poniedziałek, 31 października 2011

Teleny – Oscar Wilde

Swego czasu Wilde powiedział, że „Nie ma książek moralnych lub niemoralnych.  książki napisane dobrze lub źle.„ Ciekawe, czy zgodzilibyście się z nim, po przeczytaniu pozycji „Teleny”.  Powieść ta po raz pierwszy ukazała się w 1893 roku i momentalnie została uznana za skandal.
I nie ma się co dziwić. Nawet dziś wiele osób mogłoby się oburzyć na tak odważą lekturę. Różni się ona bardzo od „Portretu Doriana Graya”, gdzie jeżeli i są jakieś aluzje do związków homoseksualnych, to są one tak subtelne i kunsztownie przemycane, że zobaczyć je można, jeżeli dokładnie się poszuka. „Teleny” natomiast nie zostawiają czytelnikowi ani krzty miejsca na domysły – wszystko jest tu dobitnie i szczegółowo opisane. Dlatego też gorąco radzę postawić tę książkę na najwyższej półce, by wasze dzieci po nią nie sięgnęły. Zdecydowanie, jest to lektura dozwolona od lat osiemnastu.
Widząc tę wielką różnicę pomiędzy „Portretem…” a „Telenami” nasuwa się pytanie – cóż Wilda podkusiło, by tak odważnie opisać pewne aspekty życia? Przecież już sam „Portret…” wpędził go w niezłe kłopoty. Otóż, moi Drodzy, nie do końca wiadomo, czy to Wilde napisał „Teleny”, co więcej była to powieść pisana przez kilka, bądź kilkanaście osób – i jedną z nich mógł być właśnie nasz Oscar Wilde. Czy był? Nigdy się tego nie dowiemy, gdyż rękopis zaginął już dawno, a krytycy podkreślają, że jednoznacznych dowodów na autorstwo Wilda brak. Niemniej jednak książka ukazuje się pod jego imieniem i nazwiskiem. Czemu? Myślę, że na to pytanie każdy z łatwością potrafi sam sobie odpowiedzieć.
Mnie właśnie złapało ukochane nazwisko i trafiłam w książkowy świat, który zwykle omijam. Nie znalazłam tak niestety błyskotliwego i uszczypliwego Wilda. Znalazłam natomiast bardzo odważny erotyk o homoseksualnej miłości francuskiego dandysa Camille’a do węgierskiego pianisty Rene. I nie mi oceniać ile w owej miłości było uczucia platonicznego, a ile fizyczności.
Szczerze mówiąc ciężko mi obiektywnie ocenić tę książkę. Nie czytuję takiej literatury, a zatem nie mam porównania. Mogę tylko powiedzieć, iż mam nadzieję, że Wilde jednak nie jest ani autorem, ani współautorem tej pozycji. Przypomina mi to bardzo podobną sytuację, jaka zaistniała z rosyjskim poetą Aleksandrem Puszkinem i jego domniemanymi „Tajemniczymi zapiskami”. Otóż kilka lat temu odkryto dziennik, który podobno wyszedł spod pióra samego Puszkina. Dziennik ten pełen był frywolnych i odważnych opowieści o miłosnych wyczynach poety, a jak wiadomo Puszkin od kobiet nie stronił. Z tym że znając twórczość pisarza i jego fenomenalny talent, nigdy nie potrafiłam uwierzyć, by zniżył się do czegoś tak otwartego, niskiego, pozbawionego polotu językowego. Nie musiałam sięgać po ów dziennik, by mieć pewność, że nie jest on pióra Puszkina.
Może się mylę. Mogę się mylić też odnośnie Wilda. Jednak mam w sobie coś takiego jak zaufanie do pisarzy, których cenię. I myślę, że jeżeli oni potrafili rzeczy odważne i intymne ukryć pod pięknem słów i niedopowiedzeń, to nie mieli potrzeby pisać o nich otwarcie.
Czy polecam „Teleny”? Odważnym i fanom erotyków mogę powiedzieć, zajrzyjcie. Z pewnością ocenicie tę książkę lepiej ode mnie, bo mi w tym gatunku doświadczenia brak, i raczej owego doświadczenia zdobywać nie będę. Nie umiem określić tej książki mianem złej, czy dobrej. Prędzej powiedziałabym „zdecydowanie nie moja”.

