sobota, 31 grudnia 2011

1Q84 (tom 3) – Haruki Murakami

Recenzje poprzednich części:
Życie jest jedynie rezultatem serii irracjonalnych, a czasami całkowicie przypadkowych wydarzeń.”*

Zapraszam do 508 stron, gdzie panują dwa księżyce, japońskie powietrze, pytania i Haruki Murakami. To już ostatni tom trylogii „1Q84” i w tym momencie powstaje pytanie – dlaczego zawsze to, co dobre, musi się kiedyś skończyć? Uważam tę trylogię za najlepsze książki Murakamiego i gdy ktoś, kto tego autora jeszcze nie czytał, pyta mnie o radę od czego zacząć, z ręką na sercu polecam „1Q84”.

1Q84”, tytuł nawiązujący do dzieła Orwella „Rok 1984”, sam w sobie daje nam do myślenia, gdy patrzymy na tę pozycję na półce księgarni. Wystarczy wyciągnąć po nią rękę, zadając pytanie, co kryje w sobie ten tajemniczy tytuł. Będzie to pierwsze pytanie, a tuż za nim posypią się kolejne, a wraz z każdą przeczytaną stroną powstaną nowe.
Zdawałoby się, że w trzecim tomie Murakami odpowie nam na wszystkie te pytania. Zdawałoby się. Szanowny Pan Haruki nie należy do pisarzy, którzy podają czytelnikowi wszystko na talerzu. On mówi symbolami, metaforami, niedopowiedzeniami i tytułami innych dzieł sztuki. Taki jest właśnie Murakami – pisze dla naszej podświadomości.

Ci, który są po lekturze poprzednich dwóch tomów, wezmą tom trzeci z cichym pytaniem: „spotkają się?” I nie tylko tym. Świat, gdzie na niebie są dwa księżyce, pochłonął Aomame i Tengo. Czy tylko ich? A może pojawi się ktoś jeszcze?

Aomame obserwuje plac zabaw, księżyce obserwują Aomame.”**

Poza tajemnicą, oczekiwaniem, odpowiedziami, Murakami pragnie powiedzieć nam coś jeszcze. Coś bardzo ważnego, coś, co każdy człowiek powinien wiedzieć i o tym pamiętać, nie zależnie od wieku czy narodowości. Nieważne w jakim znajdziemy się świecie, nieważne, co robimy i jak wyglądamy – to wszystko jest nieważne. Najważniejsze to to, by w naszym życiu znaleźć drugą osobę, która będzie w stanie nas pojąć, zaakceptować i przyjąć świat, widziany przez pryzmat naszych oczu. To wszystko. Łatwe i trudne zarazem.

1Q84” to poniekąd przepis na życie, a poniekąd jego obserwacja. Podgląd uczuć i myśli, nie czynów. Tutaj czyny odsuwane są na drugi plan. Nie jest najważniejsze to, co uczyniliśmy, naprawdę liczy się nasz własny stosunek do tego.
Jest to niezwykle mądra książka, nie tylko tom trzeci - cała trylogia tchnie przesłaniem i wielopoziomowością. Tu każdy odnajdzie coś, co go porwie: opowieść o pisarzu, morderczyni, sekcie, miłości, samotności, trwaniu, szukaniu. Czytelnicy szybko przyzwyczaili się do tego, że w ich życiu co jakiś czas pojawia się nowy tom „1Q84”. Uważajcie, bo gdy przeczytacie całą trylogię, w waszym świecie może pojawić się pustka w kształcie książki. Ja osobiście chciałabym cofnąć się w czasie i przeczytać to dzieło jeszcze raz.

Ale kiedy odeszła, zauważył, że została po niej pustka w kształcie człowieka.”***

________________________________________________
*”1Q84” (tom 3) Haruki Murakami, MUZA 2011, str. 378
**Tamże, str. 28
*** Tamże, str. 206


PS Kochani! Nie bez powodu wybrałam tę książkę na recenzję dziś. Dziś kończy się ten rok. Rok 2011, który osobiście dla mnie był końcem wielu rzeczy i również początkiem wielu, wielu nowych, wspaniałych spraw. Tak jak i ta recenzja - koniec wspaniałej trylogii "1Q84", ale i początek czegoś niesamowitego - życia wzbogaconego o te trzy książki i pełnego oczekiwania na kolejne dzieła Murakamiego.

