niedziela, 27 listopada 2011

Rok 1984 – George Orwell

...historia moich myśli, nie poglądów.


O czym opowiada ten tytuł mówić nie muszę, bo o tym wie każdy. „Rok 1984” to książka, którą po prostu wypada znać. Ciężka książka, trudna i poruszająca.
Dla mnie przeczytanie tej książki nie było zwykłym wieczorem z lekturą, to był kawałek życia, kiedy żyłam intensywniej, z większym bólem, z rozsypującymi się myślami, ze strachem i brakiem nadziei, z przerażeniem, z próbą zrozumienia i z brakiem marzeń. Nie przeczytałam „Roku 1984”, ja go przeżyłam, każdą jego stronę. Dlatego ta recenzja będzie inna, nie będzie recenzją. Ona będzie opowieścią o tym, jak szybko bije ludzkie serce, gdy umysł czyta opowieść Orwella. I czy w ogóle jest ono zdolne bić.

„Gnijesz, rozpadasz się! – ryknął. – Wiesz, czym jesteś? Worem gnoju. A teraz obróć się i jeszcze raz popatrz w lustro. Widzisz tę ohydę? To właśnie ostatni człowiek. Tak wygląda ludzkość, jeśli ty ją reprezentujesz.” (*1)

Gdy George Orwell zaczynał pisać „Rok 1984”, nazwa tej książki miała brzmieć „The Last Man in Europe”. Jak to jest być ostatnim człowiekiem? Stać w tłumie i wiedzieć, że tylko nasze serce bije naprawdę, widzieć wokół siebie ludzi, ale nie czuć od nich ciepła. Wszyscy podążają za ideą, wszyscy ślepo wierzą w system. Czy to znaczy, że ja też muszę? Czy jestem wyjątkowa, bo myślę inaczej? Bo cicho odważyłam się myśleć inaczej?
„Jeżeli wszyscy są wyjątkowi, to nikt nie jest!” (*2) Ale co wtedy, gdy nikt nie jest wyjątkowy? Czy wtedy właśnie następuje koniec świata?

Jeśli chce się zachować tajemnicę, należy ukryć ją nawet przed sobą. Trzeba pamiętać o niej bez przerwy, lecz dopóki nie nadejdzie właściwa chwila, nie należy ani ubierać jej w słowa, ani pozwolić, aby przeniknęła do świadomości. Od tej chwili nie tylko jego myśli, ale również odczucia i sny muszą być prawomyślne. I przez cały ten czas musi kryć swoją nienawiść głęboko w sobie, nosić ją jak torbiel, która tkwi w ciele, a zarazem nic jej z nim nie łączy.” (*3)

Nie walczymy w swoim życiu z całym światem. My walczymy z samymi sobą. O co? O pozostanie sobą albo o nie pozostanie sobą. Można zniszczyć siebie, by z popiołów zbudować siebie na kształt i podobieństwo wzoru świata – społeczeństwo powie ci, jaki masz być. A można też walczyć z tym społeczeństwem. Po cicho, strachliwie. Chować w sobie skrawki własnego ja, tchórzliwie uciekać przez mocnym naciskiem – lecz czy to jest walka? Być partyzantem własnej duszy? Czy to jedyne wyjście? Bo kto teraz ma odwagę na otwartą walkę? Krzyk sprzeciwu, krok do przodu i kula prosto w serce. Ci, co płoną najjaskrawiej, umierają najszybciej.

„Jeśli chcesz wiedzieć jaka będzie przyszłość, wyobraź sobie but depczący ludzką twarz, wiecznie!” (*4)

Człowiek człowiekowi wilkiem… Jesteśmy jedynym gatunkiem, który niszczy sam siebie. Niektórzy twierdzą, że jesteśmy zarazą, która zżera Ziemię. Czasami jestem gotowa się z tym zgodzić, a czasami nie. Ludzi są zdolni do wielkich czynów, jak złych, tak i dobrych. Człowiek jest fenomenem, który zachwyca, a zarazem i przeraża.