Określać znaczy ograniczać
Oscar Wilde

Wydawnictwu Interwers dziękuję za możliwość napisania recenzji :) 

wtorek, 25 października 2011

Mechaniczny Anioł – Cassandra Clare

Cassandra Clare, amerykańska pisarka, zadebiutowała w Polsce serią „Dary Anioła”, teraz natomiast przedstawia nam trylogię „Piekielne maszyny”. I właśnie o pierwszej części tej trylogii chciałabym z Wami porozmawiać.

„Mechaniczny anioł” może zaintrygować samym tytułem wszystkich fanów steampunku. Malutki, tykający niczym zegarek, tytułowy wisiorek w kształcie aniołka spoczywa na piersi głównej bohaterki Tessy, otrzymała go po nieżyjącej już mamie. Ojciec Tessy także zginął w wypadku, pozostał tylko brat, który mieszka w Londynie. Powieść zaczyna się od podróży dziewczyny do niego, jednak po osiągnięciu celu w porcie nie czeka na nią brat, a nieznajome kobiety. „Nie ufaj nieznajomym!”, chciałoby się rzec, ale przecież nieznajome trzymają list od brata Tessy, zapewniający ją, że wszystko jest w porządku i ma zaufać ludziom, którzy po nią przyjechali.
Zaufanie mija, gdy Tessa zostaje przywieziona do tajemniczego domu, który zamiast jej nowym mieszkaniem, staje się więzieniem. Obce kobiety, za które przecież zaręczył brat, dają jej każdego dnia dziwne przedmioty codziennego użytku i mówią: „Zmień się!”.

Czego jak czego, a odmówić sobie pochwalenia świata przedstawionego nie można. Pani Clare opisała w „Mechanicznym aniele” niezwykły Londyn z jego tajemniczymi mieszkańcami – ludźmi, wampirami, czarownicami. Instytut będący mieszkaniem Nocnych Łowców także fascynuje, tak samo jak i mechaniczny aniołek Tessy.

Zdecydowanie książka ta stoi światem i przedmiotami, na postaciach niestety się zawiodłam. Tessa wydaje mi się nijaka, pozbawiona prawdziwych ludzkich cech, zbyt wyidealizowana i ślepo zapatrzona we własnego brata. Czuć, że autorka tworzyła tę postać od zera i niestety w środku pozostała pustka.

Zwykle jednak, gdy powieść ma nic niewartych głównych bohaterów, swój kunszt opiera na postaciach drugoplanowych. Tutaj również się zawiodłam. Główni łamacze serc młodych czytelniczek – Will i Jem – niczym mnie nie zafascynowali. Zbyt stereotypowi i schematyczni panowie zbudowani na standardowych szkieletach postaci, które doskonale znamy z literatury i kina. Niczym nie zaskoczyli.

Pragnę jednak zaznaczyć, że jest to tylko i wyłącznie moje subiektywne podejście. Wolę, gdy książka mnie czymś zaskakuje, gdy któryś z bohaterów potrafi pozostać w moich myślach po opowiedzeniu swojej historii. „Mechaniczny anioł” niestety wywietrzał z mojej głowy zaraz po przeczytaniu.

Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury

niedziela, 16 października 2011

Jak zostać pisarzem – Urszula Glensk, Marcin Hamkało, Karol Maliszewski, Leszek Pułka, Paweł Urbaniak, Andrzej Zawada

Każdy z nas z pewnością choć raz zastanawiał się jak zostać pisarzem, albo kim są ci tajemniczy ludzie, którzy tworzą książki. Niejeden będąc nastolatkiem pisał pamiętniki lub wiersze, czasem do szuflady, a czasem dla kolegów. Ja zaczęłam od wierszy, gdy miałam dziesięć lat, potem były pamiętniki, a teraz są opowiadania i książki, póki co dla znajomych i bliskich. Czas pokaże, czy będzie z tego coś więcej.
Właśnie dlatego, że sama piszę i podchodzę to tego bardzo poważnie, pozycja „Jak zostać pisarzem” wydana przez Bukowy Las wydała mi się niezwykle ciekawa i kusząca. Bo czy jedna książka może uczynić z kogoś pisarza? Z tym pytaniem zasiadłam do lektury.

Zacznijmy od powierzchni. Po raz kolejny przekonałam się, że Bukowy Las pięknie wydaje książki. Projekt i sposób wykonania okładki, trwałość książki, papier – wszystko to składa się na całość, którą przyjemnie trzyma się w dłoniach, chłonie się jej zapach, a to sprawia, że czytania jest jeszcze większą ucztą.