Życzę Wam Książkowego Nowego Roku!

niedziela, 25 grudnia 2011

Bezgrzeszna – Gail Carriger


Wcześniej z serii parasolkowatości ukazały się:
1.”Bezduszna
2.”Bezzmienna

Po kilku miesiącach oczekiwania (pełnego niecierpliwości i wiązanek niecenzuralnych pod adresem hrabi Maccona związanych z zakończeniem „Bezzmiennej”) „Bezgrzeszna” w końcu dotarła do moich czcigodnych rąk i… momentalnie wylądowała przy książkach oczekujących na mnie, czemu towarzyszyło moje fochnięte tupnięcie nóżką, zadarty nosek i myśl: „teraz to ty na mnie poczekasz”.

A skoro obie poczekałyśmy wystarczająco jedna na drugą, gniewy i fochy zatarły się przez czas, postanowiłyśmy wraz z „Bezgrzeszną” zawiesić wojennie szpikulce parasolek i wypić razem herbatkę w atmosferze tandetnie błyszczącej w sklepach handlowych miłości oraz radości świątecznej zawartej w waniliowo-mdłych śnieżynkach oraz do bólu optymistycznych wyć kolędowych. I cóż z tego wynikło? Rzecz jasna, recenzja w samo Boże Narodzenie. Wesołych i biedronkowych, Kochani!

Maccon jak to Maccon, jest wilkołakiem porywistym i rozwrzeszczanym, jednak czasami potrafi ruszyć głową i w pewnych okolicznościach (pozbawionych formaliny i innych środków wprawiających w stan alkoholowego odurzenia - wyobrażacie sobie pijanego wilkołaka?) dojść do dość oczywistych wniosków.
Alexia jak to Alexia, nie tracąc swojej pięknej (choć jej nos znalazłby inny epitet) pewności siebie oraz genialnej i zaskakującej parasolki, w chwilach pełnych chęci nawrzeszczenia na męża, potrafi ruszyć nie tylko rozsądkiem, ale i tak paskudną sprawą jak - zwana przez poetów oklepanych słowem – miłość, i dojść do dość oczywistych wniosków.
Czytelnicy do owych wniosków doszli już przy końcówce „Bezzmiennej”, natomiast siekierowaty wilkołak i parasolkowana bezduszna potrzebowali całego kolejnego tomu, który wyszedł spod pióra genialnej Carriger. I dobrze, że wyszedł, bo ile warte byłe zaskoczone spojrzenia ludzi w autobusie i na dworcowej kawiarni, gdy nagle bez uprzedzenia wybuchałam śmiechem i omal nie rozlewałam (to tylko w kawiarni) tandetną herbatę, która herbatą zwać się nie powinna. Tak, zdecydowanie, dziękuję Carriger za umilenie mi godziny czekania na autobus, który miał mnie zawieść do karpia. Wiszę jej za to cały kilogram londyńskiej herbaty.

Ale wróć my do „Bezgrzesznej”. Jeżeli czytaliście dwie poprzednie części, to koniecznie musicie przeczytać i tę. Są tu mechaniczne biedronki, brak Akeldamy (jego brak był tak dziwny, że aż nie zdążyłam nafuczeć na nieobecność mojego ukochanego wampira tuż po Armandzie i Lestacie) oraz jest dzieciofeler! Dodatkowo mogę was zachęcić pijanym wilkołakiem i templariuszami z grubych rękawicach (fanatyzm religijny zawsze mnie strasznie bawił). A poza tym dowiecie się, że najlepszą zemstą jest zjedzenie Pesto.

Przede mną kolejne miesiące oczekiwania na ciąg dalszy parasolkowatej książki. Zapowiadają, iż „Bezwzględna” będzie o imbryczkach. Chętnie o nich poczytam, no chyba że znów pokłócę się z książką i trochę nam zajmie przełamanie pierwszych lodów. Ale nie ma strachu, mam Pesto i nie zawaham się go użyć.


