wtorek, 30 listopada 2010

Książę Mgły – Carlos Ruiz Zafón


Dla mnie Zafón jest mistrzem obrazów. Jego powieści nie czyta się, je się widzi. Widzi się zakurzony cmentarz książek, mężczyznę piszącego na maszynce bez opamiętania, dziewczynkę wyłaniającą się z mgły na rowerze i ogród pełen pomników… Te obrazy, jakkolwiek są nieuchwytne, zostają w pamięci na zawsze. Można zapomnieć główny wątek, ale one zostaną. Nie bohaterzy, nie przesłanie, nie miejsce akcji, a właśnie obrazy. Krótkie, nieuchwytne sceny, przepełnione magią rzeczywistą, czyli taką, która ma miejsce w naszym racjonalnym życiu.
A i tytuły książek Zafóna są tak samo nierzeczywiste. Bo czy wiatr ma cień? A czy anioł może prowadzić grę? I Marina – dziewczynka tak nierzeczywista jak mgła, z której się wyłoniła jadąc na rowerze. I Książę, który jest panem czegoś niemal niematerialnego. Bo czy można rządzić mgłą? Można. I o tym chcę Wam dziś opowiedzieć.

Rozbijasz kamieniem starą kłódkę i wchodzisz do opustoszałego ogrodu. Chwasty zarosły wszystko, co niegdyś pieszczotliwie pielęgnował pilny ogrodnik. Mgła wypełnia ogród niczym oddech, a w niej widzisz posągi. Martwe, nieporuszone posągi cyrkowców. Klown, miotacz noży, kobieta guma. Tak ekspresywna sztuka zaklęta w kamienny bezruch zdaje się niemal szyderstwem. Ale… Chwila! Czy… Czy ten klown się poruszył?

Carlos Ruiz Zafón zachwycił cały świat „Cieniem wiatru”, jednak to nie ta książka była jego debiutancką powieścią. Drzwi do miana pisarza otworzył twórcy „Książę Mgły”. Doczekaliśmy się jego wydania dopiero po trzech innych tytułach Zafóna. I powiem Wam, że warto było czekać.
Wszystkie księgarnie zgodnie okrzyknęły „Księcia Mgły” powieścią dla młodzieży. A i sam Zafón nie zaprzecza temu, pisząc we wstępie do książki: „choć powstały z myślą o młodym odbiorcy, miałem nadzieję, że przypadną do gustu wszystkim, bez względu na wiek.” Osobiście przekroczyłam już uroczy wiek młodzieży i mogę z dumą nosić miano dwudziestoparolatki, a mimo to „Książę Mgły” poruszył całą mną.
Z początku wydawać by się mogło, że jest to faktycznie bardzo ciekawa pozycja dla młodzieży. Młody Max, jego starsza i młodsza siostra, przeprowadzka, nowy dom pełen tajemnic. I czyżby duchy? Aż się żałuje, że nie trzymało się tej książki będąc nastolatkiem.
Carlos Ruiz Zafón
Jednak z czasem bohaterowie zaczynają zaskakiwać głębią, jaka się kryje pod ich osobowościami, ciekawymi wyborami, zaskakującym tokiem myślenia. Nawet odwagą, która jest tak bardzo charakterystyczna dla bohaterów młodzieżowych, że aż przejaskrawiona, a u Zafóna wychodzi tak naturalna. Poznajemy siebie dopiero w sytuacjach ekstremalnych, czyż nie?
I do tego wszystkiego dodajcie magię. Magię przerażającą, zimną i opisaną w niezwykle rzeczywisty sposób. Tak, że jesteśmy w stanie w nią uwierzyć. Krok po kroku, wraz z bohaterami, powoli wpuszczamy do swojego umysłu możliwość istnienia czegoś nierealnego. A potem powstaje pytanie, co my byśmy zrobili na miejscu bohaterów Zafóna?

Czy można powiedzieć, że to powieść dla młodzieży? I tak, i nie. Myślę, że to pozycja dla każdego, nie ważne ile ma lat. „Książę Mgły” zaciekawia, wprowadza tajemnicę i zadaje pytania. I, jak to zwykł czynić Zafón, nie na każde jest odpowiedź. Są rzeczy nieuchwytne, tak jak mgła. Możliwe, że książka ta zaczyna się dla młodzieży, ale w trakcie jej czytania czytelnik zmienia się, i odkładając tę powieść, w jego oczach może pojawić się dojrzałość.

Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury

sobota, 27 listopada 2010

Tancerka Degasa – Kathryn Wagner


„Wyobraźcie sobie, że kreski, które rysuje, zmuszają mnie do tańca (…). Niemal widzę, jak jego ręka wędruje w górę kartki, a ja w tym samym momencie czuję skurcz w nodze i wyobrażam sobie, że najmniejszy ruch jego nadgarstka przyniesie mi ulgę.”
(„Tancerka Degasa” Kathryn Wagner)

Tymi słowami Kathryn Wagner, młoda amerykańska pisarka, zaczyna snuć swoją opowieść. Otwiera przed czytelnikiem magiczny świat sztuki i pokazuje go nie jako wynik końcowy, którym możemy zachwycać się w muzeum, a od kuchni, od momentu, w którym wszystko się zaczyna…

Alexandrie pochodzi z biednej rodziny. Nie tylko z biednej, ale i z zadłużonej, co stawia ją w niekorzystnej sytuacji, jako kandydatkę na żonę. Jednak mała dziewczynka ma nieco inny cel w życiu – kocha taniec i nie zaspokaja ją tylko miłość do niego. Pragnie być najlepsza, zostać primabaleriną i podbić serca Paryżan. Ma w sobie tyle zaparcia, że, by wciąż pobierać lekcje, sprząta w szkole baletowej zamiast płacić pieniądze za naukę.
Spełnione marzenie składa cię z cichego westchnienia oraz długiej i mozolnej pracy. Alexandrie swoje marzenie spełniła, bo oto została przyjęta do Opery Paryskiej. Jednak w świecie sztuki marzenia mają to do siebie, że nigdy nie wyglądają tak, jak w naszej wyobraźni.

Edgar Degas - Cztery tancerki (1890)
Na pierwszy rzut oka różowa okładka książki przywołuje nam na myśl powieść, gdzie na pierwszy plan wysuwa się romans. Niech was to nie zmyli. „Tancerka Degasa” to przede wszystkim książka o sztuce, o dążeniu do swoich marzeń i o świecie, w którym niektóre marzenia nie mają racji bytu. I owszem, pojawia się tu także miłość, lecz miłość w szczególnym jej aspekcie. Przede wszystkim miłość twórcy do sztuki – skomplikowane, wyjątkowe uczucie, którego nie zrozumie nikt, poza samym twórcą. Pani Wagner przepięknie je pokazała, niekiedy utożsamiając niemal z szaleństwem, które kieruje mistrzem, nakazując mu iść po trupach do celu.
Obecna tu jest także inna miłość. Miłość do artysty. Czy można pokochać geniusza? Oczywiście. Jednak taka miłość skazana będzie na wieczne nieodwzajemnienie, bowiem twórca, kochając swoje dzieło i swoją sztukę, nie może się rozdrabniać na coś tak błahego jak uczucie do człowieka. Może kochać muzę, przelotnie i jedynie na chwilę.

Edgar Degas - Autoportret
Jednak nie jest to książka o miłości, przede wszystkim opowiada o sztuce. O pięknie i szkaradności baletu, gdzie nie zawsze to, co widzi widz, jest prawdą. Wagner mówi czytelnikowi o kulisach tej instytucji, skandalicznych prawach, które nią rządzą i o życiu baletnicy, kariera której kończy się w wieku dwudziestu pięciu lat.
Jest to także historia o Edgarze Degasie (1834-1917), francuskim malarzu i rzeźbiarzu, impresjoniście, obrazy którego porażają umiejętnością twórcy do uchwycenia przelotnej chwili. W „Tancerce Degasa” malarz ożywa, staje się postacią z krwi i kości, a nie tylko literkami w encyklopedii i obrazami na wystawach. Kathryn Wagner pisząc tę książkę, korzystała z „Degas Letters”, dzięki czemu narracja malarza jest wzbogacona własnymi słowami artysty. A sama okładka, która może być jakże zwodnicza, jeżeli chodzi o gatunek książki, jest niczym innym, jak „Primaballeriną” (1878) samego Degasa.