Jak zostać pisarzem” jest pracą zbiorową, pracowali nad nią tacy ludzie jak Andrzej Zawada, Urszula Glensk, Karol Maliszewski, Leszek Pułka i Paweł Urbaniak. I dobrze, że jest to owoc, nad którym pracowała grupa, bo takie zagadnienia, jak pisarstwo nie mogą być omawiane w pojedynkę.
Książka ta jest pierwszym polskim podręcznikiem dla pisarzy. Zaczyna szkolić czytelnika od filozoficznego pytania: praca czy natchnienie? Jedni twierdzą, że wystarczy 1% talentu i 99% pracy, by pisać. Inni, że z tym trzeba się urodzić. A cóż robią autorzy książki? Rzecz najmądrzejszą – opowiadają czytelnikowi o tym, jak inni słynni pisarze zostali tymi, kim są dziś. Powołując się na doświadczenie wielkich ludzi, pokazują prawdę o tym zawodzie, a każdy młody pisarz może dzięki temu odnaleźć na stronach „Jak zostać pisarzem” swojego mentora.
Bowiem prawda jest taka, iż pisarstwo to absolutnie subiektywna sprawa – kwintesencja danego człowieka. Jednak także i wypadkowa jego doświadczenia, środowiska, ludzi, których spotyka, oraz czasów, w których mieszka. Nie wolno zamykać się pod kloszem pt. „jestem pisarzem i sam wiem, co dobre”. Pisarz oraz ten, kto pisarzem zostać pragnie, powinien zawsze słuchać wszelkich rad i opinii (a zatem pozycja przeze mnie recenzowana jest jak najmilej widziana w rękach przyszłego twórcy bestsellerów), a następnie przepuszczać je przez własny filtr swojego zdania.

W tej książce znajdziecie także całą masę praktycznych rad i przykładów. Przeczytacie o tym, czym jest fabuła i z czym ją się je, dowiecie się o czasie powieści, przestrzeni, narracji, stylu, kreowaniu bohaterów i tworzeniu dialogów. A także o pracy z redaktorem, o tym, co należy zrobić, jak już się książkę napisze, o prawach autorskich (bo swoje prawa trzeba znać!) i o zawodzie copywritera.
Przede wszystkim jednak przekonacie się, jak ciężką pracą jest pisanie. Choć gdyby wziąć pod uwagę pracę wszystkich organów człowieka odpowiedzialnych za oddychanie, także uznalibyśmy to za ciężką i strasznie skomplikowaną czynność. A z pisaniem jest jak z oddychaniem – by żyć, po prostu musisz to robić.

Jak zostać pisarzem” to znakomity zbiór rad i informacji. Nie tylko dla tych, którzy piszą, bądź chcą pisać. Ale i dla tych, którzy po prostu chcą się dowiedzieć o słynnych mistrzach pióra i o zasadach rządzących powieścią. A zatem polecam tę książkę każdemu. Czas, który przy niej spędziłam, uważam za cudowny, wchłonęłam w siebie całą masę wiedzy. Takie właśnie książki powinno się wydawać – książki, które uczą, napełniają nas i motywują do działania.

Nie pytajcie: jak zostać pisarzem? Pisarzem zostaje się pisząc. A może pisarzem się rodzi? Lub zostaje się nim, gdy na półkach księgarni pojawia się pozycja z waszym nazwiskiem… Różne są drogi do zostania mistrzem pióra. A zatem nie pytajcie. Po prostu bądźcie sobą i oddychajcie.

Wydawnictwu Bukowy Las dziękuję za możliwość napisania recenzji :)