Sponsorem tej recenzji była Miranda, wielbicielka mechanicznych biedronek!

środa, 21 grudnia 2011

Juniper Berry i tajemnicze drzewo – M. P. Kozlowsky


Kocham drzewa. Stawiam je na równym poziomie wraz ze zwierzętami, a może i ciut wyżej. Tuż za ludźmi. Bo w drzewach jest więcej ludzkich cech niż w psie merdającym ogonem. Dla ludzi są przykładem. Można by od ich uczyć się stałości. Są żywe. Nie wierzycie? Idźcie do lasu i przytulcie drzewo. Poczujecie jak bije jego serce.

Juniper Berry nie wyczuła w tajemniczym drzewie żadnego bicia serca. Było ono najbrzydszym drzewem z całego lasu i tylko prosiło się o ścięcie. Dimitri, pracujący u rodziców dziewczynki, pewnego razu chciał je ściąć, ale niestety ojciec Juniper surowo mu tego zabronił. Czemu? Co jest takiego niezwykłego w starym, brzydkim drzewie? Zapytajcie kruka, który przesiaduje na jego gałęziach…

I znów mam zamiar śpiewać hymny pochwalne na cześć Espritu. Kochane wydawnictwo! Cenię je za to, co wydają. A wydają prawdziwe wartości. Ich książki można brać w ciemno, nieważne, o czym są, wystarczy, że jest na nich znaczek wydawnictwa Esprit – to stuprocentowa gwarancja tego, iż jest to dobra literatura. Przekonałam się o tym nie raz i jeszcze nigdy się nie zawiodłam.

„Dom był pałacem, jezioro było basenem, Kicia był psem, a Juniper Berry – jedenastoletnią dziewczynką.”
(„Juniper Berry i tajemnicze drzewo”)

Kiedyś życie Juniper było inne, kiedyś wszystko było inaczej. Kiedyś bawiła się wraz z rodzicami każdego wieczoru, kiedyś robili razem pizzę, kiedyś tata udawał zombie, kiedyś Juniper pisała scenariusze, a rodzice grali je na role. Kiedyś. Teraz jest inaczej. Na półce ojca stoją Oscary, o mamę biją się reżyserzy, rodzinna Berry mieszka w wielkim domu, Juniper  ma wszystko czego chce, ale wolałaby mieć rodziców. A rodzice są zajęci, zapracowani, zapatrzeni w siebie. Nie mają czasu dla córki. Lecz czy to przez pracę? Tylko i wyłącznie przez sukces? Skoro są tak bardzo zajęci, czemu ojciec Juniper nie pozwolił ściąć drzewa?

Niesamowita książka, czyta się piorunem. Nieco przypomina mi „Koralinę” Gaimana, co mnie osobiście bardzo cieszy. Nie ma kota, za to jest pies, który wygląda jak kot, są marzenia do spełnienia, są rodzice nie mające czasu dla córki i jest tajemnicze drzewo oraz kruk. Świetna pozycja dla młodzieży, tej starszej i młodszej. Delikatnie pokazuje czym jest kuszenie, co daje, a co zabiera. Pokazuje, czym są marzenia, marzenia nieprzemyślane, pełne dumy lub strachu. Niekiedy warto zastanowić się nad tym, o czym marzymy.
Książka opowiada także o życiu tuż po spełnionym marzeniu, takim, które potrafi wyniszczyć i zamknąć oczy na to, co najważniejsze. Wspomina o życiu gwiazd i dziwnym zachowaniu fanów. A przede wszystkim opowiada nam o tym, że nie ma nic ważniejszego poza kochającą rodziną.

Polecam. Na zimne, świąteczne wieczory i na letnie, pachnące poranki, na wiosenne herbatki i jesienne ciasteczka. Każda pora jest dobra, by sięgnąć po „Juniper Berry i tajemnicze drzewo”.


Wydawnictwu Esprit bardzo dziękuję za możliwość napisania recenzji :) 

sobota, 17 grudnia 2011

Lodowy smok – George R. R. Martin


Kiedy byłam mała, często czytano mi „Królową Śniegu”. Mimo zimy tam opisywanej, ta bajka niosła ze sobą niezwykłe ciepło, śnieg i mróz były tylko pretekstem, by podkreślić domowe ciepło i ciepło ludzkich serc.
Dorosłam. I mimo iż nie znoszę zimy, ciągnie mnie do takich lodowych opowieści. Paradoksalnie szukam w nich ciepła. W „Lodowym smoku” go nie znalazłam.

