wtorek, 1 listopada 2011

Trzej muszkieterowie [2011]



Wybuchy, sterowce, spiski i... szpady. Cztery szpady, bo jeden za wszystkich i wszyscy za jednego! Czy jest na sali ktoś, kto nie zna "Trzech muszkieterów"? A kto zna trzech muszkieterów w połączeniu ze statkami w powietrzu... i steampunkiem?
Przede wszystkim zaskoczeniem nie będzie, iż film z pewnością nie jest wierną ekranizacją książki. Mamy tu hiperbolizację w każdym calu. Muszkieterowie wydają się być postaciami z jakiegoś komiksu, D'Artagnan jest niewyraźny i mętny, a przyjaciółka papilotów Milady co trzy minuty świeci na ekranie swoimi pończoszkami i nie stroni od walki na szpady. Słowem, brzmi jak kicz, ale kiczem nie jest.
Dla mnie były to cudowne dwie godziny, w czasie których to zachwycałam się pięknymi strojami i harakterkiem Milady, to płakałam ze śmiechu przy Orlando Bloomie, który próbował być straszny i przerażający, to wzdychałam przy niskim głosie Atosa, albo mruczałam „też taki chcę”, gdy na ekranie pojawia się piękny sterowiec.


Twórcy nie aż tak bardzo zmodernizowali fabułę, nie pozmieniali głównych cech bohaterów, nieco hiperbolizowali to i tamto, jednak główny sens powieści Dumasa nigdzie nie zginął. Intryga z diamentami królowej wciąż jest obecna – swoją drogą bardzo spodobała mi się para królewska. Uważam za sztukę ukształtować paniusiowatą postać króla, którego głowę wypełnia nie królestwo, a jaki kolor jest w modzie, a następnie wzbudzić u widza sympatię do tej postaci. Kardynał Richelieu był tak prawdziwie zły, że aż chciało się wraz z Milady zdradzić dla niego połowę Francji. A muszkieterowie wciąż byli wszyscy za jednego i jeden za wszystkich.

Koneserzy klasycznej literatury, zdegustowani nową ekranizacją „Portretu Doriana Graya” i „Przygód Sherlocka Holmesa” przyjdą na ten film z kwaśną miną, spodziewając się totalnej porażki. Owszem, możliwe, że ową porażkę otrzymają, jednak jest w tej ekranizacji coś takiego, co wywołuje w nas dziecinny zachwyt. I już po chwili ciężko ukryć uśmiech, który wyrywa się na twarz, bo czy da się siedzieć z niezadowoloną miną, kiedy Orlando próbuje być groźny, a D’Artanan podrywa pannę tanimi tekstami?

A! I czy ktokolwiek może mi powiedzieć – jak… JAK! mając pod sobą cały Paryż, można wylądować właśnie na Notre Dame?!  


10 komentarzy:

  1. Bardzo podobał mi się nowy Sherlock Holmes, trochę mniej Dorian Gray, więc ten film jeste dla mnie?
    Chcę go zobaczyć dlatego, ze u kogoś czytałam, ze przypomina atmosferą Piratów z Karaibów, których uwielbiam :) i oczywiście zobaczyć Orlanda Blooma w roli bad guy :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie się szalenie podobał nowy Sherlock Holmes, a Doriana Graya mam w planach. Jednak Trzej muszkieterzy mnie zawiedli - wizualnie mi się podobało, steampunk lubię bardzo, ale fabularnie dla mnie było za słabo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jako, że należę do osób głęboko rozczarowanych nowym Portretem nie sięgnę po ten film, poza tym inna kinowa nowość zaprząta mi obecnie myśli...

    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  4. "JAK! mając pod sobą cały Paryż, można wylądować właśnie na Notre Dame?!"
    Też bym lądował na najbardziej charakterystycznym budynku ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. A pomyśleć, że jak widziałam plakat, to mi się na wymioty zbierało. Przez Ciebie (a raczej dzięki Tobie) obejrzałam trailer i przestałam na tym filmie koty wieszacz. kto wie? Może pójdę? A jak nie, to obejrzę jak już będzie można :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Mogłabym ten film obejrzeć, czuję się zachęcona :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gdy zobaczyłam trailer oniemiałam. Dodam, że z załamania. Filmu jeszcze nie oglądałam, ale po tych scenach, które widziałam i które pokazałam znajomym wyklarował mi się obraz wybuchowej mieszanki: Piratów z Karaibów, Matrixa, Resident Evil i Sherlocka Holmesa (o jakimś filmie chyba zapomniałam, ale bynajmniej nie byli to Trzej Muszkieterowie).
    Jeśli już bym obejrzała tę ekranizację, to wyłącznie dla MacFadyena i Waltza, a wnosząc z Twojego opisu ich postaci wynika, że warto :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Grawitacja bywa ponoć nieubłagana. Wiesz na czym polega wzbijanie się w powietrze? Otóż trzeba umiejętnie skoczyć i tak wycelować, ażeby nie spaść na ziemię :) To nie moja genialna definicja, lecz twórcy "Autostopem przez Galaktykę". A nowej wersji "Trzech..." nie widziałam jeszcze, może się skuszę, w końcu idą powoli chłody (ach ten cudny listopad, plus dwadzieścia na termometrze, Jazz!), jestem jednak zdania, że najlepsza wersja to ta z lat 90', z Ch. O'Donnelem (chyba tak się zwie ten smród) i K. Suterlandem. Kocham ten film a utwór: Stinga, Stewarta i Adamsa do dzisiaj wzbudza we mnie zachwyt :) Polecam :)

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Zastanawiałam sie swojego czasu, czy nie pójśc na ten film...

    OdpowiedzUsuń
  10. Eej, właśnie D'Artagnan był w tym wszystkim najśmieszniejszy! :D

    OdpowiedzUsuń