Jest w tej książce coś, co czyni ją niezwykle aktualną w obecnych czasach. Otóż bohaterowie na przykładzie własnego życia pokazują współczesnemu czytelnikowi, jaką wartość mają marzenia i dążenie do celu. I do jakiego celu dochodzi się, będąc wiernemu samemu sobie. Bo nie zawsze warto skakać z mostu, jeżeli skoczył z niego cały świat.

Edgar Degas - Błękitne tancerki (1899)

 Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury

poniedziałek, 22 listopada 2010

Amerykańscy bogowie – Neil Gaiman


„"Oswoić" znaczy "stworzyć więzy". 
Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś.”
(Antoine de Saint-Exupery "Mały Książę")

Kiedy będąc na trzecim roku filologii, zaczęłam pisać pracę licencjacką na temat pogaństwa we współczesnej kulturze, moje życie wypełniło się ogromnymi odkryciami. Miałam wrażenie, że na nowo poznaję świat. Prawda jest taka, że prastare wierzenia wciąż są obecne wśród nas – w świętach, w religii, przesądach, powiedzeniach, nazwach miast, w literaturze itp. Tylko nie zawsze je zauważamy, nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że opowiadamy dzieciom bajki o pradawnych bogach, wypowiadamy w przysłowiach pogańskie zaklęcia, a w kościele nierzadko modlimy się do symbolu słońca.
Pogaństwa nie wyrwie się z naszej rzeczywistości, stanowi ono mocny fundament obecnej kultury. Nie przekreślimy przeszłości, możemy jedynie o niej zapomnieć…

Otworem stoją bramy nasze, niestrzeżone,
Do środka wpada przez nie zbity tłum,
Ludzi znad Wołgi, ze stepów, znad Donu,
Ludów z Hoang-Ho głosów słychać szum,
Malaje i Celtowie, i Teutoni,
Starego Świata opuszczają brzeg,
Przynoszą z sobą wiarę z obcych błoni,
Bogów, obrzędy, pasji dziwnych bieg,
Nasze ulice obce słyszą głosy,
Obce języki strachem jeżą włosy.
Głosy, co rodem z Wieży Babel są.

( Thomas Bailey Aldrich, “Niestrzeżone bramy”, 1882)

Na sam dźwięk nazwiska „Gaiman” mam ciarki, bo nigdy nie wiem, czym ten pisarz może zaskoczyć. Zanim sięgnęłam po „Amerykańskich bogów”, przeszłam przez „Gwiezdny pył”. „Nigdziebądź” i „Koralinę”, a Bogowie sobie leżeli i czekali… A gdy zaczęłam czytać tę książkę, wystraszyłam się, że przeczytam ją za szybko. Kocham tę powieść i chcę przeczytać ją po raz drugi, trzeci, czwarty…

„Nikt nie jest Amerykaninem – odparł Wednesday. – Nie z pochodzenia. Właśnie o to chodzi.”*

Gaiman stworzył mitologię dla Ameryki, budując książkę na podstawie jednego prostego pytania: „Co się dzieje z zapomnianymi bogami?”.
Czasy się zmieniają. Wierzymy w jedno, potem w drugie, ale wciąż wierzymy. Ciągamy swoich bogów za sobą po całym świecie, a potem o nich zapominamy i już mamy nowych. Ale co ze starymi? Co się dzieje z tymi, o których zapomnieliśmy? „"Oswoić" znaczy "stworzyć więzy". Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś.”

Po Ameryce włóczą się smutni starzy bogowie, którzy przybyli tu ze Skandynawii, Afryki, Azji – zewsząd. Przyjechali tu za swoimi wyznawcami, a potem zostali zapomniani. Pojawili się nowi bogowie – bogowie Internetu, zakupów, telewizji. Bogowie, którym współczesny człowiek oddaje całego siebie. Jest się nad czym zastanowić prawda?

Poraża mnie ogrom pracy, jaką Gaiman włożył w tę książkę. Musiał zapewne przeczytać wszystkie mitologie świata. Poza tym zaskakuje jego wybór bogów, bo nie zdecydował się umieścić w książce najważniejsze bóstwa z każdego wyznania.  Poza tym nie wszystko jest podane na dłoni, jak się czytelnikowi wydaje. Czasami trzeba się zastanowić, pogłówkować, poszukać szczęki, która nagle spada na podłogę.  A do tego, wszystkie te poważne, głębokie i nierzadko filozoficzne sprawy, są opisane niezwykłym stylem Gaimana.