„Lodowy smok” to opowiadanie G. G. Martina, które doczekało się oddzielnego wydania, wzbogaconego przepięknymi ilustracjami. Strzał w dziesiątkę na półce dla dzieci i młodzieży.

Cieniutka książka, opowiadająca o dziewczynce, która urodziła się w ogromne mrozy, tak ogromne, iż powiadano, że Adara jest dzieckiem zimy. I naprawdę ona nim jest. Jej skóra jest niezwykle chłodna, a sama dziewczynka przez cały rok z wytęsknieniem czeka na zimę i nie boi się mrozu oraz… lodowego smoka, który w pozostałych mieszkańcach wioski wzbudza przeraźliwy lęk.

Książka napisana tak kunsztownie (a czegóż innego można spodziewać się po Martinie?), że nie ma tu ani krzty ciepła. Zalecam czytanie jej pod ciepłym kocem z gorącą czekoladą. Ja zmarzłam. Naprawdę! Ale warto było. Piękny lodowy smok, niesamowita dziewczynka. Tak niewiele słów, a tak wiele treści, tak wiele do myślenia.
Świat opisany pokrótce, bowiem książeczka ma zaledwie 100 stron, jednak świat, który intryguje. Marzy mi się napisanie do Martina, by rozwinął swój pomysł (zapewne mnie nie posłucha, bo napisałabym jeszcze kilka podszytych emocjami słów o pewnej postaci z okładki i o tym, że tak się nie robi.)

Polecam wielbicielom bajek, smoków i Martina. Fanom zimy również. Piękna książka, którą kładę na półkę z myślą o moich przyszłych dzieciach. A Martina prosimy o więcej bajek!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Saga o Ludziach Lodu – Polowanie na czarownice (tom 2) – Margit Sandemo

Dzień dobry! Nazywam się Aria i jestem ofiarą Sagi Ludzi Lodu. Taaaak, dobrze się czyta te książeczki, dobrze, szybko i łatwo.
Gdy czytelnik już zna bohaterów z pierwszego tomu, książka porywa od razu. I nie pozostaje nam nic innego jak tylko obserwować, jak dorastają cudze dzieci.
I cóż tam u nich się dzieje? A dzieje się, moi Drodzy, dużo, bo inaczej nikt by nie czytał tych książek z zapartym tchem. Raz na wozie, raz pod wozem Silje i Tengel wciąż są w sobie zakochani (doprawdy, aż czasami za słodko), ich dzieci rosną i zadają coraz więcej pytań. A Hanna ma coraz więcej odpowiedzi, tylko czy ktoś chce ją wysłuchać? A chce. Kto? Nie powiem!

Najbardziej oczywiście intryguje Sol – niezłe z niej ziółko. Ciekawie mi się czytało o moim całkowitym przeciwieństwie. Tak, dokładnie tak. Zwykle czytając książki, szukałam podobieństw między mną a literackimi bohaterami. A przy „Polowaniu na czarownice” po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że czytam o swoim skrajnym przeciwieństwie. Każda decyzja podejmowana przez Sol, u mnie wyglądała by zupełnie na opak. Ot takie ciekawe spostrzeżenie psychologiczne.

Jest to kolejna książka, która cichutko pokazuje, że kościół jest zacofany, zakłamany i zapatrzony w przedawnione kanony. Ciekawe, że film o identycznym tytule – „Polowanie na czarownice” [2011], pokazuje zupełnie odmienną prawdę. Luźnie skojarzenie, ciekawe, czy w tym przypadku znaczące.

Czy polecam? A polecam, jak zaczęliście czytać sagę, to na drugi tom na pewno wpadniecie. Więc jak macie ochotę wrzucić mózg na leżaczek, ubrać mu przeciwsłoneczne okularki i dać drineczek z parasolką, to śmiało – „Polowanie na czarownice” czeka.