sobota, 15 października 2011

Wilken. Cyrk Półmroku - Di Toft

„Wilken. Cyrk Półmroku”  pod tą tajemniczą nazwą skrywa się druga część cyklu Wilken (pierwsza część - Bracia Krwi), opowiadającym nie o wilkołaku, a o wilku, który zmienia się w człowieka, i o wielu innych ciekawych postaciach.
W tej części Nat wraca wraz ze swoją matką do Francji, by przyłączyć się do ojca i dziadka, którzy… prowadzą wędrowny cyrk. Cyrk niezwykły i jedyny w swoim rodzaju, bowiem nie pracuje tu żadne zwierze, ale i ludzie trafiają się tu nader rzadko…
Nie ocenia się książki po okładce, ale ja pozwolę sobie zacząć właśnie od tego. Gdyby każde wydawnictwo wkładało tyle pracy w wydanie książki, co Bukowy Las, mielibyśmy w księgarni nie tylko pożywienie dla duszy, ale i dzieła sztuki. Wilkena przyjemnie bierze się do ręki, gdyż trójwymiarowa okładka sprawia niezłą radochę każdemu czytelnikowi.
„Wilken. Cyrk Półmroku" według mnie to kolejna świetna pozycja dla młodzieży. Wartości takie, jak przyjaźń, lojalność wobec bliskich i samego siebie, spotyka się niemal na każdej stronie. Di Toft delikatnie porusza problemy inności i dyskryminacji, pokazując, jak wielki skarb kryje się w każdym, kto różni się od reszty, oraz to, jak łatwo złamać kogoś, kto sprawia wrażenie dziarskiego i silnego. Do tego książka wciąż zaskakuje, prowadząc akcję szybko i wartko. 
Szczególną uwagę przyciąga sam cyrk, a dokładniej rozdział, gdzie został opisany cały jego występ pokazany czytelnikowi oczami Nata. Niezwykłość i różnorodność postaci oraz pomysłowość Di Toft budzi żal, że w rzeczywistości nigdy nie zobaczymy czegoś takiego. Swoją drogą sam cyrk także kryje ciekawe przesłanie, które z łatwością można przenieść na nasz współczesny świat i wyciągnąć odpowiednie wnioski.
Na oklaski z mojej strony zasługują w tej książce wampiry. Tak, tak, dokładnie – wampiry. A szczególnie ich królowa, za opis której mam ochotę wysłać Di Toft kwiaty. Wampirzyca jest tu mroczna i groteskowa, a czytanie o jej przebudzeniu i o niej samej było najbardziej intrygującą rzeczą w całej tej historii. Aż żal, że autorka poświęciła tej postaci tak mało miejsca.
Podsumowując, polecam młodzieży kochającej się w literaturze fantasy oraz miłośnikom wampirów, myślę, że jest to łakomy kąsek do degustacji. Wydaje mi się także, że każdy fan fantasy znajdzie w tej książce coś dla siebie: są tu i wampiry, i wilkołaki, i fauny, i rekiny, i… A cóż ja będę wymieniać? Zapraszam do lektury!

Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury

wtorek, 11 października 2011

Królestwo czarnego łabędzia - Lee Carroll

Niekiedy zastanawiam się, czemu pisarzami tak bardzo rządzą schematy. Skąd to przeświadczenie, że skoro jeden zasłynął z zastosowania pewnego motywu, to wystarczy go skopiować, a również osiągnie się chwalę i sławę? A najbardziej bywa mi przykro, gdy coś, co zapowiadało się ciekawie, rozbija się o mur przewidywalności.

Garet jest młodą dziewczyną, która znalazła świetny sposób na zarabianie pieniędzy. Otóż kupuje stare sygnety i za ich pomocą wykonuje biżuterię. Medaliony sprzedają się świetnie, ale czy aż tak świetnie, by spłacić wszystkie długi ojca? Wychowana przez kochających rodziców w środowisku pełnym artystów i sztuki, Garet jest ponad swój wiek dojrzała i opanowana. 
Życie mija dzień za dniem i zmienia się, gdy dziewczyna u pewnego jubilera znajduje szkatułkę z symbolem łabędzia - identycznym, jak na sygnecie, który dostała od matki na szesnaste urodziny. Cóż za zbieg okoliczności!

Wydaje mi się, że nową falą w literaturze stają się przeciętne główne bohaterki. Dziewczyna nie może być idealna i piękna, bo zapewne czytelniczki nie mogłyby się z nią identyfikować. Chwyt nie nowy, aczkolwiek całkiem dobry. Co nam po idealnych czarnych lub białych bohaterach, skoro w prawdziwym życiu tacy nie istnieją. 

Co warto pochwalić? Jak już mówiłam, dynamiczność postaci - nikt tu nie jest całkowicie dobry, albo całkowicie zły. Bardzo spodobał mi się opis ludzkich aur - ich kolory i sposób, w jaki ludzie wymieniali się nastrojami. Scenę w wagonie metra uważam za najlepszą z tej książki i jakże prawdziwą. Pomysł z wyrabianiem biżuterii z sygnetów kupił mnie momentalnie, natomiast idea posiadania pracowni pełnej metalu, złota, srebra, palników itp tuż obok sypialni zachwycił mnie jeszcze bardziej. Książka zapowiadała się ciekawie i pomysłowo, choć czuło się schemat (zwykła dziewczyna - ratuje świat - hura!). Jednak, gdy pojawił się wampir, w którym zakochała się główna bohaterka, jedynie westchnęłam (zwykła dziewczyna - kocha wampira - ratuje świat - hura! [nawet Bella nie miała tak dobrze]). Tyle jest stworzeń magicznych (fauny, wodne duchy itp), że przesyt wampirzego tematu na rynku staje się już męczący. Nie wystarczy dać wampira i nawiązać do Shakespeare, by uczynić książkę głęboką i mądrą. Ale to tylko moje osobiste zdanie. 

