sobota, 25 grudnia 2010

Wesołych!

 

Kochani! 
Życzę Wam wesołych, magicznych i zdrowych świąt! 

Byście zawsze mogli postępować tak, jak chcecie Wy, a nie reszta świata :)

Wasza mała Aria

wtorek, 14 grudnia 2010

Zaplątani [2010]


‘Too weak to handle myself out there, huh, Mother? 
Well... tell that to my frying pan!’

O czym marzy księżniczka? O lampionach! Co robi księżniczka? Sprząta, gotuje, maluje! Czym walczy księżniczka? Patelnią!
Co? Nie wiecie o czym mówię? To pewnie dlatego, że nie oglądaliście jeszcze „Zaplątanych”. No to sio do kina! Chociaż nie! Stop! Przeczytać recenzje, a potem sio do kina! ;)

Niczym najwspanialsza siostra na świecie poszłam do kina z młodszym bratem i rzecz jasna trafiłam na salę pełną dzieci. A najpiękniejsze jest to, że śmiałam się najgłośniej z całej gromady. O tak, nie spodziewałam się, że film będzie aż tak dobry! Ale po kolei.

Historię Roszpunki, spisaną przez braci Grimm, zna każdy. Mała dziewczynka została zabrana od rodziców i zamknięta w wysokiej wieży przez złą czarownicę. Do owej wieży wspiąć się można tylko i wyłącznie po długich włosach Roszpunki i robi to tylko i wyłącznie jej nowa opiekunka. Ale do czasu.
Dodajcie do tego szczyptę Disneya, a otrzymamy zadziorną pannę o wielgachnych oczach i metrach złocistych włosów, szarmanckiego złodzieja z uroczym poczuciem humoru i… konia! Groźnego i walecznego konia, który węszy, kopie i gryzie. Prawda, że urocze?

Zastanawiam się, jak to Disneyowi udaje się po raz pięćdziesiąty wlepić wartości „miłość, marzenia, dobro” w nowe szaty i stworzyć kolejne arcydzieło. Bo wciąż bazujemy na tym samym schemacie, na dualizmie dobrego i złego, na zwycięstwie wiadomo czego nad czym. Zapewne wynika to z geniuszu pewnego pana o imieniu Walt Disney. Bo od „Królewny Śnieżki” zaczynając, nie daje nam się nudzić.

Mówiłam o miłości, marzeniach i dobrze, tak? Ale już śpieszę was zapewnić, że nie ma tu oklepanej księżniczki, jest za to bosonoga panna z ogromnym uśmiechem, która dzielnie walczy patelnią. Nie ma księcia na białym koniu, ale jest złodziejaszek o uwodzicielskim foszku. I… Tak! To on! Jest biały koń! I koń dostaje Oskara! (Bo nie ma już książąt na białych koniach, zostały same konie. Ale za to jakie!)
„Zaplątani” to bajka, która budzi w nas przeróżne uczucia. Można tu płakać ze śmiechu, a można po prostu płakać. Można śmiać się z ludzkich dylematów, a można zobaczyć teorię Freuda. Można uśmiechać się melancholijnie na oklepane hasła, a można wykrzykiwać je razem z Roszpunką. I przede wszystkim, można się świetnie bawić i cieszyć oko pięknem animacji.

Naprawdę polecam tę baję. Jest optymistyczna do granic możliwości, dobra i poważna zarazem. Piękne jest to, że choć oklepane, pewne wartości wciąż są obecne we współczesnym świecie. Bo przecież miłość, marzenia i dobrość to poniekąd trzy stałe naszej egzystencji. Idźcie więc na „Zaplątanych”. Zbierzcie ze sobą swoje dzieci – niech się pośmieją. Weźcie rodziców – niech przypomną sobie czasy dzieciństwa. Zaproście dziewczynę – z pewnością uroni łezkę. Chłopaka – bo nazwa „Roszpunka” została zmieniona na „Zaplątanych”, by nie odstraszyć męską część widowni. I w końcu weźcie mnie! Bo chcę iść jeszcze raz!

