sobota, 19 lutego 2011

Zaklęci w czasie - Audrey Niffeneger

Są takie książki po które sięgamy, bo wszyscy, którzy nam je polecali, mieli przy tym oczy pełne zachwytu. Są książki, o których mówi wielu, a pochwalne epitety płyną i płyną. Są książki, które zbierają masę pozytywnych recenzji, które mamią i kuszą. A są i rozczarowania książkami.

Henry jest chory. Nie ma raka, ani kataru. On choruje na podróże w czasie. Nie panując nad tym przemieszcza się nagle to w przeszłość, to w przyszłość. A kiedy w teraźniejszości spotyka nagle Clare, którą widzi po raz pierwszy w życiu, dowiaduje się, że ona zna go od dziecka i że w przyszłości zostanie jego żoną. Dopiero potem Henry odkrywa, że podczas następnych podróży w czasie cofa się do przeszłości i poznaje malutką Clare.

I o tym właśnie jest ta książka. Henry znika i się pojawia, a Clare na niego czeka. Niczym małe puzzelki, rozdziały w miarę czytania dopasowują się do siebie i przekształcają w jedną nierozerwalną całość. To historia miłosna opowiedziana zupełnie na nowo, bowiem kochanków nie dzielą już nieporozumienia, rodzice czy inne przeciwności losu, ich dzieli czas. A czas jest rzeczą nieubłaganą.

Pomysł na ową historię jest świetny i z pewnością kosztował autorkę masę czasu, by logicznie poskładać wszystkie przeskoki czasowe. Niestety forma nieco zawiodła. Książka jest zbyt rozciągnięta. Możliwe, że gdyby Neffenegger zmieściła się w jakichś trzystu stronach, bardziej by to przemawiało do czytelnika. Jednak nawet nie o rozwlekłość chodzi. Głównie niszczy tę książkę monotonność dialogów. Czy to wina autorki, czy to tłumacza, jednak i wypowiedzi Henry’ego i wypowiedzi Clare są identyczne, niemal sztuczne, przez co wywoływały we mnie mało emocji. Nie przywiązałam się do żadnego z bohaterów (jedynie Alba chwyciła za serce, dla tej postaci warto przeczytać całość) i w chwilach, gdy powinnam płakać razem z nimi, nic we mnie nie drgnęło. Odrzuca także fizjologia bohaterów, jakby ważniejsze od ich uczuć i emocji było to, kiedy i jak często chodzą oni do łazienki.

Krytykuję, wiem. Jednak było w tej książce wiele dobrego. Ciekawe jest to, jak autorka ukazała ciąg przyczynowo-skutkowy naszego istnienia. Cokolwiek nie zrobimy w przeszłości, przyszłość i tak jest przesądzona. Możemy próbować wiele zmienić, a nie zmienimy nic. Ciekawy punkt widzenia w erze chrześcijaństwa, kiedy większość społeczeństwa rozkoszuje się wolną wolą.

A poza tym jest to książka o naprawdę pięknej miłości. O miłości, która cierpliwa jest, nie zazdrości, nie szuka swego, nie pamięta złego, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma (1Kor13,4-7). Mało jest takiej miłości we współczesnym świecie, wśród zdrad, rozwodów i wolności. Być może brak wolnej woli u Niffenegger nie jest wcale takim jednoznacznym pomysłem, a sięga o wiele głębiej do naszego jestestwa.

19 komentarzy:

  1. Obawiałam się właśnie tego, że przy takich gabarytach autorka może z czymś przedobrzyć i - jak widać - miałam rację. Wskazujesz jednak dużo plusów, a i film podobał mi się bardzo, więc kiedyś na pewno po nią sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po przeczytaniu tej książki miałam bardzo podobne odczucia. Najbardziej przeszkadzało mi to, że z żadnym z bohaterów się nie zżyłam, byli mi obojętni i czułam dokładnie, tak jak piszesz, że w momentach wzruszających teoretycznie zabrakło emocji.