„- Jak mam się dostać do Egiptu?
- Wzdłuż Missisipi, na południe. Znajdź Szakala.
- Posłuchaj – rzekł Cień. – Nie chcę, żebyś pomyślał… Jezu… - Urwał. Zebrał myśli. Było mu zimno. Stał w środku lasu i rozmawiał z wielkim, czarnym ptakiem, który właśnie pożywiał się trupem Bambi.”*

O Cieniu, głównym bohaterze, można mówić wiele, a można nie powiedzieć nic. Ponieważ jest on cieniem – czasami niczym, a czasami wszystkim. Ta postać wydaje się być fenomenem. Raz jest zwykłym facetem, który spędził w więzieniu kilka lat, a raz intelektualistą-filozofem, który zna mitologie całego świata. Jest niczym Odyseusz, który nie ma poco wracać do Itaki, gdyż Penelopa nie żyje.

„Amerykańscy bogowie” to taka książka, którą nie chcę się kończyć, która zachęca do pogrzebania w mitologiach i która sama uczy oraz skłania do myślenia. Co się dzieje z zapomnianymi bogami? Czy istnieją wszystkie, czy jest Jeden o wielu imionach? Gaiman zadaje wiele pytań i na nie odpowiada, lub nie. Ta książka jest niezwykłą zabawą autora z czytelnikiem, jakbyśmy się ścigali z twórcą o szybkość odgadnięcia, którego boga on teraz opisuje. A bogów jest mnóstwo, bo widzicie, człowiek to taka istota, która nie może żyć bez wiary. Bogowie natomiast to stworzenia, które nie mogą żyć bez człowieka.

„Bogowie są wielcy, lecz serce jest większe, bo właśnie z niego przychodzą i do naszych serc powrócą.”*

_________________________________________________
*Cytaty pochodzą z „Amerykańscy bogowie” Neil Gaiman

czwartek, 18 listopada 2010

Lustrzane odbicie – Audrey Niffenegger


Wierzycie w duchy? W to, że po śmierci dusza nie odchodzi do nieba czy piekła, tylko snuje się po ziemi? W poruszające się ołówki, spadające książki, odgłosy kroków i zimny powiew? O duchach często opowiada się na biwaku, snuje się straszną opowieść, gdy wszyscy siedzą otuleni śpiworami i kocami. Bo pierwszym skojarzeniem z duchami jest strach. Niffenegger także napisała książkę o duchu, tylko u niej on nie wywołuje strachu. Stworzyła powieść o zjawiskach paranormalnych, które opisała w tak rzeczywisty sposób, że po przeczytaniu książki jestem gotowa traktować zjawy na porządku dziennym.

„Elspeth miała wrażenie, że znalazła się na progu przełomu. Od jakiegoś czasu bardzo poważnie zastanawiała się nad straszeniem. Istnieje pewna równowaga między jego estetyczną i praktyczną stroną.”*

„Lustrzane odbicie” skupia w sobie kilka historii. Historii ludzi, duchów i zabytków. Trzy mieszkania – trzy piętra. Na samej górze mieszka małżeństwo: Marijke i chory na agorafobię Martin. On zakleja okna gazetami, wciąż coś sprząta i poświęca godziny na prysznic, a ona kocha go, choć brakuje jej już sił na takie życie.
Na samym dole mieszka Robert. Pisze doktorat na temat cmentarza Highgate, który mieści się tuż przy domu, w którym mieszka. Jednak to nie cmentarz był powodem, dla którego wynajął to mieszkanie. Powodem była Elspeth – lokatorka mieszkająca tuż nad nim.
Elspeth i jej bliźniaczą siostrę Edie dzieli cały Atlantyk oraz coś tajemniczego sprzed lat. Nawiązują kontakt dopiero pod koniec życia Elspeth, umierającej na białaczkę. Po jej śmierci córki Edie dowiadują się, że odziedziczyły w Londynie mieszkanie po ciotce, której nigdy nie znały. Julia i Valentina, siostry bliźniaczki, cieszą się z tego spadku, z możliwości rozpoczęcia samodzielnego życia. Po pewnym czasie okazuje się, że ciotka zostawiła im mieszkanie z dodatkiem, nie wiedziała bowiem, że po śmierci zostanie uwięziona w tych murach jako duch.

