piątek, 19 października 2012

Kwiat paproci – Dominik Sokolowski


Malownicza okładka książki przedstawiająca w odcieniach czerwieni pięknego smoka, oraz tytuł, obiecujący nawiązanie do baśni, legend i folkloru zapowiadają całkiem ciekawą historię i mamią czytelnika do siebie. To wydawnictwu Rebis trzeba zdecydowanie przyznać: książka jest wydana przepięknie. Okładka jest niemal jak obraz, który chętnie powiesiłoby się na ścianie. Natomiast tytuł momentalnie intryguje i każe sięgnąć po książkę i przeczytać opis na odwrocie.

Kwiat paproci” to historia o wierze prawdziwej i pogaństwie, o cesarstwie, które stara się walczyć z cichą herezją o ostrych zębach. Opowiada także o Isaakiosie, prawowitym następcy tronu, który ów tron utracił jeszcze we wczesnym dzieciństwie, a który to swoją władzę pragnie odzyskać.
To opowieść o Michelle, piękniej agentce inkwizycji, która odważnie tropi sekty i pogaństwo. A także „Kwiat paproci” opowiada o życiu Iliasa, który pragnie pomścić śmierć swojej ukochanej.
Zdawałoby się, że te trzy historie nie mają ze sobą powiązania, a jednak nikt się nie spodziewa… apokaliptycznego proroctwa.

Nikt się także nie spodziewał, a szczególnie ja, że za tym pięknym tytułem odnajdę coś, co tak mocno zmęczy moją czytelniczą duszę. Może pomysł był i dobry, a świat przedstawiony przemyślany, jednak pan Sokołowski niczym nie umiał zaskoczyć czytelnika w dobie, gdy książek opartych na tym samym schemacie mamy tysiące. Młody cesarzewicz traci tron i ucieka z królestwa, a potem wychowywany w głuszy (dosłownie w głuszy, pisarz nie pokusił się o żadne nowatorstwo), wraca, by walczyć o swój kraj.
Inkwizytor walczący o swoją wiarę i czystość ludzi spotyka na targu małoletnią złodziejkę i pragnie ją uratować od tego grzesznego życia, więc… zabiera ją do klasztoru, a potem czyni z niej agentkę inkwizycji, która wykorzystując wszelkie sposoby (tak, tak, wszelkie…) łapie przedstawicieli sekty. Uratował od grzechu, brawo!

A jeżeli chodzi o tytułowy kwiat paproci, który obiecywał bajkowość, to znajdziecie go dopiero w ostatnim rozdziale i zderzycie się z niemal żywcem wyjętym fragmentem z baśni Kraszewskiego o jednakowo brzmiącym tytule.

Niestety z przykrością muszę napisać, że ogromny potencjał książki został zagubiony w powielających się od wiek wieków w literaturze pomysłach. Na każdym kroku akcja jest łatwa do przewidzenia i niczym nie zaskakuje i niestety nie zachęca do dalszej lektury. Końcówka natomiast pozostawia czytelnika z uniesionymi brwiami i pytaniem bez odpowiedzi, bo jest to pierwsza część trylogii.

Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury :)

5 komentarzy:

  1. Słabe opinie na temat tej książki namnażają się jak bakterie, a mnie i tak do niej ciągnie... Jakoś czuję, że mimo wszystko mogłaby mi się spodobać :3 No nic, muszę przeczytać żeby się przekonać! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, mnie też coś do niej ciągnęło, mimo tych wszystkich recenzji. I cóż... przeczytałam. Już mnie nie ciągnie :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyli szkoda czasu na tak przewidywalną lekturą o wtórnej fabule. Nie cierpię tego!
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie sięgnę. Schematyczność to prawdziwe przekleństwo współczesnej literatury.

    OdpowiedzUsuń
  5. Będę unikać tej książki. Szkoda czasu, skoro zbiera same słabe recenzje:)

    OdpowiedzUsuń