"Królestwo czarnego łabędzia" jest lekturą przede wszystkim dla fanów sagi Zmierzch, dla wielbicieli wampirów i wróżek latających między budynkami. Skusiło mnie urban fantasy, które dzięki Łukjanienko lubię i cenię, skusiła mnie piękna okładka (Prószyński przepięknie wydaje swoje książki). Niestety, okazało się, że nie jest to książka dla mnie, ale może jest właśnie dla was? Osądźcie to sami.


Wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za możliwość napisania recenzji :)

poniedziałek, 10 października 2011

Księga cmentarna – Neil Gaiman

„Dusze naszych poległych chronią nas cały czas,
 Roztaczają opiekę w potrzebie.”
(Włodzimierz Wysocki)

Kto z was nie zna „Księgi dżungli” Kiplinga? Historia o chłopcu wychowanym przez wilki już dawno stała się częścią kultury i udowodniła, że wystarczy kochać, by odnaleźć rodzinę nawet w samym sercu tropikalnego lasu. Czy tylko tam?
Otóż Gaiman postanowił udowodnić, że dom można odnaleźć w miejscu, które zwykle przeraża żywych ludzi, i opowiedział historię chłopca, który wychował się na cmentarzu. Podobno pomysł na napisanie tej książki powstał w głowie Neila, gdy obserwował on jak jego mały synek jeździ na trójkołowym rowerku wokół starych nagrobków cmentarza.
Główny bohater książki nosi wiele mówiące (a może nie mówiące nic) imię – Nik, zdrobnienie od Nikt. Swego czasu Odyseusz posługiwał się tym imieniem i wyszło mu to na dobre. Jak to będzie u Nika? Przekonacie się po przeczytaniu książki.
Dzieciak rósł wśród starych i nowszych nagrobków, otoczony opieką i miłością swoich przybranych rodziców – duchów, którzy opiekowali się dzieckiem lepiej niż niejeden żyjący. Brzmi przerażająco, prawda? Ale uwierzcie mi, Gaiman w tej książce poprzestawiał pionki - tu świat poza cmentarzem przeraża bardziej niż sam cmentarz.
Wiadomo, atmosfera cmentarza jak ulał pasuje do Neila, w jego książkach zazwyczaj martwi wychodzą bardziej żywi od samych żywych. Ciekawą sprawą jest opisanie zmarłych – stałe dodawanie do ich imion epitafium z nagrobków, stylizowanie ich mowy, mentalności i poglądów do epoki, kiedy żyli.
Jeżeli patrzeć tylko na samą fabułę, rzecz jasna można nie do końca poczuć zachwyt. Nie jest to wielka głębia, a miejscami wydaje się ciut naciągana. Brakowało mi czegoś do całkowitego katharsis pod koniec książki. Jednak nie o samą fabułę ty chodzi, a właśnie o świat przedstawiony. Gaiman doskonale balansuje na granicy świata żywych i świata martwych, na granicy ciepła i zimna, dobrego i przerażającego. Udaje mu się nie popadać ze skrajności w skrajność, bowiem nie jest to mroczna księga o strasznych duchach i nie jest to także przyjemna opowiastka dla dzieci na dobranoc. Rzecz jasna, tę książkę jak najbardziej mogę polecić dzieciom, jest ona pozbawiona okrucieństwa, w jakim Gaiman lubuje się na przykład w „Amerykańskich bogach”.
Bohaterzy książki z pewnością zostaną w pamięci czytelników na długo. Możliwe, że cytaty z nagrobków są niezwykle krótkie, ale charakteryzują poszczególne duchy z błyskotliwą dokładnością. Tajemniczy i mroczny Silas zapewne zdobędzie serca wszystkich czytelniczek (ciekawe, że kojarzył mi się ze Snapem…). Spokój i racjonalność Nika ma w sobie coś z chłodnego i stoickiego, cmentarznego… i nie raz odsyłała moje myśli do Rodziny Adamsów, choć w żadnym razie w „Księdze cmentarnej” nie ma absurdu i przebarwionego czarnego humoru jakim szczyci się ten serial.
Pada tu także wiele słów, dających do myślenia i podsumowujących ludzi jednym zdaniem. Oczywiście, ludzi żywych. Mi szczególnie zapadła w pamięć część cmentarza na nieoświęconej ziemi i młodziutka czarownica tam pochowana oraz Danse Macabre, które uważam za jeden z lepszych fragmentów książki – symboliczny i mocny, nie do końca wytłumaczony i nie dający się zapomnieć.
Podsumowując, „Księga cmentarna” to prosta bajka o głębokim sensie, a takowych jest we współczesnym świecie coraz mniej. Większość kunsztownych bajarzy już nie żyje, ale Gaiman, tak jak i jego bohater Nikt, szybko uczy się najważniejszych rzeczy u zmarłych. Bo przecież najważniejsze to słuchać i rozumieć… 

Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury


środa, 5 października 2011

Dexter [2006] – (Pierwszy sezon)

Dexter Morgan jest przykładnym obywatelem, który niemal każdego ranka przynosi kolegom z pracy pyszne pączki, uśmiecha się do sąsiadów i jest niezwykle miły przy swojej dziewczynie. Takiego Dextera znają wszyscy. Czasami jednak… Dexter stoi nad przywiązanym do stołu człowiekiem i z lubością myśli o tym, że za moment go zabije.
Oksymoron? Otóż nie…

Widzicie, Dexter jest seryjnym mordercą, jedynym w swoim rodzaju. Jest on pozbawiony wszelkich uczuć. Nikogo nie kocha, na nikim mu nie zależy, nie ciągnie go do seksu, nie widzi sensu w uśmiechaniu się. Udaje. Zawsze, wszędzie, prawie zawsze… Bo czasami odzywa się Mroczny Pasażer i wtedy Dexter idzie na łowy, idzie zabijać. Ale nie zabija od tak, przypadkowych ludzi, ma do tego specjalny kodeks, ułożony logicznie i skrupulatnie. Dzięki niemu zabija dziesiątki osób i pracuje przy tym w policji. Talent?

Coś ostatnio pociągnęło mnie na długie i niekończące się opowieści. Najpierw „Saga o Ludziach Lodu”, a teraz ponad pięć sezonów „Dextera”. Ale cóż mogę zrobić, przecież to historia najbardziej uroczego mordercy jakiego znam!

Czytając w sieci o tym serialu, zastanawiam się, czego jest więcej: nagród, które otrzymał, czy też zarzutów na temat szerzenia braku moralności? Główny bohater zabija bezlitośnie ludzi, a widz mu współczuje, bo mu ofiara z rąk się wymknęła. Brzmi nielogicznie, ale, o paradoksie!, tak właśnie jest.
Co takiego ma w sobie ten serial? Z pewnością przyciąga sam pomysł. I tu brawa należą się Jeffowi Lindsay’owi, który napisał „Demony dobrego Dextera” i właśnie na podstawie jego książki powstał pierwszy sezon serialu (książki nie czytałam, choć czuję, że coraz mniej dzieli mnie od przeczytania jej. Obiecuję, że jak przeczytam, Wam jako pierwszym o tym powiem w postaci recenzji).
Wracając do tematu, jak stworzyć historię o kimś, kto nic nie czuje, i do tego w tak ciekawy sposób pokazać jego wewnętrzny świat? Właśnie tak, jak zrobili to twórcy serialu.


Niezwykle charyzmatyczna gra aktorów także przyciąga. Przede wszystkim tytułowy Dexter czyli Michael C. Hall nie pozwala już o serialu zapomnieć. Świetnie odtwarza rolę, każdy gest, mimikę twarzy, głos – wszystko wychodzi mu idealnie i wydaje się, że żaden inny aktor nie odnalazłby się w tej roli. Gdy sięgnę po książki, z pewnością będę go cały czas miała przed oczami.
Michael Hall jest tak świetny, że całej reszty postaci z serialu po prostu nie lubię. Całe moje lubienie przelało się na Dextera, co nie znaczy, że pozostali aktorzy grają źle, o nie!

(przepraszam za zbyt pospolity i nastolatkowy styl poniższych komentarzy, ale no… bo…!)

Debra Morgan  (Jennifer C. Carpenter) – siostra Dextera. Wkurza! Bardzo wkurza! Bo… Bo nie jest tak cudowna jak Dexter.
Angel Batista (David Zayas) – bawi i jednocześnie wywołuje smutny uśmiech na twarzy. Cały czas mam ochotę kupić mu normalną koszulę.
Maria LaGuerta (Lauren Vélez) – ją lubię! Zdecydowanie bardzo ją lubię, choć podobno lubić się jej nie da. Mam spaczony gust…
Vince Masuka (C.S. Lee) – mój mistrzu! Jego poczucie humoru pachnie kiczo-inteligencją.
Christian Camargo – Hyhyhyyyyy… Nie powiem, kto to, ale powiem, że baaardzo go lubię, prawie tak, jak Dexterka.