„Tygrys ominie, ptak nie siędzie,
Tylko czasami wiatr gorący
Owionie drzewo to w rozpędzie
I pomknie w dal – już śmiercią tchnący.
(…)
Ale człowieka posłał człowiek,
Bo władny był i postanowił,
I poszedł na pustynię człowiek,
I przyniósł jadu człowiekowi.”(*5)

Człowieka posłał człowiek – w trzech słowach można zamknąć cały ból i brak nadziei. Tak samo jak w jednej książce można zawrzeć całą rozpacz. Mówią, że „Rok 1984” to antyutopia z elementami satyry. Nie czułam satyry, czułam strach i chłodną samotność. Czytałam opowieść o tym, jak bardzo można złamać człowieka, zniszczyć go, jego własne ja – rozdeptać i kazać popiołom dziękować za rozdeptanie.
Jeżeli myślicie, że nikt nie zdoła odebrać wam waszego życia – mylicie się.
Jeżeli myślicie, że nikt nie jest w stanie odebrać wam waszych poglądów – mylicie się.
Jeżeli myślicie, że nikt nie jest w stanie odebrać wam waszych myśli – nie czytaliście jeszcze tej książki.

Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.” (*6)

Co wiemy o przeszłości? O przeszłości naszego kraju i całej Ziemi? A skąd wiemy? A gdzie pewność, że znamy prawdę? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, dlatego też lekcje historii w każdym kraju są inne. Każdy ma swoją wersję świata, bo historia jako nauka obiektywna nie istnieje.

„My niszczymy słowa. Setkami, i to dzień w dzień. Redukujemy język, plewimy z niego wszystko, co zbędne.” (*7)

My też. Neologizmami, skrótami, łaciną podwórkową. Kto używa długich i skomplikowanych słów – ten chce się wywyższyć. A listy grzecznościowe są pozbawione uczuć. Czyżby? Napisz pismo służbowe, od którego będzie bił uśmiech. Nie potrafisz, prawda? Ja też nie. Bo oficjalne stoi daleko od uczuć. A może my oduczyliśmy się wyrażać nasze uczucia? Czemu na określenie jednej sytuacji w języku polskim trzeba użyć kilku zdań, a w jakimś innym języku wystarczy jedno słowo? Skąd pochodzą te różnice? Mentalność? A co buduje mentalność? Co tworzy wspólną cechę narodową? Kto trzyma w rękach nić, która łączy umysł każdego obywatela jednego kraju? Czy nie ten, kto stoi na jego czele? I co stanie się, gdy ten ktoś gwałtownie tą nicią szarpnie?

„Myślozbrodnia nie pociąga za sobą kary śmierci: myślozbrodnia JEST śmierci” (*9)

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Ostatni raz byłam u spowiedzi kilka dni temu. Od tego czasu zgrzeszyłam. Popełniłam myślozbrodnię. Popełniam ją każdego dnia. Codziennie. Co godzinę. Co minutę. Nie umiem myśleć jak reszta świata.

Zastanawiam się, co odpowiedziałby mi na to ksiądz w konfesjonale. Bo przecież kościół każe ufać, a w zaufaniu nie ma miejsca na wątpliwości. Ale też zachęca do szukania, bo „kto szuka, ten znajduje” (*8), a przecież szukanie zaczyna się od pragnienia i zwątpienia zarazem. Gdzie jest granica grzechu myśli? Bo przecież myśli nie są bezgrzeszne, prawda? Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa.” (*10)

Partia ma dwa zasadnicze cele: zawładnąć całą kulą ziemską i zlikwidować raz na zawsze swobodę myślenia.” (*11)

A czy my teraz posiadamy swobodę myśli? Czym jest demokracja? Co ja mogę, a czego nie mogę? Gdzie leży granica, którą narzuca mi społeczeństwo i gdzie leży granica, którą narzucam sama sobie? I czemu właściwie narzucam sobie jakiekolwiek granice? Granice przecież nie pozwalają mi iść do przodu. Czy da się obejść granice?

„Rządzimy materią, bo rządzimy umysłami. Rzeczywistość mieści się w mózgu.” (*12)

Czy ja czuję umysłem? „Człowiek, który ma serce, niczego nie może stracić, gdziekolwiek by się znalazł.” (*13) A co się stanie, gdy ktoś wytnie mi serce? Maszyny mają sztuczną inteligencję, mają umysły. Nie mają serca. Dlatego nigdy nie będą ludźmi.

