imbryczków się nie myje i dlaczego należy kpić z niektórych restauracji. A poza przepisami na „Herbatę na dobry humor”, „Herbatę grzaniec” czy „Herbatę rosyjską” i wiele innych, dowiecie się jak wróżyć z fusów, zrobić przyjęcie japońskie lub popołudniową herbatkę angielską. I znajdziecie przepisy na przysmaki słodkie i słone, cynamonowe i japońskie.

Przekonałam się dzięki „Herbacie…”, że książka kucharska może być nie tylko arcydziełem, pięknie wyglądającym na półce w kuchni i będącym źródłem epickich powierzchni stołu w jadalni, ale może być także niesamowicie ciekawą lekturą na wieczór spędzony, rzecz jasna, przy filiżance doskonałej herbaty.

Wydawnictwu Bellona dziękuję za możliwość napisania recenzji :)

czwartek, 19 stycznia 2012

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki – Mario Vargas Llosa

Czy kiedykolwiek kochaliście tak bardzo, że byliście w stanie wybaczyć każde szelmostwo? A jeżeli tak, czy była to prawdziwa miłość, czy może już choroba?

„Szelmostwa…” to książka o kobiecie, która pragnąc jednego, całe życie uganiała się za innym,  i o mężczyźnie, który wiedział, że tę kobietę kocha.
A wszystko w tej historii jest bardzo łatwe. Ona – kobieta  tysiąca kłamstw i imion, kobieta będąca z tysiącami i nie należąca do żadnego. Tańcząca na ostrzu życia i śmiejąca się mu w twarz. Chowająca prawdę o sobie tak głęboko, iż miejsce to mogło nigdy nie istnieć. Oszukująca siebie i świat , należąca do chwili, nigdy do stałości.
On – skromny tłumacz konferencyjny i literacki, mężczyzna kochający tylko jedną kobietę. Mężczyzna pragnący nienawidzić tylko jedną kobietę. Jeżeli los odwracał się i patrzył na niego, to było to Jej uśmiech. Gdy odchodziła, życie zmieniało się w trwanie. Gdy wracała, drżał ze szczęścia. Uciekał i wracał w myślach. Ona uciekała i wracała w życiu.
To historia miłości morza i przystani, powietrza i skały, uśmiechu i ust. Niestałości i stałości – przeciwieństw, które mogą być tylko ze sobą. Oddzielnie trwają, wspólnie istnieją.

To było moje pierwsze spotkanie z Llosą. Sięgnęłam po niego, bo byłam ciekawa noblisty, wybrałam „Szelmostwa…” bo tak poradzili mi przypadkowi miłośnicy jego twórczości. Przypadki. Dwieście stron przeczytałam z uśmiechem, potem czytałam już tylko ze łzami.
Piękny styl zauroczył, Paryż i miłość do Paryża  podbiła moje serce, szelmostwa rozbawiły, okrucieństwo wzruszyło, końcówka przywołała smutny uśmiech i chęć sięgnięcia po kolejną książkę noblisty. Lloso, to prawdziwe szelmostwo z Twej strony, skazywać mnie na siebie!

Ta historia jest jak tango motyla z płomieniem. Opowiada o byciu sobą i wyrzekaniu się siebie, o ucieczce przed życiem, o szukaniu, o niepokoju i cierpieniu. Szukając za długo można umrzeć. Czekając za długo także można umrzeć. I lepiej umiera się razem.

środa, 11 stycznia 2012

Każdy kot ma dwa końce!



Kot – jaki jest, każdy widzi. A najlepiej widzi go Przemysław Wechterowicz, autor niesamowitej książeczki, która o kocie prawdę Wam powie.

Każdy z nas posługuje się na co dzień powiedzonkami. Przysłowia są na stałe związane z naszym życiem i uważane za trwałą część kultury. Niektóry nawet twierdzą, iż powiedzenia danego narodu stanowią nierzadko klucz do tajemnic jego mentalności.


