niedziela, 30 grudnia 2012

Rok 2012


Ten rok był iście książkowy! Może dlatego, że spędziłam go od deski do deski w księgarni jako księgareczka. Oby następny też taki był!

A teraz przejdźmy do statystyk i liczb!

W tym roku przed moimi oczyskami przewinęło się 104 książki, z czego 42 zostały zrecenzowane, a wśród nich pojawiły się takie oto perełki:

Baśniarz – Antonia Michaelis - mroczna i baśniowa historia o Czerwonym Kapturku, który chciał zrozumieć wilka.
Czaryw małym miasteczku – Marta Stefaniak - urocze, magiczne i przytulne.
Metro2033 – Dmitrij Głuchowski - książka, po której spałam przy włączonym świetle, a na bibliotekarzy patrzę do dziś z lekką obawą.
Nieśmiertelny – Catherynne M. Valente - gdybym miała wybrać jedną książkę spośród wszystkich ukochanych, wybrałabym tę.
Trzynaściepowodów – Jay Asher - a tej nie da się opisać w krótkim komentarzu.
Wiatr.Wiadomość do mnie – Miriam Dubini - powietrznie o miejscu, gdzie trafiają zagubione listy.

Wszystkie te osiem książek szczerze polecam, jeżeli ktoś nie czytał :)

A na Nowy Rok życzę Wam:
- czasu na czytanie, 
- kasy na książki, 
- miejsca na regały

:)
  
I bardzo serdecznie dziękuję, że tu jesteście i mnie czytacie, bo bez Was ten blog by nie istniał :)

Do zobaczenia w Nowym Roku :)


sobota, 29 grudnia 2012

Stan zdumienia – Ann Patchett



Zdumienie – rzeczownik odczasownikowy od zdumieć, rodzaj nijaki.
Zdumienie - stan zaskoczenia.
Zdumienie – dziewięć liter, cztery spółgłoski, pięć samogłosek.
Zdumienie – uczucie, którego nie sposób opisać jednym słowem.

Ludzkość istnieje na ziemi już od wielu wieków i przez cały ten czas śmierć nie jest jej obca. Człowiek umiera – to znany i niepodważalny fakt. A jednak śmierć wciąż nas zaskakuje, wciąż uderza na nowo z coraz większą siłą. Pustkę, którą zostawia po sobie człowiek, nie da się niczym wypełnić.

„Szanowny Jimie Foxie,
pada ulewny deszcz. To normalne o tej porze roku, ale jak zawsze jestem zaskoczona. Opady nie wpływają na naszą pracę, lecz czynią ją bardziej czasochłonną. Jeśli nawet nas spowalniają, co bynajmniej nie zniechęcają. Zdecydowanie posuwamy się ku doskonałym wynikom.
Teraz jednak martwi nas coś innego. Piszę, by przekazać przykrą wiadomość o doktorze Eckmanie, który zmarł wskutek gorączki nocą dwa dni temu. Wziąwszy pod uwagę nasze położenie, ten deszcz, uciążliwe procedury biurokratyczne państwa (zarówno tego, jak i waszego) oraz ważną rolę, jaką w naszym przedsięwzięciu odgrywa czas, postanowiliśmy pochować go tutaj w zgodzie z jego chrześcijańską tradycją. Muszę panu powiedzieć, że było to niełatwe zadanie. Co się tyczy misji doktora Eckmana, zapewniam pana, że robimy postępy. Zachowam jego nieliczne rzeczy dla żony, ufając, że przekaże jej pan te wieści wraz z moimi wyrazami współczucia. Przetrwamy mimo wszelkich komplikacji.
Annick Swenson”
(‘Stan zdumienia’ – Ann Patchett)


Marina nie chciała tam jechać. Eckman był jedynie jej kolegą z pracy, nawet nie przyjacielem. Ale to ona musiała powiedzieć jego żonie, że jej mąż nie żyje, to ona musiała sobie uświadomić, że trójka chłopców została bez ojca. I to właśnie ona została wybrana do wyjazdu do amazońskiej dżungli i kierowały nią dwa cele. Pierwszy cel nadała jej sama firma, która ją wysyłała – Marina miała się dowiedzieć, czy doktor Swenson faktycznie pracuje nad lekiem, który sprawi, że nawet kobiety po siedemdziesiątce będą w stanie zajść w ciążę. Drugi cel ukształtowała żona Eckmana – Marina miała się dowiedzieć, czy jej mąż naprawdę umarł.


Książka czyta się jednym tchem, a obrazy jakie daje nam Ann Patchett niemal rozkwitają przed oczami. Obrazy, myśli, emocje. A przy tym wszystkim pojawia się pytanie – jak wiele rzeczy jest na tym świecie ukrytych, czy ukryte są z jakiegoś powodu, czy powinno się je odkrywać?

A potem Marina wysiada z samolotu w Ameryce Południowej i mimo, że siedzimy z książką w przytulnym pokoju, powietrze wokół nas gęstnieje i niemal da się je kroić nożem na kawałki. Staje się gorące, lepkie i pełne insektów, a my wraz z Mariną jesteśmy w niewielkim miasteczku. Jednak nie ma tu doktor Swenson, ona pracuje w dżungli i nikt nie wie, gdzie dokładnie, bo lek musi zostać odkryty w największej tajemnicy. Szukać? Czekać? Odwrócić się na pięcie i wrócić do domu? Co wy byście zrobili?

A może zostać i pozwolić, by wypełnił nas stan zdumienia?

piątek, 21 grudnia 2012

Koniec Świata i...

...Hard-boiled Wonderland :)

Czyli z okazji tego wyjątkowego dnia, parę cytatów mistrza!



„- Czy ja też mogłabym wejść do tej twojej ograniczonej wizji? - zapytała.
- Oczywiście, każdy może do niej wejść i każdy może wyjść - odparłem. - To właśnie jej zaleta. Tylko wchodząc, wytrzyj buty i zamknij drzwi, kiedy będziesz wychodzić."

(Haruki Murakami "Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland", Warszawa 2008, s.466)

„Czy świat dookoła nas nie odbija się w naszej świadomości tak samo, jak nasza świadomość odbija się w nim? I czyż tu nie pasuje metafora dwóch luster, zwróconych ku sobie i tworzących dwie nieskończoności?