„– Słuchaj. Im więcej mężczyzn miałaś, tym bardziej cię kocham. Wiesz dlaczego?
– Tak. Doskonale.
– Nienawidzę czystości, nienawidzę dobroci! Nie chcę, żeby istniały jakiekolwiek cnoty. Pragnę, aby wszyscy byli zepsuci do szpiku kości.”
(*14)

Wpadamy ze skrajności w skrajność. Gdy długo nie jemy czekolady, nie umiemy zatrzymać się po jednej kostce. Cierpieć z braku, a potem umierać z przejedzenia – tylko człowiek jest zdolny do czegoś takiego. Czyż nie jesteśmy fenomenalnym gatunkiem? Absurdalnym do granic możliwości? Takim, który sam sobie narzuca reguły, sam je łamie, sam walczy o wolność i kocha despotów. Nie ma książki, która byłaby w stanie opisać człowieka, nie istnieje Encyklopedia Ludzkiej Duszy. Kochamy i nienawidzimy, chcemy żyć i pragniemy umrzeć, krzyczymy i milczymy, stajemy w bezruchu i rozbijamy się o mury. Czy ktokolwiek umie wytłumaczyć samemu sobie, kim tak naprawdę jest?

„Świat strachu, zdrady i cierpienia, świat depczących i deptanych, świat, który w miarę rozwoju staje się nie mniej, lecz bardziej okrutny.” (*15)

1984 czy 2011, jaka różnica? Strach to najlepsze narzędzie do rządzenia. Nie wierzycie? Włączcie wiadomości i posłuchajcie. Naprawdę posłuchajcie.

„W filozofii, religii, etyce lub polityce dwa plus dwa mogło równać się pięć, ale gdy chodziło o skonstruowanie armaty czy samolotu, wynik musiał brzmieć cztery.” (*16)

Bo nie chodzi o to, by skłamać, że dwa plus dwa równa się pięć. Chodzi o to, by naprawdę tak myśleć.

„Wolność oznacza prawo do twierdzenia, że dwa i dwa to cztery. Z niego wynika reszta.” (*17)

Czym jest wolność?

„Dla człowieka ważny jest moment śmierci. Urodzin się nie wybiera, ale można wybrać, jak się umrze.” (*18)

______________________________________________________________
Cytaty:
*1- „Rok 1984” – George Orwell
*2 – „Iniemamocni” [2004]
*3-4 - „Rok 1984” – George Orwell
*5 – „Anczar” – Aleksander Puszkin
*6-7 - „Rok 1984” – George Orwell
*8 – Łk 11, 9-10
*9 - „Rok 1984” – George Orwell
*10 – Mt 5, 28
*11-12 – „Rok 1984” – George Orwell
*13 – Koniec świata i Hard-boiled Wonderland – Haruki Murakami
*14-17 – „Rok 1984” – George Orwell
*18 – “1Q84” – Haruki Murakami



sobota, 26 listopada 2011

Tajemnica Poliszynela

…czyli słów kilka o tym, gdzie warto zajrzeć w Olsztynie.


Przeczytaj mnie” kocha dobre książki, ale kocha je także przy bardzo dobrej kawie. A Tajemnica Poliszynela to miejsce, gdzie można znaleźć nie tylko dobrą kawę i książkę, ale i… Ciii, to tajemnica!

W sercu Warmii, w Olsztynie, tuż przy Wysokiej Bramie, a dokładnie na  ulicy Staromiejskiej 2/5 lok. 3mieście się małe cudo. Przytulna księgarnio-kawiarnia, gdzie można wypić kawę siedząc tuż przy regale z książkami. 
Długo czekałam na coś takiego w moim Olsztynie i muszę powiedzieć, że opłacało się czekać.

W Tajemnicy Poliszynela każdy poczuje się jak w domu. Wystarczy tylko nacisnąć klamkę. A tuż za drzwiami wita was uśmiech przemiłych pań – zawsze przemiłych i zawsze uśmiechniętych. Następnie jest moment wyboru – gdzie usiąść, który z niezwykłych stolików wybrać. Czy oprzeć się o Merlin Monroe, czy też przytulić się do Szymborskiej. Nie wiecie, o czym mówię? Ha! Bo to Tajemnica Poliszynela. Sprawdźcie doświadczalnie.


Co następuje po tym? Oczywiście zachwyt menu. Tak, tak, właśnie zachwyt samym menu, a nie tym, co zawiera. Piękne, ręcznie robione, aż prosi się, by je porwać ze sobą. Ale wierzcie mi na słowo, bardziej opłaca się wracać do Poliszynela i do pięknego menu, niż je porywać. Bo w domu nie zamówicie „Sklepów cynamonowych”, „Romea i Julii”, albo „Charliego i Fabryki Czekolady”… Znów nie wiecie, o czym mówię? Ha! Bo to Tajemnica Poliszynela!


