sobota, 23 czerwca 2012

Mój własny diabeł – Mike Carey


Londyn zawsze był świetną scenerią do akcji magicznych, tylko nie każdy twórca umiał w pełni wykorzystać jego potencjał. Mike Carey nie bawił się jednak w zaczarowane światy pod czy nad miastem tak, jak na przykład Neil Gaiman w „Nigdziebądź”, nie… Londyn Carey’a na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od prawdziwej stolicy Wielkiej Brytanii, natomiast mieszkańcy, którzy tam mieszkają to już zupełnie oddzielny temat.

Nie trzasnął piorun, nie upadło niebo, magiczny meteoryt nie rozorał ziemi, tylko nagle martwi zaczęli powstawać z grobów, a wraz z nimi pojawiły się i inne stworzonka. Nie, to nie jest książka o zombie, nie przesadzajmy, tu jest o wiele więcej smaku. I duchy nie są aż takie przerażające, ot resztki emocji umarłego.
Pojawiło się również zapotrzebowanie na nowy zawód – egzorcysta -, który chętnie bądź mniej chętnie wykonuje Felix Castor. I robi to z przeróżnych powodów: dla pieniędzy, dla przyjaciół, dla siebie, bo nic innego mu jakoś się nie chce.

Czytając tę książkę, czułam zapach „Constantina” i nie przez przypadek, w końce Mike Carey jest jego twórcą, a i klimat filmu osadzony w książce wprowadza świetną atmosferę. Autor zaskakuje pomysłowością, a zarazem nie stawia schematycznie na głównym miejscu zagubione dusze, tylko nasz własny świat. U Carey’a sukub nie kusi pięknymi słówkami, a zniewala feromonami pozostawiając swoją ofiarę bez szans. Egzorcyzmy odprawiane są nie za pomocą krzyża i wody święconej, a dzięki fletowi, na którym Castor gra najpierw oplatając duszę jak w kokon, każąc jej stać się z muzyką jednością, a następnie urywając melodię.

Nie ma tu wielkich rozważań nad własnym ja, psychoanalizy i roztrząsań filozoficznych, tu bardziej stawiamy na akcję, natomiast głębsze myśli są tylko nienatrętnie zaczepiane. Felix zaczyna zastanawiać się, dokąd odsyła wygnane dusze, co się z nimi dzieje i czy ma na to prawo, czy też może wchodzi w kompetencje Boga, bo sam główny bohater… nie wierzy w nic. Pozbawiony wiary egzorcysta intryguje, a delikatnie napoczęty faustowski temat jedynie dodaje książce smaku.

Zmusza do zastanowienia się samo zestawienie istot rodem z horrorów i naszego współczesnego świata. W Londynie mimo zombie i upiorów jest również mafia, handel ludźmi i prostytucja, i na tle ludzkich zbrodni to sam człowiek wydaje się być bardziej potworny niż martwe ciała wstające z grobu.

9 komentarzy:

  1. To jest jednak z tych książek, które chcę przeczytać od dawna, ale jakoś ich nie ma w bibliotece...

    OdpowiedzUsuń
  2. Domowa biblioteka Arii jest na każde Twe skinienie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. O, jedna z moich ulubionych serii ^^
    A propos podsumowania, nie sądzę, żeby intencją Careya było wzbudzanie jakiejkolwiek grozy, bo choć potworków tu od groma, to niewiele ma to wszystko wspólnego z horrorem. Z tymi egzorcyzmami i krzyżem różnie bywa, a Castor też nie brnie do przodu tak całkiem bezrefleksyjnie ;) Poza tym się zgadzam, świetny klimat, dobry warsztat. Naprawdę podobało mi się, jak budowano uniwersum, niewielu autorów pomyślałoby choćby nad rozważaniem statusu prawnego zjawy. Poza tym postacie są świetnie wykreowane i po prostu żywe.
    Polecam resztę serii :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Domową biblioteczkę Arii to ja kiedyś wyniosę całą na plecach i tak to się skończy.XD Ale oddam, po kawałku.;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Książka raczej nie dla mnie, wiec spasuję.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mocno mnie do tej książki zachęciłaś.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobre połączenie urban fantasy i kryminału z wyraźnym ukłonem w stronę słynnego, Chanlerowskiego detektywa. A to, co napisałaś w ostatnim akapicie (człowiek bardziej potworny od potworów) dodatkowo przemawia na korzyść książki.

    OdpowiedzUsuń
  8. Miało być Chandlerowskiego, rzecz jasna.

    OdpowiedzUsuń
  9. Trafiłam tu przypadkiem, ale chyba zostanę na dłużej. Świetna recenzja, aż mnie kusi żeby powiększyć listę obecnie czytanych książek ;).
    Ps. Dodaję do ulubionych - http://z-ksiazka-przez-zycie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń