środa, 25 maja 2011

Mała syrenka – Hans Christian Andersen

Dziś nagle, w ciągu jednej chwili, odkryłam dla siebie na nowo „Małą syrenkę” Andersena i chciałabym się z wami tym podzielić.
Jako zjadacze disneyowego chleba przyzwyczailiśmy się do czerwono włosej Arielki i gadającego kraba, Eryka o uroczym uśmiechu i strasznej wiedźmy z mackami ośmiornicy. Ale czy pamiętacie jeszcze prawdziwą wersję tej bajki? Tę z bólem, rozpaczą, prawdziwą miłością i śmiercią? Tę ze strasznym zakończeniem, po którym morska piana nagle nabiera zupełnie innego znaczenia?

Kiedy teraz myślę o tej bajce, wydaje mi się arcydziełem. Mała syrenka ratująca nieznajomego w otchłani morza. Ratująca kogoś, kto jest dla niej obcy, inny, nie z jej gatunku. I zakochująca się w nim. To tak, jakby zakochać się w kosmicie. Przecież ona całe swoje życie mieszka w wodze, ma ogon, nie zna prawdziwego wiatru i słońca. I nagle zakochuje się w kimś, kto jest zupełnie inny, ma nogi, myśli inaczej i dzieli ich cały ogromny świat. Granica wody i powietrza.

A potem jest gotowa cierpieć ogromne męki tylko po to, by przy nim być. Każdy krok nowych, wyczarowanych nóżek przynosi niewyobrażalny ból. Tak, jakbyś stąpała po nożach… Ile cierpienia musi znieść ta mała zakochana dziewczynka? Tylko dla niego. Dla osoby, której tak naprawdę nie zna.

Ta bajka z perspektywy moim dwudziestu trzech lat, wydaje mi się teraz smutnym dramatem o wielkiej miłości. Historią o głębi uczuć. Czymś, co jest tak piękne i niezwykłe, że ciężko przejść obok tego obojętnie. My jednak przyzwyczailiśmy się do „Małej syrenki”, mijamy ją codziennie, odnośniki do niej, kolorowe książki, bajki, kolorowanki… A gdyby tak powrócić do źródła, do Andersena, i odkryć ją na nowo?

12 komentarzy:

  1. Uwielbiam H.Ch. Andersena i nawet teraz lubię powrócić do tego baśniowego, magicznego świata. Coś pięknego:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Szalenie pozytywnie zdziwiłaś mnie tym wyborem książki to recenzji. Uwielbiam, kiedy dzięki blogom mogę sobie coś przypomnieć, ale także poznać coś nowego... Uświadomiłaś mi, że nigdy nie czytałam tej oryginalnej wersji i sądząc po Twojej recenzji, mam co do nadrobienia....

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie jestem w trakcie poszukiwań godnego wydania baśni Andersena, które mogłoby posłużyć kilku pokoleniom. Myślę, że to obowiązkowa pozycja w każdej domowej bibliotece.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. To bardzo piękna i smutna baśń. Mama mi jej nie czytała, bo uważała że jest za smutna, zresztą ja płakałam nawet na Królowej śniegu ;) Wersja Disneya stworzona jest dla małych dziewczynek marzących o byciu księżniczką. Zresztą wszystkie bajki Disneya, które oglądałam wychowały mnie na wierzącą w miłość, przyjaźń i szczęśliwe zakończenia dziewczynę. To jest wspaniałe, ale z drugiej strony bardziej boli jak świat daje kopa w dupę i to niejednego.
    Mimo wszystko nie żałuj e i moje dzieci też będą te bajki oglądać.

    Z kolei Andersen tworzy swoje baśnie bardziej dla dorosłych, sam ukazuje w nich własne, osobiste lęki. W "Małej syrence" otrzymujemy jego niedopasowanie się do społeczeństwa, niedowzajemnioną miłość i wielkie cierpienie udawania kogoś kim się nie jest. Prawdziwa sztuka i artyzm w najczystszej postaci.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Podobie jak bajki Andersena, tak i oryginalne bajki braci Grimm wcale nie są takie cukierkowe. I fakt - zachęcasz swą recenzją do ponownego pochylenia się nad tymi historiami.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Rzeczywiście zachęcasz przeogromnie zwłaszcza jak przypomnę sobie te beznadziejne Zmierzchy, Szepty czy Dary Anioła... Być może kiedyś i ja powrócę do bajek Andersena czy braci Grimm, a raczej przeczytam je po raz pierwszy, bo niechętnie muszę przyznać, że nigdy ich nie czytałam...