Gdy już opanujecie pierwszy zachwyt nad menu i postaracie się dokonać wyboru, co by tu zamówić (polecam tosty!), następuje kolejna ciężka próba… Bo jeżeli przyszliście do Tajemnicy Poliszynela razem z kimś, by porozmawiać, to życzę powodzenia. Czy da się skupić na rozmowie i opanować wzrok uciekający do półek z książkami albo cytatów na ścianach? Sprawdźcie sami ;)

Poliszynel chętnie zdradzi wam parę swoich tajemnic...


piątek, 25 listopada 2011

Sherlockista – Graham Moore

"To robią pisarze, prawda? Nazywają to, co wymaga nazwania, przywołują to, co było niedopowiedziane.”


Kto nie zna Sherlocka Holmesa? Przecież to już nie tylko postać literacka, to bohater, który majaczy na granicy fikcji i realności, bo dla wielu czytelników i pasjonatów Sherlock był postacią prawdziwą.
Graham Moore, młody, 28letni amerykański pisarz, zadebiutował powieścią „Sherlockista”, gdzie opowiedział czytelnikowi dwie historie, łączącym punktem których był Sherl… och, nie. Conan Doyle!

1893 rok.
Sherlock Holmes nie żyje! Zginął, a wraz z nim jakakolwiek szansa na dalsze opowiadania z jego udziałem. Sherlock nie żyje. Któż jest temu winien? Oczywiście Arthur Conan Doyle!

1901 rok.
Sherlock Holmes żyje! Został wskrzeszony pod piórem Arthura Conan Doyla. Ale dlaczego? Co spowodowało podjęcie takiej decyzji? O tym z pewnością przeczytamy w dzienniku pisarza, przecież on zapisuje tam wszystko, tylko… tylko dziennik gdzieś zaginął.

2010 rok.
Dziennik został odnaleziony! Dokonał tego największy uczony zajmujący się studiami nad Conan Doyle’em. Jak? Niestety, tego się nie dowiemy, gdyż został on zamordowany we własnym pokoju hotelowym. Dziennika przy nim nie znaleziono…


Jako debiut osoby, która ma zaledwie 28 lat, książka ta jest dla mnie znakomita. Owszem, wielu rzeczy można się uczepić, wytknąć palcem, pokręcić nosem. Można, ale po co? Spędziłam z „Sherlockistą” kilka ciekawych dni, nie mogąc się od niego oderwać. Przy każdym rozdziale lądowałam to w XIX wieku u boku Doyle’a i Brama Stokera, to w XXI tuż przy zdolnym sherlockiście Haroldzie. I w obu przypadkach czytałam z ogromnym zainteresowaniem.

Pochwalić też muszę motta dodawane do każdego z rozdziałów. Większość z nich pochodziło z opowiadań Doyle’a, ale pojawił się także Dante i Bram Stoker. I pociągnęło mnie do Sherlocka… Zatęskniło się za dzieciństwem i za psem Baskerville’ów, za „elementarne” i Watsonem. A potem w myślach pojawiło się pytanie: gdzie leży granica pomiędzy Arthurem Conan Doyle’em i Sherlockiem Holmesem?

„Człowiek jest niczym, jego dzieło – wszystkim.”

Dla mnie ta książka przede wszystkim nie jest kryminałem czy też próbą zajrzenia w życie Conan Doyle’a. Ujrzałam w tej historii relację twórcy i jego dzieła. Czy są przyjaciółmi? Wspólnikami? Czy stoją po tej samej stronie? A może któreś z nich jest panem tego drugiego? A jeżeli tak, to które z nich dominuje? Co ich łączy – wdzięczność, współpraca czy może rywalizacja i nienawiść?

„Bo za sto lat ja nie będę nikogo obchodził. Ani ty. Ani Oscar (…). Nie, ludzie będą pamiętać opowiadania. Będą pamiętać Holmesa. I Watsona. I Doriana Graya.”

________________________________________________
Wszystkie cytaty użyte w recenzji pochodzą z Sherlockisty” – Grahama Moora


Wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za możliwość napisania recenzji :)

czwartek, 17 listopada 2011

Podwójna cisza – Mari Jungstedt

Zwykle kryminale czyta się z zapartym tchem. Jedna - dwie strony, morderstwo i już potem ciężko się oderwać, a umysł głowi się nad tym, kto jest sprawcą. Tak bywa zazwyczaj, jednak u Pani Jungstedt jest zupełnie inaczej.