Jak napisał w „Amerykańskich bogach” Neil Gaiman: „bliźnięta uważano za istoty magiczne”. I Niffenegger pokazuje nam, na czym owa magia polega. Wprowadza nas w tajemniczy świat bliźniąt, ich wzajemne relacje i nierozerwalny sposób patrzenia na świat, łączącą je więź oraz ukryte pragnienie zerwania tej więzi.

„Julia wyjęła szminkę i bez lusterka pomalowała usta. Podała sztyfcik siostrze, która zrobiła to samo. Popatrzyły na siebie. Julia uniosła dłoń i starła maleńką plamkę rozmazanej szminki z kącika ust bliźniaczki.”*

Jednym z bohaterów książki jest także londyński cmentarz Highgate, który stanowi nie tylko tło powieści, lecz wkracza w nią i zachęca czytelnika do wycieczki po nim. Uwielbiam książki, które nie tylko pozwalają mi miło spędzić czas, lecz także uczą czegoś nowego. A w „Lustrzanym odbiciu” mamy okazję wyruszyć na kilkustronicową wycieczkę po cmentarzu i poznać to miejsce nieco lepiej.

Audrey Niffenegger
Nie chciałabym porównywać tej książki do żadnej innej, jednak skojarzenie z „Trzynastą opowieścią” Diany Setterfield nasuwa się samo. Obie książki są utrzymane w gotyckim nastroju mrocznych tajemnic bliźniaczego życia. I jeżeli ze słów „Trzynastej opowieści” sączy się mroczny chłód pradawnych sekretów, chorej miłości do książek i czegoś nierzeczywistego, to w „Lustrzanym odbiciu” wszystko wydaje się mocno osadzone w realnym świecie, nawet duch.
Oryginalny tytuł powieści (‘Her Fearful Symmetry’) momentalnie nakierowuje czytelnika na wiersz Williama Blake’a „Tygrys” (‘The Tyger’). I nie tylko tytuł, lecz także sama treść, cały wątek bliźniąt, zdaje się odzwierciedlać w pewien sposób ów wiersz.

Marzenia ma każdy z nas. Ktoś chce się usamodzielnić, ktoś za kimś tęskni, a ktoś pragnie pozbyć się lęku. Audrey Niffenegger pokazała nam dążenie do tych marzeń, dążenie uparte, niepewne lub powolne. Każdy z bohaterów przeszedł własną drogę, dla jednych była to droga przez próg własnego mieszkania, dla innych – z grobu. Skutki były różne, czasami bowiem nie warto bić się o swoje cele na upartego, czasami warto nauczyć się cieszyć tym, co się ma.

________________________________________
*Cytaty pochodzą z „Lustrzane odbicie” Audrey Niffenegger, Warszawa 2010

Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury

poniedziałek, 15 listopada 2010

Sługa Kości – Anne Rice

Nie pamiętałem Jeruzalem. Nie urodziłem się tam. Moja matka została wywieziona jako dziecko przez Nabuchodonozora wraz z całą naszą rodziną i plemieniem, a ja ujrzałem światło dzienne jako Hebrajczyk w Babilonie…”*

Kim jest Azriel nie wie nawet on sam. Duch, anioł, demon. Jest tym wszystkim i każdym z osobna. Kiedyś był śmiertelnikiem, pragnął uratować swój lud, poświęcił siebie, lecz tego nie wystarczyło. Musiał zostać Sługą Kości.
Istotę Sługi Kości nie można wytłumaczyć w kilku zdaniach, sam Azriel do końca nie mógł pojąć kim lub czym jest, dlaczego został tym kim jest i czemu ma służyć jego egzystencja. Jego życie rozpoczęło się wieki temu i płynęło przez tysiąclecia pokazując mu upadki i rozkwity wielkich i małych kultur. Teraz Azriel przyszedł do Jonathana, naukowca i pisarza, pragnąc opowiedzieć mu swoja historię.