    OdpowiedzUsuń
  7. Nigdy nie czytywałem ksiażek w języku Szekspira, może czas to zmienić?

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, czy w ogóle czytałam oryginalną wersję. Pewnie tak, ale to było w zamierzchłych czasach. W mojej głowie siedzą bracia Grimm, Charles Perault. Andersen to tak jakby inna bajka. Szkoda. Nadrobię, choć na pewno nie dzisiaj ;).

    OdpowiedzUsuń
  9. Och, dziękuję Ci za tę notkę! Ja tak kocham Andersena, nawet nie wiesz, jaką sprawiłaś mi przyjemność. "Mała syrenka" jest moim osobistym kanonem (chociaż lubię też słodką i uroczą bajeczkę Disney'a, ale ja generalnie jestem fanką ich filmów), oprócz tego też "Królowa Śniegu" i "Słowik". Do baśni w starszych wersjach (przede wszystkim Andersena, ale i okrutnych wersji braci Grimm) w ogóle warto wracać, zapominając na chwilę o tych różowych, słodziutkich i nieprawdziwych historyjkach, którymi karmi się dzisiaj dzieci, uważając, by się biedactwa nie przestraszyły. Bo w starszych baśniach tkwi świat, życie, prawda.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dla mnie baśnie są pełne stereotypów o miłości i dziewczynkach/dziewczynach/kobietach. Ja też odkryłam bajki na nowo i również Małą Syrenkę. Dlaczego to ona się poświęcała bo się zauroczyła? Czemu to nie mężczyzna ma się wyrzec swojego świata? To tak jakby kobieta musiała porzucić swoje JA aby być z mężczyzną... (a fe!) Zawsze to dziewczynki są biedne, cierpiące, poświęcające się (a fe do kwadratu!). Miłość tak samo nie polega na poświęcaniu siebie a radości z bicia razem i multum innych pozytywnych rzeczy. Kobiety sądzą też, że jak dadzą mężczyźnie wszystko co mają to zdobędą swojego Księcia. W bajce może tak jest ale nie w życiu. I nikt nie przyjedzie na białym koniu. Dlatego bajki są bajkami. Ostatnio artykuły na temat stereotypów oraz kształtowaniu się autonomii kobiety w męskim świecie dały mi wiele do myślenia. Baśnie i bajki może są piękne oraz kształtują wyobraźnię ale z perspektywy dorosłego spojrzenia mają bardzo niewiele wspólnego z rzeczywistością i mogą wyrządzić wiele szkód kobietom, które całe życie czekają na swojego księcia i poświęcają się tracąc swoją tożsamość.

    OdpowiedzUsuń
  11. Małą Syrenkę z tego co pamiętam czytano mi w dzieciństwie

    minął niecały rok od - z tą bajką wiążę się jedno wspomnienie z mojego życia. Poznałem kiedyś zajętą dziewczynę (powiedziała mi o tym już w 3 zdaniu), z którą spędziłem trochę czasu - zbyt wiele jak dla mnie. Urzekły mnie jej szaro-błękitne oczy, to, że można z nią było porozmawiać i o malarstwie Klimta, architekturze Wenecji, doświadczeniach życiowych, posłuchać jej narzekań na temat wszystkiego co żyje, jej małe delikatne dłonie, pociągająca twarz, najpiękniejsza talia jaką widziałem w życiu. To był chyba ostatni raz, kiedy tak długo rozmawialiśmy - skończyły nam się tematy do rozmowy i opowiedziała mi o swojej miłości do bajek - powiedziała coś w stylu - Wiesz, że prawdziwa wersja Małej Syrenki jest smutna - ona była w nim zakochana i poświęciła dla niego życie, a on ożenił się z inną, a Syrenka umarła - zamieniła się w pianę morską. Dopiero znacznie później przypomniałem sobie wyraz jej oczu i sposób w jaki to mówiła. Zrozumiałem tę aluzję.

    Phoe to nie jest tak, że zawsze dziewczynki są biedne, cierpiące. Mężczyźni też mają ciężkie życie, potrafią ciężko pracować, są zdolni do poświęceń i moim zdaniem częściej niż kobiety.

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy05 maja, 2012

    Tylko, że mala syrena z baśni Andersena, na nowo zyskała swoją tożsamość, bo dzięki miłości do księcia, ostatecznie nie zamieniła się w pianę morską, która nic nie znaczy, tylko została przyjęta do grona istot powietrznych, które dobrymi uczynkami spełnianymi na ziemi zyskują życie wieczne po śmierci - życie, o którym tak marzyła syrenka.
    Więc nie do końca z niej taka męczennica :)
    Kate

    OdpowiedzUsuń