Zaczynając czytać tę książkę, miałam wrażenie, że jest to spokojna powieść obyczajowa. Ciche osiedle, kilka domów, a w nich mieszka grupa przyjaciół. Bardzo zżyta grupa przyjaciół – kilka małżeństw, mają dzieci w tym samym wieku, razem imprezują, razem jeżdżą na wakacje. Wszystko robią razem. Brzmi utopijnie, albo przerażająco sekciarsko. Ale spokojnie, sekty tam nie ma.
Dopiero po setnej stronie na horyzoncie zamajaczyło morderstwo. Przy czym nie mogę powiedzieć, że tożsamość sprawcy bardzo mnie zaskoczyła. Końcówka również była spokojna, bez fajerwerków. Tak jakby naprawdę w powieść obyczajową na siłę wciśnięto morderstwo, które było gdzieś tam w tle. Nic więcej.

Zdecydowaną wadą książki jest to, że kompletnie nie trzyma w napięciu. Mogłabym ją odłożyć będąc w połowie i nie powróciłabym do niej myślami. Jednak jest w niej coś, co zmusza nas do zastanowienia. Bo jak to jest z paczkami przyjaciół? Jak to jest z przyjaźniącymi się małżeństwami – czy to jest dobre czy nie? Dzieci mają swoich rówieśników pobliżu, rodzice mają na oku dzieci. I niby nic w tym złego. Jednak gdy spotkania stają się notoryczne, gdy każdy urlop jest spędzany w większej grupie… Małżeństwo jest przede wszystkim samo dla siebie, rodzina powinna umieć spędzać czas tylko w swoim towarzystwie – teoretycznie. Praktycznie bywa różnie.

Czy polecam „Podwójną ciszę”? Fani pani Mari sami po nią sięgną, koneserzy kryminałów niech się zastanowią, nim zajrzą do tej książki, a samej sobie po raz drugi tej autorki bym już nie poleciła. Nie moja bajka.

niedziela, 13 listopada 2011

Pismo Leonarda – Dina Rubina


Pismo Leonarda to inaczej pismo lustrzane, litery pisane od tyłu, od prawej do lewej. Odczytać je można tylko za pomocą lustra. Swoją nazwę owe pismo zdobyło dzięki Leonardo da Vinci, który w taki sposób zaszyfrował część swoich prac.
Jednak to nie jego geniusz pomógł mu opanować lustrzane pismo. Otóż Da Vinci był leworęczny, a owa sztuka jest często konsekwencją tej przypadłości.

Wyobraźcie sobie, że jesteście po trzydziestce, tworzycie szczęśliwą parę ze swoim mężem, jednak dzieci nie macie. Pewnego dnia zadzwoni do was jakaś daleka mężowa krewna i powie, że w jego rodzinie ktoś zmarł i zostawił po sobie małą dziewczynkę. Weźmiecie dziecko do siebie?
Masza odmówiła. Jednak po kilku niespokojnych dniach, w ciągu których wciąż myślała o dziewczynce, zadzwoniła do krewnej. Na jej chęć zaopiekowania się dzieckiem, usłyszała: „Nie weźmiesz jej. Wystraszysz się”.

O czym jest ta książka? Wydaje mi się barbarzyństwem jakiekolwiek wspomnienie o jej treści, gdyż sama odkrywałam ją nie wiedząc o fabule absolutnie nic. Pismo Leonarda, a zatem leworęczność – ot wszystko, co przyszło mi do głowy.
Zabrałam się za tę książkę, bo chciałam poznać Dinę Rubinę, jedną z najbardziej znanych pisarek współczesnej literatury rosyjskiej. Sięgałam po autora, nie po książkę, a znalazłam głębię, magię i masę pytań. Tylko gdzie są odpowiedzi?
Na pewno zna je Anna, leworęczna dziewczynka, która dla każdego będzie tajemnicą. Bo gdy rozumie się cały świat, ów świat nigdy nie zrozumie nas. Kim jest Anna?