Początek „Sługi Kości” do złudzenia przypomina „Wywiad wampirem”. Nieśmiertelna istota chce opowiedzieć o swoim wielowiekowym życiu śmiertelnikowi. Dyktafon zostaje włączony, taśma bezszelestnie rejestruje każdy dźwięk i zaczyna się opowieść. W tym miejscu podobieństwo się  kończy. Anne Rice stworzyła powieść, która nie przypomina niczego, co dotychczas zostało napisane. Opowiedziała czytelnikowi o życiu wiecznym w sposób inny, oryginalny i przyciągający.
Mimo mnóstwa historycznych faktów, przemyśleń bohatera i dialogów, poruszających fundamenty filozofii i istoty istnienia, książkę czyta się niczym thriller. Styl Rice sprawia, że przez te 430 stron płynie się lekko i nie chce się zatrzymać, wciąż pragnąć więcej. Azriel intryguje. W jednej chwili przepełnia go gniew, w następnej obdarza świat bezbrzeżną miłością. Jest zarazem egoistą i pokornym sługą Boga.
Rice prowadzi nas przez wieki pokazując pogańskie obrzędy, sposób myślenia człowieka na przestrzeni epok, ukazuje prawdę o sektach i zgubny fanatyzm. „Sługa Kości” i cale życie Azriela jest niczym układanka z miliona puzzli. On sam nie wie aż do końca, po co istnieje. Tak samo i czytelnik, śledząc jego życie, myśli że czyta o duchu, skrzywdzonym śmiertelniku skazanym na nieśmiertelność. Dopiero na ostatnich stronach otrzymujemy najważniejszy kawałek układanki i można poczuć dreszcze, czytając, do czego prowadziło Azriela jego życie.

W Anne Rice najbardziej zachwyca mnie jej umiejętność patrzenia na świat poprzez bieg dziejów. Widzi go w całości i jest zdolna nadać nieśmiertelnemu bohaterowi uczucia, myśli, charakter – cechy, które będą tak bardzo różniły go od śmiertelników. Według mnie jest to niezwykła zdolność, bo przecież pisząc o kimś, pisarz w pewnym stopniu sam staje się tą postacią, przejmuje jej myśli i uczuci. Rice robi to znakomicie, czytając jej książki wydaje się, że sami zaglądamy do umysłu istot, które nie mogą umrzeć. I jeżeli Louis z „Wywiadu z wampirem” sam podjął decyzję o swojej nieśmiertelności (w mniejszym lub większym stopniu będąc świadomym na co się zgadza), a potem przez wieki żałował i walczył ze swoją nową naturą, to Azriel nie miał takiego wyboru. Został skazany na nieśmiertelność i na bycie Sługą Kości, egzystencja którego jest jeszcze bardziej krwawa niż istota bycia wampirem. I przy tym Louis mógłby wielu rzeczy od Azriela się nauczyć, przede wszystkim pokory i pogodzenia się z tym, co nas w życiu spotyka. Nieważne czy tracimy życie czy własną śmiertelność, czy jesteśmy skazani na zabijanie, by przetrwać, czy stajemy się mordercą z przymusu, wszystko ma swój sens, cel, wszystko do czegoś prowadzi. Z początku Azriel nie rozumiał do czego, ale gdy wzniósł się wyżej, ujrzał istotę i logikę, zrozumiał, że przypadki nie istnieją, a „celem życia jest wiedzieć i kochać”**.

Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury

_________________________________________
Cytaty pochodzą z:
*Anne Rice „Sługa Kości”, Rebis 2010, str. 30
**str. 117

piątek, 12 listopada 2010

I kto by pomyślał...

... że nasze małe "Przeczytaj mnie" doświadczy chwały i sławy! A jednak świat zaskakuje i napisano o nas! O mnie i o Was, bo bez Was (czytelników i komentatorów oraz tych, co wspierają ten blog telepatycznie) nie byłoby "Przeczytaj mnie".

Śpieszę więc z wiadomością, iż pewno ciekawe wydawnictwo Zaszafie dostrzegło tego skromnego blogaska i o nim napisało. O tu :) Zaszafiu dziękuję i Wam również :)

czwartek, 11 listopada 2010

47 Samuraj - Stephen Hunter


Recenzja napisana dla portalu Lubimy Czytać
"Stal tnie ciało/ stal tnie kości/ stal nie tnie stali.”*

Granice między państwami dzielą nie tylko na mapie kraje oznaczone innymi kolorami. Stanowią także wyrzeźbione mury pomiędzy mentalnością, kulturą, historią i ludźmi. Jeden krok i jesteś w zupełnie innym świecie, na innej planecie, wśród ludzi, których nigdy nie zrozumiesz, możesz znać ich język, ich przeszłość i teraźniejszość, ich zwyczaje, ale nigdy nie będziesz myśleć tak jak oni. A przecież zrobiłeś tylko jeden krok, przekroczyłeś granicę.

