poniedziałek, 28 marca 2011

InterŚwiat – Neil Gaiman i Michael Reaves


Z Gaimanem obecnie mam takie układy, że on wlepia swoje nazwisko na okładkę książki tuż nad tytułem, a ja nie zastanawiając się biorę tę książkę. Taką mamy umowę i póki co każde z nas jest zadowolone.

Tak właśnie zaczęłam czytać „InterŚwiat” - kompletnie nie wiedząc, co to i z czym to się je. A wiedzieć by wypadało. Otóż, panowie Gaiman i Reaves wymyślili InterŚwiat wieki temu, lecz nie jako książkę, a jako coś, co pokażą na ekranie. Chodzili po ludziach i opowiadali o swoim pomyśle, a wszyscy dziwnie na nich patrzyli. Toteż panowie w swoim geniuszu wymyślili, że napiszą o InterŚwiecie i może wtedy ich pomysł stanie się bardziej jasny dla reszty świata. Napisali. Ale nikt z bogów telewizji nie palił się, by to umieścić na ekran, za to bogowie wydawnictw stwierdzili, że czytelnicy z pewnością by InterŚwiat polubili.

Właśnie dlatego, kiedy sięgamy po tę książkę, mamy wrażenie, że oglądamy film lub serial, że trzymamy w dłoniach scenariusz. Taka jest prawda, to o wiele lepiej by się oglądało, niż czytało. Ale po kolei.

piątek, 25 marca 2011

Księga bez tytułu - Anonim


Nie ma autora, nie ma tytułu, a jak przeczytasz, to zginiesz. Mijałam tę książkę w każdej księgarni i tylko patrzyłam na nią pobłażliwie. No proszę was, nie takie chwyty reklamowe ze mną. Okładka kusiła, ale nie samą okładką żyje czytelnik. A potem natknęłam się na audiobooka czytanego przez Artura Barcisa i nie umiałam się oprzeć jego głosowi.

Opowiastka na dobranoc głosi, że „Księga bez tytułu” pojawiła się w Internecie umieszczona przez anonimowego autora i w ciągu kilku dni została wirtualną legendą. Minęło kilka miesięcy i pod drzwiami jednego z amerykańskich wydawnictw została znaleziona wielka paczka, która zawierała rękopis bez tytułu i nazwiska autora.

Od tamtego wydarzenia minęło parę lat, a „Księga bez tytułu” została wydana w większości krajów świata, tylko tajemniczy pisarz nadal nie chce się ujawnić. Wszyscy czekają aż to zrobi, bowiem jego honorarium wynosi już ponad 1 000 000 dolarów.

Intrygujące, prawda? Chwyt reklamowy jest niezły, ale czy za tym wszystkim nie chowa się zwykły bubel? No właśnie nie…

sobota, 19 marca 2011

1Q84 (tom 2) – Haruki Murakami


Alicja pobiegła za Białym Królikiem do jego nory i trafiła do Krainy Czarów. Za kim pobiegł Tengo? Za Fukaeri lub za jej książką - „Powietrzną poczwarką”. I trafił do roku 1Q84.

Drugi tom trylogii „1Q84” porywa jeszcze bardziej, niż pierwszy. Zwykle książki Murakamiego płyną wolno, poruszane uczuciami i emocjami bohatera. Tu natomiast pędzimy oczami strona po stronie, by się dowiedzieć, co ma się stać za chwilę. I nie ma się co dziwić. Mamy przecież Aomame, która jest morderczynią i swoje zlecenia wykonuje perfekcyjnie, a wierzcie mi, nie zabija zwykłym pistoletem. Jest również Tengo, pisarz przed debiutem, który poprawił powieść siedemnastolatki Fukaeri, dzięki czemu wygrała konkurs literacki oraz została bestsellerem. W owej powieści na niebie znajdują się dwa księżyce, dzieją się niesamowite rzeczy rodem z bajki. Tylko że…

I Aomame, i Tengo również widzą na swoim niebie dwa księżyce, mniejszy i większy. Rzeczywistość miesza się z książką, książka z rzeczywistością. Jednak kto powiedział, że to, co widzimy wokół nas jest prawdziwe? Kto ma takowe prawo, by przykleić do świata metkę z napisem „prawda”?

niedziela, 13 marca 2011

Gra o tron – George R.R. Martin


Gdy dostałam tę książkę od Mirandy, powiedziała tylko jedno słowo: „epicka”. Sceptycznie spojrzałam na ilość stron (cudowne 774!), no ale.. Miranda rządzi, Miranda radzi, Miranda… Słowem, po przeczytaniu dwustu stron książki, poleciałam kupić sobie własny egzemplarz, bo taką epickość winno się mieć na własność!

„W grze o tron zwycięża się albo umiera. Nie ma ziemi niczyjej.”

O czym może opowiadać „Gra o tron” jak nie o grze o tron. Intrygi, spiski, zdrady, wierność, knucie… Wszystkie ruchy dozwolone. A jak odejmiecie od tego magię, olbrzymy, wilkory i inne cudy niewidy, otrzymacie nasz prawdziwy świat średniowiecza. Od honoru do głupoty zaledwie jeden krok.

Do tego mamy tu multum postaci, w których czytelnik kompletnie się gubi przez pierwsze sto stron. A kiedy już zaczyna się w nich łapać… nie może się oderwać. Wtedy właśnie przychodzi czas na wybór swoich faworytów i tych, których nie znosimy. I właśnie postacie zachwyciły mnie u Martina najbardziej. Pisarz nie stawia na nikim metki „zły/dobry”. Tu mędrzec może popełnić ogromny błąd, a głupiec uratować sytuację. Bohaterowie są wrzucani w przeróżne życiowe sytuacje i ich wybory są zawsze niezwykle ludzkie, co sprawia, że czytelnik rozumie ich doskonale. Każda postać ma swoją historię, swoje doświadczenie, racje i poglądy. Żadnej postaci nie da się nazwać płytką i powierzchowną, już Martin o to zadbał. I wszyscy bohaterowie są niezwykle różnorodni, dzięki czemu każdy z czytelników znajdzie w „Grze o tron” coś dla siebie.