Słowem, polecam! Warto! (Chyba że nie znosicie widoku krwi.) Serial pięknie udowodnia, że świat wewnętrzny, to nie tylko uczucia. Czy udało mu się udowodnić, że są ludzie bez uczuć? Jest Dexter. Ale czy on jest człowiekiem?

PS A opening serialu jest dla mnie najbardziej sugestywnym mistrzostwem świata!

poniedziałek, 3 października 2011

Saga o Ludziach Lodu – Zauroczenie (tom 1) – Margit Sandemo

Kiedy za oknem odlatujące ptaki zapowiadają zimę, a kalendarz otwarty na październiku jedynie to potwierdza, ma się ochotę na coś ciepłego. Choć niekoniecznie. Chowając się bezpiecznie w ciepły kocyk z gorącą czekoladą w ręku można odważyć się na zimną książkę.
Bo zdaje się, że „Saga o Ludziach Lodu” właśnie takową książką jest. Niekoniecznie. Ciepło także od niej bije, ukrywa się w rozmowach bohaterów, ich uczuciach, śmiechu i walce. A zatem, czy mogłam wybrać lepszą lekturę na nadchodzącą zimę? A lektura ta jest długa, liczy sobie aż 47 tomów, a ja przeczytałam dopiero pierwszy. Zwykle nie daję się porwać tak wielkim cyklom, jednak skusiła mnie cena pierwszego tomu. Dorwałam „Zauroczenie” za jedyne 2,99 zł i…

Z pewnością nie jest to literatura wysokich lotów, nie znajdziecie tu poruszających do głębi odkryć duchowych, głębi postaci czy też światowych tez filozoficznych. Ale nie oszukujmy się, nikt z nas nie czyta w 100% tylko książki mądre i głębokie, niekiedy pragniemy po prostu odpocząć od całego świata z czymś lekkim w ręku. A na to „Saga…” jest idealna.
Ciut naiwna, z lekko przerysowanymi postaciami. Razi tym oczy jedynie przez kilka pierwszych stron. Potem nie zwraca się już na to uwagi, akcja wciąga i nie pozwala oderwać.

Norwegia, zima, zaraza… Silje, młodziutka dziewczyna brnie samotnie przez las, cała jej rodzina zginęła z powodu choroby, tylko nią śmierć pogardziła, skazując na samotne życie. Czy takie samotne? Kogo można znaleźć w lesie zimową nocą? Skąd dochodzi cichy płacz dziecka? Kogo chcą spalić na stosie? Kto okrywa ramiona Silje pięknym, szlachetnym płaszczem?
Nie ma sytuacji bez wyjścia, ale nie ma też radości bez końca – o tym dziewczyna przekonała się pod czas tej i następnych nocy. Czy tylko o tym? Nie powiem, bo może kogoś zachęcę tą recenzją na długą drogę wraz z Ludźmi Lodu.
A właściwie kim oni są? Silje wie, że mieszkają w odległych, przerażających górach, są potworami i z pewnością mają coś wspólnego z diabłem. Bała się ich odkąd pamiętała, a nocne koszmary zawdzięcza właśnie im. Tylko…  Ile jest prawdy pomiędzy dziecięcymi strachami, a życiem?

Kilka wieków i pokoleń schowały się w 47 tomach sagi, otulone magiczną otoczką Norwegii. Nie wiem, czy napiszę 47 recenzji… Ale wiem na pewno, że 47 tomów przeczytam.

sobota, 1 października 2011

Czekolada [2000]



„Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy pomiędzy miłością a dużą tabliczką czekolady.”
(Adwokat diabła [1997])

Istnieje muzyka, którą można dotknąć. Istnieją książki, które nie tylko czytamy, ale i słyszymy. Istnieją też filmy, które można zjeść…
Usiądźcie wygodniej, otulcie się ciepłym kocem i wyłączcie górne światło, zapalcie świecę kakaową i zamknijcie oczy. Czujecie? To zapach czekolady. Słyszycie? To zimny północny wiatr. Jak myślicie, co on zwiastuje?
Vianne i jej mała córeczka, opatulone w czerwone peleryny wkraczają do kolejnego miasta. Wynajmują cukiernię i…

„- Wielki Post to nie jest najlepszy czas na otwieranie cukierni.
- To nie będzie cukiernia.
- Więc co?
- Niespodzianka.”