A co ma wspólnego kot z przysłowiami? Na to pytanie odpowie Wam pan Wechterowicz, a raczej jego przecudowna książeczka. Malutka, bo liczy zaledwie 96 stron, a połowa z nich to przecudne ilustracje pani Anny Nowocińsiej-Kwiatkowskiej. Lecz nie liczy się ilość, liczy się jakość. A jakość tej książeczki jest niezwykła, bowiem koty ukazały w niej swe prawdziwe oblicze. To właśnie z „Każdy kot ma dwa końce” dowiecie się, że „gdzie kot nie może, tam człowieka pośle” oraz, iż nie należy „chwalić kota przez zachodem słońca”.

Tak, dokładnie tak. Połączcie przysłowia wraz z kocią wybitnością, a otrzymacie tę niesamowitą książeczkę. Najlepszy prezent dla każdego kociarza i filologa zajmującego się frazeologią. Jest to książka idealna, bo nie dość, że o kotach, to czyta się piorunem – założę się, że poświęciliście o wiele więcej czasu na przeczytanie mojej recenzji, niż na samą książkę. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami!

I pamiętajcie… Nie wywołujcie kota z kuwety!

PS



wtorek, 3 stycznia 2012

Trzynaście powodów – Jay Asher

To miał być tylko telefon. Zwykły, pojedynczy telefon do klientki księgarni z informacją o tym, że zamówiona przez nią książka już czeka. Minuta, może dwie – to wystarczyło, wystarczyło, by klientka odpowiedziała, że dostała identyczny tytuł pod choinkę i książki nie odbierze, wystarczyło, bym przeczytała opis z tyłu okładki, wystarczyło – ale nie to jest ważne. Ważne jest, iż te kilka minut wystarczyło, by ta książka na mnie spojrzała. Potem była tylko Hannah…

Po powrocie ze szkoły Clay znajduje w domu paczkę zaadresowaną na jego imię. W środku jest pudełko po butach wypełnione kasetami. Zwykłymi kasetami do magnetofonu, które powoli wyszły już z użytku. Chłopak odpala pierwszą kasetę i słyszy głos Hannah, koleżanki z klasy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Hannah dwa tygodnie temu popełniła samobójstwo.
Miałam trzynaście powodów, by się zabić, mówi nagrany głos dziewczyny, jeżeli słuchasz mnie teraz, oznacza to, że jesteś jednym z nich.

Podobno „Trzynaście powodów” to debiut Ashera. Mogę dodać tylko, że to bardzo dobry debiut. Książka jest napisana tak, że po pierwszym zdaniu ciężko się od niej oderwać – prosto, łatwo, a zarazem z głębią i przesłaniem. Przeraża bólem w niej zawartym i uczy ten ból dostrzegać, otwiera oczy.

„Trzynaście powodów” przeczytałam w ciągu jednej nocy. Po części dlatego, że nie mogłam oderwać się od tej książki, ale również z powodu tego, iż nie chciałam spędzić ani jednego dnia w środku historii Hannah. Chciałam ją mieć za sobą, chciałam skończyć tę książkę, zanim wrócę do swojego świata. Nie dlatego, że tej dziewczynie przytrafiły się okropne i nieludzkie rzeczy, a dlatego, że spotkała ją codzienność jaką zna każdy z nas i owa codzienność miała siłę zabijać.

Nie lubię tematyki samobójstwa, jest dla mnie często przekoloryzowana, przesadzona, pełna rozczulania się nad sobą. Ale w przypadku Hannah, poznałam zwykłą historię nastolatki, którą spotkało zwykłe życie. Co stało się, że postanowiła je zakończyć? Warto się dowiedzieć. Warto, by potem w swoim własnym życiu nigdy nie popełnić wobec kogoś podobnego błędu.