    OdpowiedzUsuń
  3. Recenzja podoba mi się jak najbardziej :)Powiedziałaś to wszystko, co ja chciałam ująć na temat tej książki.
    Niby dobra, ale..

    OdpowiedzUsuń
  4. Skoro i miłości, to nie przeczytam. Zwłaszcza, że książka gruba, a Twoja recenzja skutecznie od niej odrzuca. Dla mnie forma jest bardzo ważna, a płynność dialogów (dobrych dialogów) to dla mnie klucz do sukcesu.

    Więc podziękuję ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja czytałam wydanie ze Świata Książki - tłumacz jest inny niż wydania z Nowej Prozy. Może ma to znaczenie, bo nie odniosłam wrażenia, że dialogi są mało zróżnicowane.:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mimo wszystko mam na nią ogromną ochotę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytałam już wiele uwag na temat tej książki, zarówno pochlebnych jak i tych mniej, ale jakoś mnie do niej nie ciągnie. Kieruje się noskiem, czyli moją własną, szmimiowatą intuicją. Może to jeszcze nie ten czas, może to ta tematyka... Sama nie wiem. Poza tym nie wiem czemu, ale miałam wrażenie, że już pisałaś o tej książce ;) Widać starzeję się, wszystko już mi się miesza. To chyba przez to, że na tylu blogach ludzie piszą ciągle o tym samym. Ciekawi mnie tylko, czy szukają jeszcze sami książek, sami z siebie, czy tylko papugują lub żerują na przesyłkach od wydawnictw? Hm... :/ Co nie znaczy, że i mnie nie zdarza się czytać czegoś, co czytało już wielu innych blogowiczów... Ech, plączę coś ostatnio.
    Dzisiaj z kolei zaczynam nieśmiało przestawiać się w stronę tego Murakamiego, zbieram się w sobie i zbieram, chyba w końcu sięgnę po jakąś jego książkę, pierwszą na razie :)

    Pozdrawiam serdecznie :))

    OdpowiedzUsuń
  8. Mi ta książka bardzo się podobała. W przeciwieństwie do Ciebie ryczałam pod koniec jak bóbr - i na książce, i na filmie.
    Taka miłość była niesamowita, bo Clare czekała wiernie, a Henry również - wtedy gdy wiedział o jej istnieniu. Nawet jak była dzieckiem. Coś cudownego.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jabłuszko19 lutego, 2011

    A ja dołączam do głosów krytycznych wobec tej książki. Moim zdaniem - wielka szmira, bez żadnej, nawet najdrobniejszej, wartości. Przeraźliwie nudna, przejaskrawiona w samym pomyśle fabularnym, napisana drętwym, niemrawym stylem, odwołująca się do emocji w sposób bardzo ukierunkowany, napisałabym nawet - wyrachowany. Bohaterowie - zupełnie nieprawdopodobni, bo aż mi się ze strachem myśli, że gdzieś mogłaby istnieć tak mdła para ludzi, przy której miś koala wykazuje więcej werwy i pasji. Szczerze dziwię się ludziom, których to powieścidło zachwyca aż do łzawych wzruszeń, ale ile książek, tylu czytelników i nie mnie wyrokować o jakości gustów.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja czytałam tę książkę jeszcze wtedy, gdy nie była taka słynna i była wydana pod innym tytułem. Pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał, ale nic poza tym. Męczyłam ją chyba z miesiąc i nie mogłam czytać więcej niż kilkanaście kartek dziennie żeby nie zasnąć. Wychodzi na to, że mam skłonności masochistyczne ;). O moim chłodnym stosunku do niej świadczy nawet fakt, że zalałam ją herbatą i nie było mi żal ;). Dla mnie była nudna, płytka i naprawdę nie wiem jak można się przy niej wzruszyć, bo mnie zwykle niewiele trzeba.