Zdawało by się, że otworzenie czekoladziarni nie powinno nikomu sprawić kłopotu. Dziś kawiarnie, restauracje i herbaciarnie otwierają się i zamykają na każdym kroku, jedni to zauważają, inni nie. Ale wtedy u Vianne było inaczej. Uderzyła w mur Wielkiego Postu, przerysowanej pobożności i twardego myślenia, że słodycze są grzechem. Co zrobiła? Nie, nie odeszła. Posmarowała ów mur gorącą czekoladą…

„Nie tak dawno temu, było sobie ciche, francuskie miasteczko. Jego mieszkańcy wierzyli w tranquilite  - spokój. Dobrze wiedzieli, czego się od nich oczekuje. Każdy znał swoje miejsce. A jeśli się czasem zapomniał, inni wskazywali mu właściwą drogę.”

Film ten ma jedną, wielką, przeogromną i zasadniczą wadę! A co tam wadę, wielgachną skazę na całej linii! Otóż, można przy nim zjeść całą tabliczkę czekolady i to nie jedną! A zatem dobra rada, nie wstawajcie na wagę po obejrzeniu go ;)

Przede wszystkim „Czekolada” tworzy niesamowicie ciepłą atmosferę, powietrze wokół ekranu wypełnia się zapachem słodkiego kakao, a zimno ucieka przez szczelinę w drzwiach. Dzięki takim filmom czuję się przytulniej na tym świecie, dzięki nim zdobywam to kruche ciepło, które tak długo potrafi gościć w naszej duszy.
Film ten nie tylko ociepla wieczory i robi nam smaka, on także porusza całą masę codziennych problemów. Hiperbolizuje wiarę w kościół (a nie w Boga) oraz małomiasteczkowość, prezentuje niezgody pokoleniowe, kłótnie małżeńskie, brak pewności siebie, podkreśla wartość kobiet, ukazuje zaślepienie itp. Co więcej, nie tylko te problemy pokazuje, ale daje także przykład, że je wszystkie da się rozwiązać, i nie potrzeba przy tym żadnej magii, wystarczy tylko chęć i przyjazny drugi człowiek.


Grzechem będzie, jeżeli nie wspomnę o aktorach filmu, którzy włożyli nie mało w tę niezwykłą, czekoladową atmosferę. Zacznę od Judi Dench (Armande), która stworzyła postać tak charyzmatyczną, a przy tym twardą i nieustępliwą, że z całego filmu z pewnością ona najbardziej zapada nam w pamięć. Jaka jest Armande? Ci, co oglądają anime, z pewnością określą ją mianem tsundere. Dodajmy do tego choleryka i myślę, że będziecie wiedzieć, o co mi chodzi. Twarda staruszka, która wie czego chce i umie zawsze sama sobie poradzić. Zawsze? Cóż… są sprawy, gdzie pomóc może tylko czekolada.


Juliette Binoche (Vianne Rocher), główna bohaterka czekoladowego zamieszania, zagrała tak, że już sam jej uśmiech przypominał czekoladę. Nie widzę żadnej innej aktorki w tej roli. Jeżeli chcecie wiedzieć, co to znaczy, zagrać smakowicie, spójrzcie po prostu na Vianne.
I jest jeszcze ktoś, o kim nie można nie wspomnieć. Ciekawe, czy wiecie o kim mówię? Tak… Johnny (Roux!) Johnny Depp! Zastanawiam się, czy ten człowiek zawsze wszystko robi tak mistrzowsko jak gra? Aż boję się odpowiedzi. Powiem jedynie, że już wiem, skąd Depp czerpał natchnienie do roli Jacka Sparrowa oraz wiem także, że jego uśmiech z pewnością ma smak mlecznej czekolady z lekką nutką dżdżownicy.


Czekoladę” ogląda się przyjemnie, jest to piękny film. To najbardziej odpowiedni film na ciche zimowe wieczory, wieczory samotne lub z przyjaciółmi, w łóżeczku lub w fotelu, z kocykiem lub ciepłym swetrem – wariantów jest cała masa, ale jest coś, co musicie mieć przy sobie koniecznie – czekolada! Bo gdy Vianne zacznie czarować w swojej kuchni i każdemu podawać jego ulubiony przysmak, nie będziecie mieli szans. Czekoladowa chęć opanuje was bezlitośnie. Jedynym ratunkiem będzie… ulec bez walki. I wtedy może dowiecie się, jaka jest wasza ulubiona czekolada?