Opisanie podobnej wizji to mój stały motyw, lecz, być może, właśnie w „Końcu Świata i Hard-boiled Wonderland" udało mi się opisać to najbardziej wyraźnie"

(Haruki Murakami Przedmowa do rosyjskiego wydania)

„W świecie myśli nie ma czasu. Tym właśnie różni się on od świata snów. W świecie myśli można w jednej chwili zobaczyć wszystko. Myślami można objąć wszechświat. Można doświadczyć nieskończoności. Albo zatoczyć koło i kręcić się po nim bez końca."

("Koniec Świata..." s.334)




:)




sobota, 15 grudnia 2012

Żelazny kostur – Juraj Červenák



„Słoneczny źrebiec Daźboga dla zabawy skakał z chmury na chmurę – przez chwilę błyszczał złotą grzywą i machał ogonem, aż palące promyki zalewały kraj, po czym jakby z bojaźnią chował się za puchate białe obłoki”*.

Ilja Muromiec jest bohaterem rosyjskich bylin, które za wschodnią granicą zna niemal każde dziecko. Ilja jest symbolem niewyobrażalnej siły i bohaterskich czynów. Jeżeli wierzyć bylinom, do 33 roku życia nie mógł chodzić, jednak cudownie uzdrowiony przez trzech pielgrzymów, stanął na nogi i sprawił, że śpiewano o nim pieśni i układano ballady. Co ciekawe, Ilja jest jedynym ruskim bohaterem, którego kanonizowała prawosławna cerkiew.

Juraj Červenák, słowacki pisarz ze sporym dorobkiem książek z gatunku fantasy, obficie zaczerpnął z rosyjskich bylin i stworzył swojego własnego bohatera. „Żelazny kostur” to dopiero pierwsza część trylogii „Bohatyr”, która przez cały czas trzyma w napięciu, a ostatnim zdaniem rozpala ogień ciekawości i dzikiej chęci, by sięgnąć po ciąg dalszy.
Jest rok 965. Plemię Muromców zostaje krwawo i okrutnie wymordowane, jedynie kaleka Ilja przeżywa masakrę. Mimo, że darowano mu życie, młody mężczyzna wolałby leżeć teraz martwy wraz ze swymi braćmi. Pozostawiony sam sobie, wśród całej wioski pełnej trupów, próbuje pochować wszystkie ciała. Jednak co może kaleka wobec takiego nieszczęścia?
Trzech wędrowców przejeżdżając przez martwą wioskę porusza widok kalekiego chłopaka, który nie patrząc na swój los, przeprasza, że nie może ich ugościć. Odwdzięczając się, za jego otwarte serce, zabierają od niego chorobę i ułomność, a przed nimi wstaje wysoki, potężny mężczyzna, z którym nikt nie jest w stanie równać się siłą. Mężczyzna, który pragnie tylko jednego – pomścić śmierć swojego ludu.

„W bitwie pojmiesz, że naprawdę jesteś częścią drużyny, a złoty toporek nie wisi na twojej piersi dla ozdoby. Świat przestanie dzielić się na ja i cała reszta. Zacznie dzielić się na my  i cała reszta. Właśnie to jest podstawa bycia bohaterem”*.

Červenák snuje mroczną epicką opowieść, gdzie opisuje wczesnośredniowieczną Ruś. Tu wiara w Peruna miesza się z wyznawaniem Odyna. Tu jedni krzyczą Allach!, a inni wzywają chrześcijańskiego boga. Tu magia zderza się z mieczem, tu nie ma litości, jest natomiast odwaga, siła, spryt, przyjaźń i wierność.
Opisy walk i bitew nie nużą, przeradzając się w coś więcej, niż jedynie uderzaniem mieczem. Każdy czyn jest przemyślany i niesie za sobą konsekwencje. W „Żelaznym kosturze” przeciwnikiem jest nie tylko wściekły wróg z innego plemienia, tu walczy się z magicznymi stworzeniami, słowiańskimi demonami i z własnym ja. A na to wszystko patrzą bogowie, starzy i młodsi. Jedynie patrzą, nie poruszają losu za niteczki. Chociaż z bogami nigdy nic nie wiadomo…

„Źrebiec Daźdboga znów wyskoczył zza chmur i ziemię zasypał deszcz ognistych słonecznych strzał”*.

_______________________________________________
*Cytaty pochodzą z „Żelazny kostur” Juraj Červenák, 2012

sobota, 1 grudnia 2012

Baśniarz – Antonia Michaelis


Czerwony Kapturek był mały i niewinny, pełen marzeń i nierzeczywistych wyobrażeń o życiu. Wilk był zmęczony i wściekły, jego przerzedzona przez los sierść skrywała pod sobą stare i nowe blizny. Jednak to nie wilk zapolował na Czerwonego Kapturka, to Czerwony Kapturek zapragnął dowiedzieć się, czy serce wilka jest tak samo czerwone jak jego krew.

Anna żyje w bańce mydlanej, bo wszyscy wokół niej wiedzą, czym są papierosy, seks, narkotyki. Za to Anna doskonale wie, czym jest jej flet i co będzie robić po maturze, więc w pewien sposób ludzie wokół także żyją w bańce mydlanej, tylko innej.
Abla Tannateka nie otula żadna bańka mydlana, wydaje się, że on aż za dobrze wie, jak smakuje życie. Outsider, handlarz narkotykami, wagarowicz – tego dowiadujemy się o nim na początku książki, to samo wiedzą o nim wszyscy, którzy uczą simę wraz z nim w klasie maturalnej. Ale kiedy Anna znajduje maleńką szmacianą lalkę, która, jak Abel twierdzi, należy do jego młodszej siostry, dziewczynie wydaje się, że złapała maleńki skrawek czegoś, czego jeszcze nikt nie zobaczył. Trzyma się za tę nić i poprzez biały szum brnie dalej.
A potem bańka mydlana pęka.

