piątek, 22 lipca 2011

Bezzmienna – Gail Carriger


Jak dobrze, że są tacy pisarze jak Carriger! Bowiem gdy mamy dość idealnie wypucowanych głównych bohaterek o nieskazitelnych cechach i jakże melancholijnej i pacyfistycznej osobowości oraz błyszczących i przystojnych głównych bohaterów o iście rycerskich czynach i duszy głębokiej jak trzy studnie postawione jedna na drugiej, sięgamy po „Bezduszną”, a potem po „Bezzmienną” i…
I mamy Alexie! Kobietkę pozbawioną duszy, lecz nie inteligencji, z brakiem stereotypowej urody modelki, lecz z nadmiarem ostrego języka i pragmatycznego podejścia do życia. I niech was nie zrazi jej brak duszy. Jeżeli czytaliście „Bezduszną”, to z pewnością wiecie, że w wiktoriańskim Londynie śmiertelni i nieśmiertelni żyją w jednym cywilizowanym społeczeństwie, wilkołaki noszą krawaty, wampiry noszą wysokie kołnierze, a ludzie… ludzie cierpliwie to znoszą.
Bezzmienna” jest drugim tomem z serii „Protektorat Parasola” i jeżeli w pierwszym tomie Carriger zachwycała ironicznym i łobuzerskim stylem i przezabawnymi opisami figli głównych bohaterów, to w następnym jest już o wiele odważniejsza, rzuca niedwuznaczne metafory, spycha piękną nóżką wątek miłosny na drugi plan i wyciąga na wierzch pomysłową akcję, zakręconą intrygę, tajemnicę i… sterowiec!
Każda strona tej książki pachnie steampunkiem. Wynalazków jest pełno i opisane są one w taki sposób, że nie jedno dziewczę nieradzące sobie z obsługą drukarki, będzie zachwycone. Alexia dzielnie kroczy przez świat ze swoja parasolką i ogromną, niepohamowaną ciekawością oraz inteligencją. Tym razem Carriger stawia przed nią (i przed czytelnikiem również) ciężki orzech do zgryzienia. Bo cóż powiecie na to, że pewnego pięknego ranka część wilkołaków, wampirów i duchów zostaje pozbawiona nagle swych mocy, a przede wszystkim nieśmiertelności? Nie wiem, co powiecie Wy, ale wiem, co powiedziała Alexia, słysząc jak z samego rana jej uroczy małżonek wrzeszczy w niebogłosy i wcale nie krępuje się tym, że może ją obudzić. A powiedziała ona najbardziej logiczną rzecz, jaką rzec mogła: „To nie ja!”.
A dalej było już tylko ciekawiej, jednak nie będę opowiadać Wam o treści, powiem tylko, że jeżeli czytaliście „Bezduszną”, to po „Bezzmienną” koniecznie musicie sięgnąć. A jeżeli nie czytaliście „Bezdusznej”… To ja doprawdy nie wiem, na co wy jeszcze czekacie!
Jedno trzeba przyznać na pewno: jeżeli książka budzi TAKIE emocje, to pisarce należą się brawa na stojąco, choć podejrzewam, że Carriger wolałaby dwumiesięczny zapas londyńskiej herbaty.

Wydawnictwu Prószyński i S-ka dziękuję za możliwość napisania recenzji :)