Ta książka uczy, otwiera oczy, pokazuje szczegóły. Zmienia świat i nakazuje pomyśleć. Bo takie jest nasze współczesne życie – często wiele rzeczy  robimy nie myśląc.


niedziela, 1 stycznia 2012

Zapachy miast – Dawid Rosenbaum


Czym pachnie śnieg? Ktoś stwierdzi, że nie ma zapachu, mi zawsze wydawało się, że pachnie arbuzem, natomiast Dawid Rosenbaum uważa jeszcze inaczej. Dla niego niemal wszystko jest zapachem, każdy skrawek ziemi wydziela swoją swoistą i niepowtarzalną woń. Książka „Zapachy miast” opowie nam niemal o całym świecie, tylko naszym przewodnikiem nie będzie wzrok. Podróżować będziemy za pomocą węchu.

Zapach jest fenomenem. Wystarczy poczuć woń spalonego mleka, a nasze myśli uciekną kilkadziesiąt lat wstecz, do małego przedszkola, gdzie kucharki rzadko prały swoje fartuchy. Cofa nas do przeszłości niczym maszyna czasu.
Zapachy miast” zabierają nas do przeróżnych zakamarków i pokazują, że świat jest wachlarzem zapachów. Czy wiecie jak pachnie sztuka? Jaki zapach ma paryskie metro? Czym pachnie Tajlandia? I dlaczego przed świętami Warszawa ma obrzydliwy zapach?

Maroko, Egipt, Nowy Jork, Norwegia, Paryż, Wyspy Kanaryjskie, Petersburg i wiele innych miejsc pokazuje nam ta książka. Pisarz kusi zapachami, zwodzi opisami, potrafi rozbawić, zmusić do zastanowienia, a niekiedy najpierw wzruszyć do łez, po czym wywołać na naszej twarzy delikatny uśmiech. Ta książka ujmuje serce. Napisana płynnie i ciepło, jakby to wcale nie było słowo pisane, a opowiadanie przyjaciela przy kawie. Słuchamy o jego podróżach i wdychamy zapach świeżo parzonej kawy. Czytając tę książkę, nie poczujemy tylko zapachu papieru, jakim lubią pachnieć nowe wydania. Poczujemy cały świat. Wystarczy zamknąć oczy, a można nawet usłyszeć szept deszczu.

Przy stoliku obok małżeństwo z dziećmi. Przed chwilą byli na zakupach w pobliskiej Galleries Lafayette, bo każde z nich ma przy swoim krześle po kilka paczek i toreb. Rozmawiają, żartują, śmieją się i wyglądają na szczęśliwą rodzinę. Dopiero, kiedy mężczyzna nalewa do szklanki colę, uprzednio włożywszy do niej cały palec, a kobieta błądzi dłonią po stoliku w poszukiwaniu cukiernicy, orientuję się, że oboje są niewidomi Nastoletnia córka podsuwa matce cukiernicę, chłopak na głos czyta komiks – oni widzą. Kelner przynosi zamówione dania i w tej samej chwili jak na komendę chłopiec i dziewczyna podnoszą się ze swoich miejsc. Bez słowa podają rodzicom serwetki i sztućce, szepcząc coś do uszu. Być może tłumaczą, gdzie na talerzu leży mięso, po której stronie położono frytki i ostrzegają przed ozdobną, francuską chorągiewką wetkniętą w środek steku. Nie robią nic więcej. Wracają na swoje miejsca i zaczynają jeść”*

Teraz, po przeczytaniu tej lektury, zawsze będę się zastanawiać, czym pachną turyści, ci śpieszący się na dworcu ludzie, ciągnące za sobą walizki na kółeczkach. Co w nich jest schowane? Domowe ciepło czy też zapach jakiegoś egzotycznego kraju. Z każdej podróży przywozimy ze sobą kawałek świata. Chowa się w zgięciach ubrania, na dnie walizki i w naszych wspomnieniach. Zapach jest bursztynem myśli.
  

*”Zapachy miast” D. Rosenbaum, Elipsa, 2011, str. 56-57