„Było prawie tak samo jak podczas ich pierwszej rozmowy: słowa krążące w lodowatym powietrzu między stojakami na rowery, słowa skradzione, takie bezdomne, wypowiedziane w pośpiechu, na łeb na szyję. Później można było zaprzeczyć, że się je w ogóle wypowiedziało.”*

Istnieją książki, które łapią za serce, z „Baśniarzem” tak nie do końca jest. To Abel Tannatek łapie czytelnika, i to nie za serce, a za duszę. Tak ciężko o nim zapomnieć, o chłopaku, który ma niemal osiemnaście lat, który osłania się przed światem szumem w słuchawkach, który patrzy na ciebie zimno ze stron tej książki.
"Baśniarz" to mistrzostwo schowane na czterystu papierowych stronach, mistrzostwo opowiadania, języku, życia. Tej książki się nie czyta, ją się przeżywa. I szczerze polecam każdemu ją przeżyć.

To historia o tym, jak nie powinno być, historia , pokazująca, że można wybaczyć absolutnie wszystko, to historia, gdzie zima nigdy się nie kończy. Ludziom wydaje się, że jedynym problemem maturzysty jest matura, że młodzież udaje dorosłych paląc papierosy, że wilk w bajce zawsze jest zły.
A gdybym wam powiedziała, że się mylicie? Gdybym wam powiedziała, że po prostu nie słuchacie, że żyjecie w bańce mydlanej własnego ja? A gdybym wam zdradziła, że zawsze nie lubiłam myśliwego i wolałam wilka?

„Jego usta były zimne jak śnieg, ale biło z nich ciepło jedwabnej czerwonej tkaniny, tkaniny z pokładu statku. Poczuła jego język i pomyślała o wilku. „A jeśli to prawda? Jeśli ta baśń jest prawdziwa? Pocałunek i śmiertelne ugryzienie w kark. Wszystko się zgadza. Co, jeśli właśnie całuję mordercę?”*

*”Baśniarz” Antonia Michaelis, 2012


Wydawnictwu Dreams ciepło dziękuję za możliwość napisania recenzji :)

niedziela, 25 listopada 2012

Ty, ja i fejs – Jay Asher & Carolyn Mackler



Jest rok 1996 mniej niż połowa licealistów raz w życiu używała Internetu.

Facebook zostanie założony dopiero za kilka lat.”
(str. 6, „Ty, ja i fejs”, Jay Asher, Carolyn Mackler)


Można kręcić głową i przewracać oczami, można zaprzeczać i się nie zgadzać, można się kłócić i dyskutować, ale i tak nie uciekniemy od najpopularniejszego obecnie portalu społecznościowego jakim jest Facebook. Jedni zalogowali się na nim, bo Nasza Klasa zrobiła się mniej popularna, inni, bo reszta tak zrobiła, jeszcze inni, bo to świetne miejsce, by być na bieżąco ze wszystkim, a inni, bo jeżeli nie ma Cię na Facebooku – to nie istniejesz.

Amerykańscy pisarze - Jay Asher i Carolyn Mackler – wykorzystali to jako swoją literacką muzę i stworzyli książkę „Ty, ja i fejs”. Jest to historia dwójki nastolatków, którzy dopiero odkrywają świat komputerów i Internetu. To czasy, gdy wciąż większość bawiła się na zewnątrz, urządzała ogniska i wypady do lasu, czasy, gdy nie każdy miał komórkę, a by skorzystać z Internetu, należało podłączyć do komputera kabel od telefonu.
Właśnie wtedy Emma otrzymuje od swojego taty w prezencie komputer. Zachwycona i ciekawa wraz ze swoim przyjacielem Joshem podłącza go do sieci. I nagle ich oczom ukazuje się dobrze nam wszystkim znany Facebook. Uwaga, znany nam, ale nie Emmie i Joshowi, ponieważ w ich czasach ta strona jeszcze nie istnieje. Jakież jest ich zdziwienie, gdy odkrywają swoje profile, które przedstawiają ich wpisy i zdjęcia z przyszłości. Siedząc przy niewielkim ekraniku komputera, nastolatkowie śledzą siebie samych starszych o piętnaście lat.
Najpierw biorą to za żart, potem powoli zaczynają wierzyć w to, co widzą, a potem Emma odkrywa, z jaką łatwością można zmienić swoją przyszłość – wystarczy zrobić coś w teraźniejszości i kliknąć „odśwież”, by sprawdzić, jak to wpłynęło na Emmę starszą o piętnaście lat.

„Ty, ja i fejs” jest książką przede wszystkim dla młodzieży, bo na tle zabawy z przyszłością ukazuje problemy i rozterki zwykłych nastolatków - ich wybory, miłości i kłótnie. Ale nie dajcie się zwieść, ta książka ma nie jedno dno, tylko trzeba w nią dobrze się wczytać.
Jeżeli czytaliście poprzednią książkę Jaya Ashera, wiecie o czym mówię. „Trzynaście powodów” wgniata w ziemię i niemal nie pozwala oddychać z emocji. „Ty, ja i fejs” taka nie jest, to zdecydowanie spokojniejsza książka, a jednak delikatnie pociąga za sznurki tematy takie jak efekt motyla, otwartość człowieka we współczesnym świecie, więzi rodzinne, brak zrozumienia. Ciekawie jest obserwować, jak nastolatkowie lat 90tych dziwią się i nie potrafią zrozumieć, czemu oni sami za piętnaście lat będą dzielić się swoimi uczuciami, problemami i myślami tak otrawcie, przed wszystkimi, pisząc o tym na swojej tablicy na Facebooku. Zadziwiające jest to, jak nie tylko czyny, ale i kilka wypowiedzianych do siebie słów potrafi zmienić naszą przyszłość.
Jednak najcenniejsze w tej książce jest to, że uświadamia nam jak nieuchwytna jest nasza przyszłość, jak kruche nici ją wiążą, jak bardzo jest zmienna. Nie da się poznać swojej przyszłość, bo już samo jej poznanie, zmienia ją nieodwracalnie. 

piątek, 23 listopada 2012

piątek, 16 listopada 2012

Wiatr. Wiadomość do mnie – Miriam Dubini


Gdybym była w pracy, a z zawodu jestem księgareczką, postawiłabym tę książkę na półce z literaturą młodzieżową. Ale jestem w domu i „Wiatr” trafi na półkę książek ukochanych, oczywiście jak tylko nacieszy moje oczy swoją okładką.