Mother Gothel: Look in that mirror. I see a strong, confident, beautiful young lady.
[Rapunzel smiles]
Mother Gothel: Oh look, you're here too.


wtorek, 7 grudnia 2010

Zaskoczony radością – C.S. Lewis


Powiedzieć, że Lewis jest moim ulubionym pisarzem, to tak, jakby stwierdzić, że lubię chleb z masłem. Zjadam kromkę i sięgam po następną. Okruszki spadają ze stołu. Żołądek trafi. I koniec.
Książki Lewisa nie są dla mnie czymś, co czytam i odkładam na półkę. Bo ten autor już dawno przestał być dla mnie ulubionym pisarzem, stał się czymś o wiele bliższym. I śmieszne może wydać się to, że uważam spotkanie z Lewisem za jedną ze wspanialszych rzeczy, jaka mnie spotka po śmierci.

Przyjaciół łączy zaufanie. Ono także łączy czytelnika i pisarza, który pisze autobiografię. Każdy opowiada o sobie inaczej. A jak opowiada Lewis? On poraża niesamowitą szczerością i otwartością. Pięknem w szczegółach i mądrością w pominięciach. Otwiera się przed nami w „Zaskoczonym radością” i opowiada o całym swoim życiu, o drodze do wiary, o ateizmie, miłości do książek, pisarstwie, rodzinie, bólu i radości. To, co pomija, nie jest ukryciem czegokolwiek przed czytelnikiem. Głównie skupia się w tej książce na swojej wierze. Lecz czymże jest wiara, jak nie naszym życiem, doświadczeniem i myślą.

Lewis nie tylko opowiada o swoim życiu, on także tłumaczy siebie, wewnętrzne paradoksy i zmiany myślenia. Układa swoją osobowość z wielu elementów, na które składają się głównie książki i ludzie. Jesteśmy niczym, bez tych, którzy nas otaczają, prawda?
Ale nie tylko o Lewisie możemy poczytać w tej książce. Mówiąc o swoim życiu, pisarz w rzetelny i dokładny sposób ukazuje nam realia panujące na przełomie XIX i XX wieku. Pokazuje świat oczami małego chłopca, jego myśli, emocje, przeżycia. Jak to jest dorastać? To jest tak, że masz ogromne problemy, które dorośli za problemy nie uważają. Myślę, że każdy z nas to przeżył. A mimo to, wewnętrzny świat małego Lewisa potrafi wstrząsną czytelnikiem i wywołać współczucie oraz podziw.
Bardzo ciekawa jest opowieść o tamtejszych szkołach. Jack snuje swoją opowieść przedstawiając ją z perspektywy małego chłopca, choć widzi swoje wspomnienia dojrzałym okiem. Jednak zależy mu na rzetelności, na dokładnym ukazaniu swojego sposobu myślenia, który zaprowadził go do stania się prawdziwym chrześcijaninem.

„Zaskoczony radością” to jedna z lepszych książek, jakie czytałam tego autora. Jej głównym atutem jest przede wszystkim żywość i szczerość. Lewis nie próbuje pokazać, jaki to on jest mądry czy wspaniały (choć owszem, jest! Ale nie musi tego pokazywać, ponieważ to widać gołym okiem). Pokazuje prawdę o sobie samym i owa prawda zachwyca, zaciekawia i intryguje. A sam Jack staje się nam jeszcze bliższy.