„47 Samuraj” to przede wszystkim historia o mieczu. O ostrzu, które 21 lutego 1945 zabłysło na wojnie między Japończykiem a Amerykaninem, a wiele lat później połączyło przyjaźnią ich synów, którzy szanowali i kochali swoich ojców, a do siebie nawzajem nie żywili niechęci za to, że jeden ojciec zabił drugiego.

„- Wiem tylko, że w czasie walki wszystko się miesza. Nigdy nie wiadomo, kto zrobił co. Oficjalne raporty zwykle dalekie są od prawdy.
- Wiem o tym. Równie dobrze mógł to być odłamek, rykoszet, kula snajpera i tuzin innych rzeczy, ale to nie ma znaczenia. Wiem też, że jeśli rzeczywiście zrobił to pański ojciec, to dlatego, że to był jego obowiązek, że nie miał innego wyjścia, że była wojna.”*

Jest to opowieść o dwóch krajach, Ameryce i Japonii, krajach, które wiele dzieli, które mogą fascynować się sobą nawzajem, jednak nigdy nie się nie zrozumieją, nie pojmą istoty istnienia tego drugiego. Swagger, Amerykanin, pragnął jednak to zmienić, wdarł się do Japonii z chęcią zrozumienia, z pragnieniem i z poczuciem obowiązku wobec czegoś, co wydarzyło się wiele lat temu i w czym on sam osobiście nie brał udziału. Ponieważ przodkowie i przeszłość są tak samo ważne jak i dla Amerykan, tak i dla Japończyków.

To historia o tym, że nie ważne jakiej jesteśmy narodowości, nadal jesteśmy ludźmi, mamy dwie ręce, dwie nogi i jedno serce. I wystarczy chcieć, by wszelkie granice znikły. A sprawiedliwość wszędzie jest taka sama.

„Słowo samuraj wciąż dodawało odwagi i wiary każdemu żołnierzami. Oznaczało dumę, honor, poświęcenie. Było warte więcej niż życie.”*

Woodcut Print, "Ronin Fending Off Arrows," 1869
„47 Samuraj” zaskakuje płynnością języka, opisane działania wojenne nie nużą, a są na tyle ciekawe, że nie sposób się od nich oderwać, wręcz się odczuwa niedosyt! Hunter zadziwił mnie swoją wiedzą o Japonii, wiedzą drobiazgową i dokładną. Ta książka może stanowić świetne preludium dla tych, którzy dopiero wkraczają w japoński świat, bowiem autor opowiada wszystko prostym językiem, tłumacząc i niekiedy zaznaczając przez usta bohaterów, że pewnych rzeczy z życia Japończyków nie da się zrozumieć.
Dla tych, których kraj ten intryguje już od dawna, książka ta może stanowić niezwykłą podróż do świata japońskich mieczy. Terminologia, części składowe, historia, sposoby walki, ciosy, strategie, cytaty znanych mistrzów – wszystko jest w tej książce i wszystko to zajmuje swoje określone miejsce, nie przeraża skomplikowanym nazewnictwem i swoja obfitością. Swagger wraz z czytelnikiem odkrywa kolejne warstwy japońskiej sztuki walki, co czyni tę historię otwartą dla każdego.
Co więcej w książce można znaleźć wiele ciekawych informacji o japońskich realiach, zwyczajach, kinematografii i historii, oraz, co najważniejsze, o sposobie, w jaki sami Japończycy odnoszą się do swojej przeszłości, która wciąż jest żywa w tym kraju.

„Czasami warto zatracić się w drobiazgach. Odcinają człowieka od świata i same stają się całym światem.”*

Między światem a Japonią zieje ogromna przepaść niezrozumienia. Obecnie coraz więcej ludzi ten kraj fascynuje, oglądamy anime, uczymy się hiragany i katakany, czytamy książki o Japonii i przez Japończyków napisane, ale czy tak naprawdę ją rozumiemy? Stephen Hunter, gaijin, pokazał nam kraj Kwitnącej Wiśni od zewnątrz i wewnątrz, oczami Boba Swaggera mogliśmy obserwować jak zamknięty kwiat japońskiej kultury powoli rozkwita przed nim ukazując coraz to nowe tajemnice, nie wszystkie, lecz część z nich.