Tak właśnie, zacznijmy od okładki: w błękicie i bieli tuż pod tytułem dziewczyna w glanach z przymkniętymi oczami opada na chmury, a wokół lśnią pióra. Sama okładka wystarczy, by zacząć marzyć. A gdy dodamy do tego jeszcze treść…

Każda rzecz w naszym świecie ma swoje miejsce – jedne go szukają, inne wiedzą gdzie jest i podążają do niego, a jeszcze inne należy po prostu tam zanieść. Nawet te zagubione i zapomniane przedmioty mają swoją półeczkę we wszechświecie, a do nich należą niedoręczone wiadomości, listy i paczki. A gdyby tak te listy również miały swojego własnego listonosza? A może one już mają? I zdradzę wam, że nawet napisano o nim książkę – nazywa się „Wiatr”.
A Greta tylko kręci głową, wsiada na swój rower i jedzie spotkać się z wiatrem. Ma trzynaście lat i często patrzy w niebo, może tam znajduje odpowiedzi?

Tę książkę czyta się jednym tchem, a od stron wieje delikatny zefirek. Nie powiedziałabym, że „Wiatr” jest tylko dla młodzieży, bo sama nie potrafiłam się od tej historii oderwać. Napisana w lekki powietrzny sposób nie traktuje głównie o dojrzewaniu nastolatków i ich pierwszych miłościach. Owiewa te tematy jak delikatny wiatr, ukazując magię – tę prawdziwą i nieuchwytną.
Czytając o trzynastolatkach, miałam wrażenie, że czytam o kimś o wiele dojrzalszym. Ludzkie problemy młodzieńczego wieku zostały przedstawione jakoś inaczej, niebanalnie, nieprzyziemnie. A wszystko to zostało przekazane czytelnikowi pięknym językiem, przeplatanym z przemyśleniami, mądrymi myślami i nazwami wiatru.
 Bo w tej książce każdy wiatr ma swoje znaczenie, rower ma imię, a niebo… Niebo jest cudem.

„Kto podniósł wzrok do nieba, szuka wśród chmur odpowiedzi, ponieważ na ziemi są same pytania…”


Wydawnictwu Dreams dziękuję ciepło za możliwość napisania recenzji :)

piątek, 9 listopada 2012

Odwiedzając czarownicę – Lidia Miś


Dzieciństwo nigdy nie mija, to my sami wyznaczamy jego kres. Można mieć siedemdziesiąt lat i płatać wnukom figle, a można mieć dwadzieścia i z mądrą miną prawić o sensie wszechświata. Wszystko można, najważniejsze, to być sobą.
A zatem będąc sobą z radością sięgam po dziecięcą literaturę. I jak to z tym gatunkiem bywa, najpierw przyciąga mnie okładka. Do książki "Odwiedzając czarownicę” przyciągnęła mnie właśnie okładka – kolorowa, magiczna, roześmiana, z niesamowitą czarownicą na miotle, która ma zielone gałązki zamiast włosów, a wraz z nią lecą kot i biedronka. Nie musiałam zaglądać do środka, by wiedzieć, że ta książka to istne cudo.

Ośmioletnia Asia wypożycza z biblioteki książkę o tajemniczym tytule „Odwiedzając czarownicę”. Nie spodziewa się jednak, że to nie tylko zwykła historyjka, a prawdziwe czary. Bo po przeczytaniu początku Asia trafia do świata, o którym czytała. By się z niego wydostać musi odwiedzić wszystkie czarownice, a jest ich aż siedem.

Aż zakręciło mi się w głowie od pomysłowości autorki. Tak teraz ciężko o oryginalną bajkę dla dzieci, a Lidii Miś udało się takową napisać, i to w taki sposób, że nawet ja z moim ćwierćwieczem nie potrafiłam oderwać się od książki.
Bo czarownic jest nie trzy, a siedem. I nie są to zwykłe czarownice, o nie! W tej książce znajdziecie Krzaczastą Czarownicę albo Maślaną, będziecie mogli spróbować jajek wsadzanych i nalewki z kory brzozowej, oraz poznać masę pluszowych zwierzaków.

Zachwycają też ilustracje. Niemal każdą z nich byłam gotowa powiesić sobie na ścianę (łącznie z okładką). A jak wiadomo ilustracje to nieodłączna część dziecięcej literatury, bo z tego wczesnego okresu życia zwykle pamiętamy nie historie, które nam czytano, a właśnie ilustracje, w które się wpatrywało i dzięki nim trafiało do magicznych światów. I dzięki ilustratorce „Odwidzając czarownicę”, Ewie Ludowikowskiej, przy lekturze tej książki można zawędrować daleko daleko i... nawet pośliznąć się na maśle ;)

Język jakim napisana jest książka także zasługuje na pochwałę. Nie jest banalny i prosty, dzięki czemu kształtuje w dziecku nie tylko wyobraźnię, ale gust do dobrej literatury. Już na samym początku dzięki zaledwie kilku zdaniom, niemal czujemy zapach chłodnej jesieni. Magia!

Polecam tę książeczkę i dzieciom, i dorosłym, a najlepiej niech czytają wspólnie. Tylko uważajcie... bo to nie jest zwykła książka. A jak już wpadniecie w sidła jej świata i będziecie musieli odwiedzić wszystkie siedem czarownic, weźcie od Krzaczastej trochę nalewki z kory brzozowej dla mnie, bo moja już się skończyła i potrzebuję dolewki.


Kochanemu Wydawnictwu Dreams dziękuję ciepło za możliwość napisania recenzji :)

niedziela, 4 listopada 2012

niedziela, 28 października 2012

Delikatność – David Foenkinos





„Delikatność” jest jedną z tych książek, w której każdy znajdzie coś dla siebie. To delikatna jak mgiełka historia, subtelnie pachnąca cukierkami, w dotyku może przypominać jesienny wiatr. Książka idealna na zimne wieczory, koc i herbatę. Idealna także na jasne poranki, kawę i zapach żelu pod prysznic. Oraz stworzona do pociągu, trzęsących się walizek i mijanych drzew. To książka, która wsiąka w każdą chwilę i dopasowuje się do niej, tak samo jak i dopasowuje się do życia czytelnika. Gdy otwierasz pierwszą stronę, wyciąga ramiona, przytula się do twojej duszy i już jesteście jednością.