    OdpowiedzUsuń
  11. Przeczytałam jakiś czas temu. Najpierw widziałam film,który owszem obejrzałam, ale bez większych emocji. Dlatego do ksiązki nie bardzo mnie ciągnęło. A tu niespodzianka. Podobało mi się, i to nawet bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  12. Strasznie podobał mi się film, więc po książkę na pewno też sięgnę. Dzięki Twojej recenzji chcę ją przeczytać szybciej, mimo wszystko! :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Polecam Ci film w takim razie, bo mi się wydaje lepszy od książki (wyjątek od reguły ;), są same naijstotniejsze rzeczy bez rozwlekania i pięknie pokazane. Ja też się troszeczkę książką zawiodłam, bo wymagałam od niej bardzo wiele. Mam jeszcze pytanko - według Ciebie lepszą książką jest "Lustrzane odbicie", o którym pisałaś wcześniej czy "Zaklęci w czasie" ?

    P.S. Piękna sesja zdjęciowa na facebooku ;) Podejrzewam, że zmiana szablonu się szykuje z użyciem tamtych zdjęć ? ;>
    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Futbolowo, bo to jest tak, że książka pozbawiona plusów nie istnieje. Wszędzie można znaleźć coś dobrego, jeżeli tylko się chce. A tu było dużo dobrego, tylko za bardzo zostało rozcieńczone ilością stron ;)

    Dosiak, a Alba? Mnie chwyciła za serce.

    Biedronko, no właśnie, niby książka dobra, ale... I zawsze jest to ale.

    Darken, nie miałam na celu odrzucić od książki. Po prostu pokazałam jej wady i zalety. I podobno poprzednie tłumaczenia były lepsze :)

    Pozdrawiam Was serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  15. Moreni, pamiętam, jak mówiłaś mi, że to najnowsze tłumaczenie jest najgorsze. Może kiedyś uda mi się zajrzeć do innego przekładu i przekonam się osobiście, czy to w tłumaczeniu tkwi problem :)

    Ultramaryno, ja raczej nie żałuję, że przeczytałam ;)

    Basiu, u mnie to był ciąg przyczynowo-skutkowy. Przeczytałam "Lustrzane odbicie" i zachciałam przeczytać kolejną książkę autorki :) A to, że na blogach pojawiają się te same książki... Cóż, wielu dostaje egzemplarze recenzenckie, może to z tym związane?
    A za co Murakamiego się bierzesz? ;>

    Blackmilk, może na starość lat staję się czerstwa jak suchy chleb? Hm... Bo teoretycznie historia powinna wgniatać w ziemię i wyciskać łzy. A tu nic, ani jednej słonej kropelki.

    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Jabłuszko, nie bądźmy aż tak krytyczni. Wartość w książce była, bo pokazała prawdziwą, mocną miłość, bez rozwodów itp. A to już coś. A że mdła... No cóż, myślę, że są i bardziej mdłe książki ;)

    Mayo, wydaje mi się, że problem może tkwić także w tym, że autorka kompletni nie czuła swoich postaci. Stworzyła je z niczego, nadała masę idealnych cech. A jak wiemy, nie ma ludzi idealnych.

    Kamkap, a ja właśnie rozważam, czy warto film oglądać...

    Pandorcia, czyli warto, tak?

    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Przyjemnostki, po tych wszystkich komentarzach koniecznie obejrzę film.

    Moim zdaniem, moja droga, "Lustrzane odbicie" było o wiele lepsze. Postacie wydawały się żywsze, a i sama historia także. Nieco rozwlekłe, ale czytałam z większym zainteresowaniem niż "Zaklętych w czasie".

    PS Dziękować ^^ Wszystko dzięki utalentowanej Mirandzie z Kawy z cynamonem :) I właśnie rozważam zmianę na blogu, ale chyba poczekam, aż śniegi znikną :P

    Pozdrowionka :*

    OdpowiedzUsuń
  18. Mnie ta książka bardzo wzruszyła, choć ta historia to przecież bajka... :)

    OdpowiedzUsuń
  19. A ludzie kochają bajki ;)

    OdpowiedzUsuń