Esprit dziękuję za możliwość napisania recenzji :) 

sobota, 4 grudnia 2010

Kwiat pustyni – Waris Dirie / film [2008]

"Poczułam w sobie niespożytą siłę. Nie znasz takiej siły, dopóki cię ktoś nie zaatakuje, nie spróbuje Cię zabić, zniewolić. Dopóki coś takiego się nie wydarzy, nikt nie wie, jak może być silny" 
(Kwiat pustyni – Waris Dirie)


„Kwiat pustyni” przeczytałam będąc jeszcze w gimnazjum i pamiętam, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie ta książka. Czytając historię Waris czułam, jak wszystkie codzienne problemy, z którymi się borykałam i borykam w życiu małej kobiety, nagle zaczęły blaknąć. Naprawdę mamy szczęście mieszkać w krajach, gdzie mężczyźni nie mają prawa traktować nas przedmiotowo. Życie Waris było inne…

Urodziła się w 1965 roku w Somalii, na pustyni. W miejscu, gdzie kobieta jest przedmiotem, a mężczyzna jej panem. W wieku trzech lat została poddana obrzezaniu. Czynu makabrycznemu, który uczyniła kobieta kobiecie, bo taka była wola mężczyzny. Sprawiało to, że kobieta stawała się czysta.
To była tradycja, matka i siostry Waris także przez to przeszły i nie wszystkie to przeżyły. Tak po prostu było i nikt z tym nie walczył. Dziewczynka sprzeciwiła się dopiero gdy jej ojciec zachciał wydać ją za mąż za starszego mężczyznę. Wtedy właśnie uciekła. Powiedziała swojemu życiu „nie!” i skierowała oczy ku światu, do którego droga leżała nie tylko przez pustynię.


Myślę, że dziś każdy zna historię Waris Dirie, modeliki, pisarki, ambasadorki ONZ i po prostu kobiety. Kobiety w każdym calu. Kobiety, którą spotkała ogromna krzywda, ale która potrafiła powiedzieć o tym głośno, oznajmić światu o problemu obrzezania i zacząć z nim walczyć. Тak właśnie powstała autobiograficzna książka „Kwiat pustyni”, a w 2009 roku powstał film na jej podstawie.

Kiedy zaczynałam go oglądać, bałam się. Bałam się tego, co może pokazać. Czytać to jedno, zobaczyć to drugie. Już od pierwszych kadrów historia Waris porywa na nowo. I uderza kontrast – tragiczność i piękno. O tak, film „Kwiat pustyni” jest przepiękny. Krajobrazy, aktorzy, ich ruchy – wszystko jest niesamowicie piękne i na każdy oddzielny kard można patrzeć jak na obraz.
Grze aktorskiej Liyi Kebede (Waris) i Sally Hawkins (Marylin) mogłabym klaskać na stojąco. To, co te panie uczyniły w filmie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie dało się oderwać od nich oczu, nie tylko przez to, jak odtwarzały swoje role, ale także przez ich piękno i ogromną charyzmę.

Nie będę wam rozprawiać o muzyce czy scenografii, przyznam szczerze, że sama historia pokazywana w filmie za bardzo mną zawładnęła. Były sceny, kiedy człowiek zapomina o oddychaniu. Scena, gdzie Waris odkrywa, że nie wszystkie kobiety na świecie są poddawane obrzezaniu. Scena, gdzie trafia do ginekologa nękana strasznymi bólami, a somalijski pielęgniarz tłumacząc słowa lekarza o możliwości operacji i uratowania jej, pyta w ojczystym języku, jak ona może obnażać się przed innym mężczyzną, jak może tak bezcześcić swoją rodzinę i tradycję. Takie momenty poruszają i czuje się strach. Strach o wszystkie kobiety na świecie, które muszą mieć małe stopy lub czynić inne makabryczne rzeczy, by być „pięknymi”. I powstaje pytanie – dlaczego kobiety?  Dlaczego muszą tak cierpieć? Czy są gorsze?

Rzucam te pytania w przestrzeń. Bo jaka ma być na nie odpowiedź? Że kobieta jest kwiatem? Masą niesamowitych emocją, eksplozją uczuć, pięknem zaklętym w duszy? Te słowa nie zmienią tego, że w Somalii wciąż małe dziewczynki muszą przejść przez obrzęd obrzezania, by móc być czystą dla swojego mężczyzny.