Zbyt wnikliwe spojrzenie, które zawsze krępuje. Gdy w oku czas zamienia się w wieczność: jedna sekunda staje się rozmową.”

Zaczepiliście kiedyś kobietę na ulicy (pytanie kieruję do mężczyzn)? Zaczepiliście, mając absolutną pewność, że to jest ta, właśnie ta jedyna, z którą chcecie spędzić życie? Zaczepiliście i zaprosiliście na kawę?
Francois zaczepił.
Zaczepił was kiedyś mężczyzna na ulicy (pytanie kieruję do kobiet)? Kompletnie nieznajomy i obcy? Zaczepił i powiedział, że zaczepia tak po raz pierwszy? A potem zaprosił na kawę? Poszłybyście na tę kawę?
Nathailie poszła.

Pomyślał: 'Jeśli zamówi kawę bezkofeinową, wstaję i wychodzę.' Nie wolno pić kawy bezkofeinowej na tego typu spotkaniach. To napój wyjątkowo mało towarzyski.
(…)
Sok morelowy to doskonałe wyjście. 'Jeżeli to zamówi, ożenię się z nią' – powiedział sobie Francois”.

Życie składa się z przypadków, chociaż czy przypadki istnieją? Nie sięgnęłam po „Delikatność” przez przypadek, czasami potrzeba drugiej osoby, która powie dwa słowa, by nowa książka zaistniała w naszym świecie, mimo że istnieje, ale w świecie obok. Bo Ziemia to skupisko miliardów światów. Każdy z nas ma własny.
Czasami potrzeba drugiej osoby. Czasami? Zawsze.

    - Wezmę jakiś sok.
    - …
    - Chyba morelowy”.

„Delikatność” przypomniała mi inną książkę, która kilka lat temu rozbiła mnie i poskładała na nowo: „Dziewiętnaście sekund”. „Delikatność” nie rozbijała, na odwrót – składała powoli to, co chwiało się i dygotało. Mimo że opisywała idealne szczęście i idealną rozpacz, powoli składała życie, tak bardzo oddalone od Nathalie.
W subtelnych słowach dotykała wielu znaczących kwestii: brzydota, piękno, miłość, odwaga, rozlane wino, śmierć.

„Delikatność”:

117 rozdziałów o idealnym uczuciu.
117 rozdziałów o idealnej rozpaczy.
117 rozdziałów idealnego tekstu.

Haruki Murakami, człowiek który kiedyś zdobędzie Nobla, napisał: „Idealny tekst nie istnieje, tak samo jak nie istnieje idealna rozpacz”.

Mylił się.


piątek, 19 października 2012

Kwiat paproci – Dominik Sokolowski


Malownicza okładka książki przedstawiająca w odcieniach czerwieni pięknego smoka, oraz tytuł, obiecujący nawiązanie do baśni, legend i folkloru zapowiadają całkiem ciekawą historię i mamią czytelnika do siebie. To wydawnictwu Rebis trzeba zdecydowanie przyznać: książka jest wydana przepięknie. Okładka jest niemal jak obraz, który chętnie powiesiłoby się na ścianie. Natomiast tytuł momentalnie intryguje i każe sięgnąć po książkę i przeczytać opis na odwrocie.

Kwiat paproci” to historia o wierze prawdziwej i pogaństwie, o cesarstwie, które stara się walczyć z cichą herezją o ostrych zębach. Opowiada także o Isaakiosie, prawowitym następcy tronu, który ów tron utracił jeszcze we wczesnym dzieciństwie, a który to swoją władzę pragnie odzyskać.
To opowieść o Michelle, piękniej agentce inkwizycji, która odważnie tropi sekty i pogaństwo. A także „Kwiat paproci” opowiada o życiu Iliasa, który pragnie pomścić śmierć swojej ukochanej.
Zdawałoby się, że te trzy historie nie mają ze sobą powiązania, a jednak nikt się nie spodziewa… apokaliptycznego proroctwa.

Nikt się także nie spodziewał, a szczególnie ja, że za tym pięknym tytułem odnajdę coś, co tak mocno zmęczy moją czytelniczą duszę. Może pomysł był i dobry, a świat przedstawiony przemyślany, jednak pan Sokołowski niczym nie umiał zaskoczyć czytelnika w dobie, gdy książek opartych na tym samym schemacie mamy tysiące. Młody cesarzewicz traci tron i ucieka z królestwa, a potem wychowywany w głuszy (dosłownie w głuszy, pisarz nie pokusił się o żadne nowatorstwo), wraca, by walczyć o swój kraj.
Inkwizytor walczący o swoją wiarę i czystość ludzi spotyka na targu małoletnią złodziejkę i pragnie ją uratować od tego grzesznego życia, więc… zabiera ją do klasztoru, a potem czyni z niej agentkę inkwizycji, która wykorzystując wszelkie sposoby (tak, tak, wszelkie…) łapie przedstawicieli sekty. Uratował od grzechu, brawo!

A jeżeli chodzi o tytułowy kwiat paproci, który obiecywał bajkowość, to znajdziecie go dopiero w ostatnim rozdziale i zderzycie się z niemal żywcem wyjętym fragmentem z baśni Kraszewskiego o jednakowo brzmiącym tytule.

Niestety z przykrością muszę napisać, że ogromny potencjał książki został zagubiony w powielających się od wiek wieków w literaturze pomysłach. Na każdym kroku akcja jest łatwa do przewidzenia i niczym nie zaskakuje i niestety nie zachęca do dalszej lektury. Końcówka natomiast pozostawia czytelnika z uniesionymi brwiami i pytaniem bez odpowiedzi, bo jest to pierwsza część trylogii.

Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury :)

wtorek, 9 października 2012

Freak city – Kathrin Schrocke



Każdy człowiek ma pięć zmysłów: smak, słuch, dotyk, węch i wzrok. Dzięki każdemu z nich lepiej poznajemy świat, funkcjonujemy, komunikujemy się... żyjemy. Odebranie jednego ze zmysłów wielu z nas mogłoby się kojarzyć ze śmiercią. Jak żyć bez muzyki, lub bez blasku słońca, bez smaku cynamonu na języku, zapachu świeżego chleba i delikatnego dotyku skrzydełek motyla? Każdy zmysł jest dla nas na wagę złota, choć tak naprawdę nie zastanawiamy się nad tym i na co dzień traktujemy nasze ciało jak coś, co nam się naturalnie należy. Zamknij oczy, a usłyszysz, zamknij uszy, a zobaczysz, wyłącz świat, a zrozumiesz.

Wydawnictwo Dreams po raz kolejny mocno mnie zaskoczyło i tym razem dotarło aż do głębi mojej czytelniczek duszy. Bo „Freak city” miało być zwykłą książką dla młodzieży, a okazało się historią, która na zawsze pozostanie we mnie, którą mam zamiar polecać każdemu do przeczytania, którą wręczę w przyszłości moim dzieciom.

Piętnastoletni Mika miał wszystkie pięć zmysłów, a mimo to nie zauważył, że Lei jednego z nich brakuje, bo głuchoty nie da się zobaczyć. Jednak, gdy chłopak w końcu ją dostrzegł, przyćmiła cały zwyczajny świat nastolatka, zbudowany z nieporozumień w rodzinie, rozpieszczonej i zapatrzonej we własne odbicie dziewczyny, niepewności i planów na przyszłość.
Mika zrobił krok bez zastanowienia się i wkroczył w zupełnie nowy świat, który od urodzenia jest pozbawiony dźwięków. Świat odrębny, który ma własny język, kulturę, zwyczaje, a nawet... muzykę. A młody chłopak aż ugiął się pod nawałem nowych pytań, doświadczeń i informacji.

„Freak city” to historia niosąca ze sobą ogrom uczuć i wiedzy. Nie da się jej porównać do zwykłych miłosnych historyjek dla nastolatków. To książka wypełniona wartościami na każdej niemal stronie, subtelnie wyczuwająca temat dojrzewania. A przy tym otwarta na czytelnika, skierowana do każdego, nie tylko do młodzieży, napisana lekkim stylem, który czyta się łatwo i przyjemnie, aż ciężko się od niego oderwać.

Opisując ciemność, autorka otwiera oczy, opisując ciszę, sprawia, że słyszymy muzykę. Słowami stwarza wokół nas świat ludzi, którzy nigdy nie mieli możliwości dowiedzieć się, czym jest melodia, jak brzmią skrzypce czy pianino, a przy tym uważają, że być głuchym to o wiele lepiej, niż słyszeć. Trudno to zrozumieć nam, którzy wsłuchują się w Mozarta i Beethovena, a może my po prostu nie potrafimy zrozumieć, że cisza brzmi o wiele piękniej niż ich dzieła?


niedziela, 30 września 2012

Życie jak w Tochigi – Anna Ikeda


Japonia - o tym kraju pisało się wiele i wiele z pewnością się napisze. Kraj Kwitnącej Wiśni intryguje i zaczarowuje, ciekawi coraz większe rzesze, a co za tym idzie, inspiruje coraz więcej pisarzy, reporterów i zwykłych podróżników do spisywania swoich wrażeń, wspomnień, obserwacji i wysyłania ich do wydawnictwa. A w takiej sytuacji nie trudno o powtórki i grafomaństwo. Na szczęście nie w przypadku „Życia jak w Tochigi”, z pewnością nie. Tutaj mamy kawałek dobrej literatury i oryginalnego podejścia do tematu.

Już na samym początku Anna Ikeda stanowczo podkreśla, że nie jest to książka o Japonii, tylko o jej życiu w Japonii. To prawda, nie znajdziemy tu anime, mang, ani pięknego Tokio. A jednak odnajdziemy tu Japonię, inną niż dotychczas opisano, zaskakującą i przesyconą humorem autorki, ciekawą i oryginalną.

Anna Ikeda jest Polką, która wyszła za mąż za Japończyka. Nie zdradza nam wielu szczegółów swojej historii życiowej, jednak opowiada wiele innych ciekawych szczególików. Przeczytamy o japońskiej grzeczności i fałszu, o płaceniu w ziemniakach i długim dziękowaniu za nie, o pysznym szopie praczu i o yakuzie, a raczej o tym, jak będąc nauczycielem, można trafić pod jej skrzydełka. O kotatsu i przeraźliwym zimnie, o ubiorze nauczyciela i pytaniach zadawanych przy przyjmowaniu do pracy, o kotach i przedszkolakach, o japońskiej teściowej i chodzeniu po węglach. A także o tym, jak w Japonii znaleźć męża. Zatem lektura może być niezwykle ciekawa.

Książka napisana jest lekko i przyjemnie, z dużą dozą ironii i autoironii, która nie raz zmusza czytelnika do szerokiego uśmiechu. Czyta się niezwykle przyjemnie, a ów proces umilają liczne zdjęcia, które jak zauważa autorka nie są wykonane przez fachowca, a jej własną ręką, a za profesjonalistę w tej dziedzinie Ikeda się nie uważa. Mimo jej zapewnień i ostrzeżeń, uważam, że zdjęcia są świetne, cóż z tego, że niektóre nie są doskonałe? To dodaje im życia, tego prawdziwego życia, którego często brakuje w profesjonalnej fotografii. Zdjęcia Ikedy niezwykle wzbogaciły książkę i sprawiły, że wszystko, o czym nam opowiada, staje się realniejsze i prawdziwsze. Tak, jakbyśmy tam byli.
Ogromnym walorem tej książki są dla mnie jednak nie zdjęcia czy oryginalne podejście do tematu, a poczucie humoru autorki. Bo o „Życiu jak w Tochigi” nie da się opowiadać bez szerokiego uśmiechu, tak samo, jak i nie da się bez owego uśmiechu czytać. Autorka nie podchodzi do Japonii z wielkim, drżącym szacunkiem, a patrzy na nią przez pryzmat naszego racjonalnego europejskiego myślenia, co niekiedy prowadzi prosto do dzikich wybuchów śmiechu. I to właśnie czyni tę książkę wyjątkową, a każdego wielbiciela reportaży czy literatury mocno namaszczonej Japonią zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję. Dla japonioholików lektura obowiązkowa, a japoniofobom także by nie zaszkodziła.

Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury :)

piątek, 21 września 2012

O czym wiedziała Maisie - Henry James


Książki Henryego Jamesa, wybitnego amerykańskiego klasyka przełomu XIX i XX wieków, dopiero teraz ukazują się w Polsce po raz pierwszy. Autor powieści był uznanym pisarzem, krytykiem i teoretykiem literatury, pierwsze trzydzieści lat swojego życia spędził w Nowym Jorku, a następnie przeprowadził się do Europy. Znany psycholog William James był jego bratem. Warto również podkreślić, że Henry James napisał 20 powieści i 112 opowiadań.

O czym wiedziała Maisie jest eksperymentem dla samego pisarza, który, zafascynowany narracją dziecka, postanowił stworzyć tę powieść. Ukazuje ona społeczeństwo na przełomie XIX i XX wieku, a dokładnie pewną rodzinę, gdzie rodzice decydują się wziąć rozwód, a wszystko to widzimy przez pryzmat małej Maisie, córeczki tej pary.
Długi proces sądowy kończy się postanowieniem, że dziewczynka ma spędzać na przemian po pół roku u każdego z rodziców i w ten oto sposób przez lata po rozwodzie dziewczynka wędruje to tu, to tam. A przy tym rodzice nie szczędzą uwag i ostrych słów w kierunku swojej byłej drugiej połówki i nierzadko posłańcem owych słów jest sama Maisie. Zdawałoby się, że nikt nie myśli o dobru dziecka, tylko o swoim własnym – guwernantki się zmieniają, rodzice znajdują sobie nowych partnerów, a mała dziewczynka dojrzewa zbyt wcześnie i próbuje zrozumieć, wciąż próbuje kochać, nieświadoma, jak świat bardzo ją rani. Mimo to Maisie nader dojrzałe obserwuje i uczy się tego, czym świat ją otacza, poznaje skomplikowaną wiedzę na temat stosunków damsko-męskich i burzliwego świata dorosłych.

W tej książce niezwykle uderza fakt, że ludzie wcale się nie zmienili. Nieważne, czy to XIX, XX czy XXI wiek, niektóre zachowania są wieczne, co wcale nie cieszy. I właśnie to uderza tak bardzo, że ludzie, mimo popełnianych tych samych błędów, w ciągu wieków nie nauczyli się niczego, ich podejście do życia jest niemal identyczne i krzywdzi tak samo mocno, a co najgorsze – cierpią przez to najmłodsi.
Henry James z niezwykłą subtelnością i wyczuciem zbudował głęboki psychologiczny obraz małej dziewczynki, która zmienia się w dorosłego człowieka, choć nawet nie przekroczyła pierwszej dekady swojego życia. Z wyczuciem i kunsztem składa na jej ramiona ciężar narracji i jej słowami opowiada straszną historię, historię, która chwyci za serce każdego.

Poza tym język, jakim jest napisana książka, jest czystą ucztą dla czytelnika. Zrównoważony i spokojny, przelewa się na idealne literackie zdania. Zdecydowanie styl Henryego Jamesa dla mnie osobiście jest doskonały i rozkoszowałam się nim z przyjemnością, mimo przedstawianych przez niego bolesnych treści. To całe szczęście, że dzieła tak znakomitego pisarza wreszcie ukazały się w naszym kraju. A zatem nie należy zwlekać, a tylko z tego korzystać, bowiem Henry James jest jednym z pisarzy, których po prostu nie wypada nie znać.


Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury :)

niedziela, 9 września 2012

W roku skorpiona – Isabell Pfeiffer


Legendy, przepowiednie, wybrańcy, tajemnicze znaki – to wszystko już było, pojawiało się pozmieniane na trzy tysiące wariantów i przez to stało się przewidywalne i nudne. Jednak nie dajcie się zwieść utartym schematom, bo niekiedy książka potrafi zaskoczyć i się ich nie trzymać. Tak właśnie jest w przypadku „W roku skorpiona”. Może nam się wydawać, że od początku wiemy, czym wszystko się skończy, a jednak pani Pfeiffer zaskoczyła.

Wyobraźcie sobie śródziemnomorski krajobraz i państwo, gdzie rządzi okrutny książę. Wyobraźcie sobie dziewczynkę, która urodziła się w roku skorpiona, i dodajcie do tego, że ów książę również w tym roku przyszedł na świat, tylko piętnaście lat wcześniej. Dziewczynka mieszka w maleńkiej wioseczce, urodziła się mając po sześć palców na każdej stopie, więc matka skrupulatnie chowa jej nóżki. Ojca dziewczynka nigdy nie poznała, a wkrótce umiera i jej matka. Natomiast gdy ciotka chcę wydać dziewczynkę za mąż, Eleni (bo tak ma na imię główna bohaterka) ucieka z wioski z wędrownym grajkiem. Wędrownym, acz zupełnie nie przypadkowym.

Brzmi strasznie schematycznie, ale powtarzam - nie dajcie się zwieść, bo ta książka może nie raz was zaskoczyć. Zacznijmy od tego, że autorka złamała schemat już na samym początku, mocno oszpecając dziewczynę. Eleni wpadła do ogniska, jej głowa straciła wszystkie włosy i calutka pokryła się bliznami, a zatem nie mamy już chodzącej piękności, która łamie wszystkim serca. Jeżeli natomiast szukacie wielkiego wątku romantycznego, to również muszę was zawieść, Romea i Julii w tej książce zabraknie, choć przez całą opowieść czuje się w powietrzu zakochane drobinki, namiastkę czegoś wielkiego, niedopowiedzenia i niewykonane delikatne gesty.

Ta książka bardzo mnie zaskoczyła – zaskoczyła pozytywnie. Nie spodziewałam się aż tak przyjemnej historii, pozbawionej waniliowego romansu i wielkich słów o przeznaczeniu. Nie, to historia dziewczynki, od której parę osób chce coś, czego dziewczynka nie rozumie i nie chce zrobić. Eleni jest bohaterką z krwi i kości i czytelnik bez problemu będzie potrafił się z nią utożsamić. Dziewczyna ma wady i zalety, jest prawdziwym człowiekiem, a nie wyrzeźbionym z epitetów ideałem, jej postępowanie jest ludzkie i niekiedy egoistyczne, a nawet głupie, a co najważniejsze – prawdziwe. Mimo że świat opisany w książce nie był rzeczywisty, miałam wrażenie, że czytam o prawdziwych ludziach. Również inne postacie budzą zainteresowanie, jednak bardziej intryguje ich dynamiczna relacja z Eleni, bo jej stosunek do poszczególnych osób przez cały czas się zmienia i przekształca.