Książkę polecam każdemu. Jest to świetny kawałek literatury, który chce się czytać i czytać, i aż żal, kiedy książka nagle się kończy. „47 Samuraj” budzi fascynację nie tylko Japonią, ale przede wszystkim fascynację zwykłym człowiekiem, który zarazem jest człowiekiem ze stali. I chce się nieśmiało uwierzyć, że każdy może być samurajem.

„Nie baw się w samuraja. Drogą wojownika jest śmierć.”*


Premiera książkowa: 26 listopad 2010
______________________________
*Cytaty pochodzą z  „47 Samuraj” Stephen Hunter 


poniedziałek, 8 listopada 2010

Wilken Bracia krwi – Di Toft


Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury



Dziś półki w księgarniach uginają się pod ciężarem książek o wilkołakach, wampirach, aniołach i innych cudach nie widach. I to półki przeróżnych działów: młodzieżowych, romansów, fantasy, science-fiction. Jednak mimo owego natłoku istot fantastycznych, Di Toft  udało się zaskoczyć czytelnika, stwarzając coś nowego.

Kto z nas w dzieciństwie nie marzył o własnym zwierzątku? Chyba tylko ten, kto owo zwierzątko posiadał. Trzynastoletni Nat Carver nie miał takiego szczęścia, więc uparcie prosił mamę i dziadków o psa. A gdy już wreszcie udało mu się postawić na swoim, w jego życiu pojawiło się coś do psa podobnego, jednak czy był to pies? Wielkie, puchate, rozczochrane, słowem dziwne. Jednak jeszcze bardziej dziwne stało się wtedy, gdy przy pełni księżyca zmieniło się w chłopca. Wilkołak? Nie do końca.

„Wilken” adresowany jest przede wszystkim do młodzieży i dzieci, jednak zachęcam także dorosłych do sięgnięcia po tę pozycję. Wesoła i ciekawa historia o chłopcu i jego „psie” wciąga od pierwszych stron, nie nuży, a zaskakuje niemal na każdej stronie. Dzięki postaci wilkena książka nie wydaje się być powielaniem tego samego, a odwrotnie, wnosi powiew nowego i świeżego.
Do tego zabawny styl autorki przez całą książkę wywołuje uśmiech na twarzy. Przy niektórych jej porównaniach bądź określeniach najzwyczajniej w świecie nie da się zachować powagi. Co jak co, ale poczucie humoru Di Toft ma, to trzeba jej przyznać. I operuje ona tą bronią w sposób doskonały, kierując nastrojem czytelnika w różne strony, na początku przeraża, a już po chwili zmusza do śmiechu.
Di Toft
Rozkochuje także w postaciach. Tworzy radosnych i optymistycznych bohaterów, którzy, nie zważając na przeciwności losu czy niebezpieczeństwa, wciąż potrafią się uśmiechać. Trochę nam brakuje takich bohaterów we współczesnej literaturze, w dobie smutnych nastrojów i depresji. Właśnie teraz książki powinny dawać czytelnikowi jak najwięcej uśmiechu, „Wilken” jest więc szczególnie dobrą pozycją na jesienne deszcze.
Grzechem będzie nie wspomnieć o okładce, która momentalnie przyciąga oczy nie tylko dzieciaków, ale i dorosłych. Trójwymiarowa, w pięknej kolorystyce, przedstawia chłopca o hipnotycznych bursztynowych oczach, który stopniowo (zależnie od kąta patrzenia na książkę) zmienia się w mordkę uroczego wilkena. Zabawa więc jest przednia, gdy ma się tę książkę w rękach, bo zanim zajrzy się na pierwszą stronę, kilka dobrych minut spędza się na zabawie okładką, która dla dorosłych stanowi znakomite preludium do magicznego świata Di Toft.

Każdy wie, kim jest wilkołak. Istnieje masa wersji i historii na temat jego pochodzenia. Filmy, książki, mity, nawet środki masowego przekazu sprzyjają naszej wiedzy na temat tego magicznego stworzonka. A co my wiemy o wilkenach? Kim są i kiedy wyją do księżyca? O tym wszystkim opowie nam pani Di Toft, wystarczy tylko sięgnąć po jej książkę i z uśmiechem na twarzy udać się wraz z Natem po jego nowego psa.

Zachęcam także do przeczytania wywiadu z Di Toft ;)

by Kikariz