'Zawsze i wszędzie pozostaje tą inną, obcą - dziwaczką i wiedźmą - niezrozumianą i wzbudzającą obawę. Dla krewnych z prowincji, którzy nie chcą się nią zaopiekować po śmierci matki, jest "dziwnym dzieckiem"; "dziwną dziewczynką" - dla przybranych rodziców z Kijowa; "dziwną uczennicą" - w radzieckiej szkole, gdzie niezwykłość jest uznawana za nienormalność i bezwzględnie tępiona; "dziwną studentką" szkoły cyrkowej - chociaż w środowisku cyrkowym dziwaków akurat nie brakuje; "dziwną Ruską" - w słynnym kanadyjskim cyrku, w którym przygotowuje lustrzane pokazy.'

Anna po prostu jest. Istnieje na kartkach tej książki, a Rubina opowiada o niej poprzez wspomnienia, listy, zapiski, rozmowy… Narracja zdecydowanie jest godna podziwu.
Czytałam oryginał, przekład nie trafił jeszcze w moje łapki. Jednak powiedzieć muszę, że zachwyciła mnie różnorodność językowa – gwara, naleciałości, zapożyczenia. Zachwycił mnie także świat, jaki pokazała nam autorka – cyrk, niekiedy w najdrobniejszych szczegółach; Rosjan przez pryzmat reszty świata i ich samych; małomiasteczkość i wielkie kraje; mentalność i wiarę; życie i nędzę; niewiedzę i wiedzę; być i mieć.

W tej niewielkiej książce zawarte jest całe życie, życie nie tylko Anny – dziwnej, a zarazem tajemniczej, obcej, a przy tym tak mi bliskiej – lecz także życie całego kraju, całego świata, a zarazem życia zwykłych przechodni, mijanych codziennie na ulicy. Wiecie, że człowiek, jeżeli mu się przyjrzeć, ma w sobie cały wszechświat?

wtorek, 1 listopada 2011

Trzej muszkieterowie [2011]



Wybuchy, sterowce, spiski i... szpady. Cztery szpady, bo jeden za wszystkich i wszyscy za jednego! Czy jest na sali ktoś, kto nie zna "Trzech muszkieterów"? A kto zna trzech muszkieterów w połączeniu ze statkami w powietrzu... i steampunkiem?
Przede wszystkim zaskoczeniem nie będzie, iż film z pewnością nie jest wierną ekranizacją książki. Mamy tu hiperbolizację w każdym calu. Muszkieterowie wydają się być postaciami z jakiegoś komiksu, D'Artagnan jest niewyraźny i mętny, a przyjaciółka papilotów Milady co trzy minuty świeci na ekranie swoimi pończoszkami i nie stroni od walki na szpady. Słowem, brzmi jak kicz, ale kiczem nie jest.
Dla mnie były to cudowne dwie godziny, w czasie których to zachwycałam się pięknymi strojami i harakterkiem Milady, to płakałam ze śmiechu przy Orlando Bloomie, który próbował być straszny i przerażający, to wzdychałam przy niskim głosie Atosa, albo mruczałam „też taki chcę”, gdy na ekranie pojawia się piękny sterowiec.


Twórcy nie aż tak bardzo zmodernizowali fabułę, nie pozmieniali głównych cech bohaterów, nieco hiperbolizowali to i tamto, jednak główny sens powieści Dumasa nigdzie nie zginął. Intryga z diamentami królowej wciąż jest obecna – swoją drogą bardzo spodobała mi się para królewska. Uważam za sztukę ukształtować paniusiowatą postać króla, którego głowę wypełnia nie królestwo, a jaki kolor jest w modzie, a następnie wzbudzić u widza sympatię do tej postaci. Kardynał Richelieu był tak prawdziwie zły, że aż chciało się wraz z Milady zdradzić dla niego połowę Francji. A muszkieterowie wciąż byli wszyscy za jednego i jeden za wszystkich.

Koneserzy klasycznej literatury, zdegustowani nową ekranizacją „Portretu Doriana Graya” i „Przygód Sherlocka Holmesa” przyjdą na ten film z kwaśną miną, spodziewając się totalnej porażki. Owszem, możliwe, że ową porażkę otrzymają, jednak jest w tej ekranizacji coś takiego, co wywołuje w nas dziecinny zachwyt. I już po chwili ciężko ukryć uśmiech, który wyrywa się na twarz, bo czy da się siedzieć z niezadowoloną miną, kiedy Orlando próbuje być groźny, a D’Artanan podrywa pannę tanimi tekstami?

A! I czy ktokolwiek może mi powiedzieć – jak… JAK! mając pod sobą cały Paryż, można wylądować właśnie na Notre Dame?!