Słowem, po książkę sięgnąć zdecydowanie warto. To wartościowa historia, która nie jednego może czegoś nauczyć i zaskoczyć czytelnika, który uważa, że nie da się złamać utartych schematów. A poza tym tajemnicza baśniowość przypominająca „Opowieści tysiąca i jednej nocy” przenika całą książkę i czyni ją niezwykłą bajką o prawdziwym życiu.

środa, 29 sierpnia 2012

Rodzina Pompadauz – Franziska Gehm


Podróże w czasie – kto ich nie kocha? Można je opisywać po stokroć, a i tak każda będzie inna i równie tajemnicza. Z pewnością każdy z nas marzył choć raz w życiu, by cofnąć czas albo zajrzeć parę lat do przodu i zobaczyć, co tam ciekawego się dzieje. I nie raz czytało się o podróżach w czasie i co z nich ciekawego wynikło. A powiedzcie mi, czy kiedykolwiek czytaliście o całym hotelu, który powędrował w czasie i przeskoczył w przyszłość? Nie? Och no tak, bo zapewne nie mieliście jeszcze w rękach „Rodziny Pompadauz”...

Hotel Piękne chwile to skupisko przeróżnych najdziwniejszych na świecie osobowości i gości. Znajdziecie tu cesarzową Ingebork czyli świnię z obwisłym brzuchem oraz Kierkegaard – czyli papugę superptaka. Możecie być również świadkami egzekucji Marii Antoniny (tak, tak, tej samej Marii Antoniny). Zapowiadała się również egzekucja Ludwika XVI i Robespierre, jednak do hotelu przyjechali nowi wielce ciekawi goście, więc owe egzekucje zostały przełożone na później. Rzecz jasna przeprowadzane są przez jedną osobę, córkę dyrektora o pięknym imieniu Kasmiranda.

Pewnego spokojnego dnia do hotelu Piękne Chwile przyjeżdżają nowi goście, państwo Papenritt wraz z uroczą córeczką, a za nimi przybiega posterunkowy Knorpel ostrzegając przed straszną burzą. Burza nadeszła i... cały hotel powędrował w czasie z roku 1912 do 2011. I wtedy dopiero się zaczęło!
Hotelowe Towarzystwo jest mocno poruszone XXI wiekiem, który gorszy ich swoimi strojami i zwyczajami. Różnice między przeszłością i przyszłością są nader wyraźne i uwydatnione. Okoliczni mieszkańcy również są zaskoczeni przybyszami z XX wieku, ich czynami, słowami i postępowaniem. 2011 rok ukazuje mało ciekawą sytuację w miasteczku, napięcie rośnie, a posterunkowy Knorpel uważnie wszystko obserwuje.

A tej całej wspaniałości dopełnia piękne wydanie – twarda oprawa, dobry papier i... ilustracje! Przepiękne ilustracje wykonane przez Franziskę Harvey dopełniają całe dzieło i dla młodszego czytelnika z pewnością będą niezastąpionym dodatkiem.

Zabawna i zaskakująca książka z... kiełbasą na okładce i dziwnym podtytułem „Purkająca świnia z obwisłym brzuchem” rozbawi was i zaskoczy nie raz. A skoro ta książka potrafiła zapewnić miły czas osobie dorosłej, to dzieciaki już na pewno będą miały przy niej niezły ubaw. I o to przecież chodzi, bo nie ma na świecie piękniejszego dźwięku niż śmiech dziecka.


wtorek, 28 sierpnia 2012

Wrota Czasu – Pierdomenico Baccalario


Powiadają, iż nie należy oceniać książki po okładce, jednak esteci zapewne się z tym nie zgodzą i przyznają mi rację – książki z serii „Ulysses Moore” są wydane fenomenalnie. Mało jest na rynku księgarskich tak pięknie wydanych książek za tak przystępną cenę. W przypadku „Wrót czasu” na okładce się nie kończy – pięknej okładce z zachęcającą dzieci obwolutą i stylizowaną na starą i wytartą twardą oprawą pod spodem – w środku są równie piękne ilustracje, które niezwykle komponują się z tekstem i wprowadzają czytelnika w świat przedstawiony. Taką książkę naprawdę przyjemnie bierze się do ręki, a gdy do tego wszystkiego treść dorównuje oprawie, czytanie staje się ucztą.

Tajemniczy stary dom, pełen nieodkrytych pokoi i starych mebli; kroki na piętrze i zamknięte drzwi, których nikt nie potrafi otworzyć. Dodam do tego, że owa willa znajduje się na skale nad morzem i właśnie wprowadziło się do niej jedenastoletnie rodzeństwo. Ach no i jest tam ogrodnik – tajemniczy, stroniący od ludzi i zdawałoby się pracujący tam wiecznie. Czy muszę mówić więcej?

„Wrota czasu” to pierwsza część sagi „Ulysses Moore”, którą można już nazwać niemalże klasyką powieści młodzieżowej. Fabuła jest zbudowana tak, by od razu zaciekawić młodego czytelnika i nie wypuścić go ze szponów owej ciekawości. Ciągłe zwroty akcji, zagadki, nowe odkrycia i tajemnice tylko temu sprzyjają. A przy tym z „Wrót czasu” można się czegoś nauczyć, bo i pojawiają się greckie słówka, języki zapomniane itp., maleńkie informacje, które niepozornie wkradają się do umysłu młodego czytelnika.

A zatem warto, naprawdę warto podrzucić nastolatkowi pierwszą część „Ulyssesa Moora”. Z pewnością zachęci go piękna okładka, a gdy już przeczyta stronę lub dwie... Cóż, rodzic będzie skazany na nabycie pozostałych jedenastu tomów tej sagi.