wtorek, 26 października 2010

Wrócę po ciebie – Guillaume Musso

Stojąc twardo w postmodernizmie i rzucając okiem na nowy realizm, żyjemy w czasach, kiedy wszystko, co nowe, już było. Stereotypy i schematy rządzą współczesnymi twórcami. Jednak są tacy, jak Neil Gaiman, którzy biorą to, co już było, i tworzą oryginalną mieszankę, która zaskakuje. A są tacy jak Haruki Murakami, którzy odrzucają wszelkie schematy i piszą powieści, które nie wpisują się w żadne ramki, tym samym tworząc niesamowicie oryginalne rzeczy. Kiedy ani jedno, ani drugie nie wychodzi, należy zastanowić się, czy warto zostać pisarzem.

„Wrócę po ciebie” to historia o takich wartościach jak miłość śmierć, i przeznaczenie. Ethan mając dwadzieścia parę lat stwierdza nagle, że chce się wyrwać ze swojego życia. Chce sięgnąć po więcej, osiągnąć szczyt i zobaczyć swoją twarz na okładce „New York Timesa”. W jednej chwili obiecuje sobie, że osiągnie to wszystko w ciągu piętnastu lat i ucieka od swojego życia, przyjaciela, dziewczyny i rodziny.
Mija piętnaście lat, Ethan jest najsłynniejszym psychologiem Ameryki, jego książki rozchodzą się niczym świeże bułeczki, sam on jest ciągle zapraszany do popularnych programów telewizyjnych, a jego twarz jest na pierwszej stronie „New York Times”.

I rzecz jasna Ethan nie jest szczęśliwy.

Przeczytałam tę książkę z trzech powodów. Pierwszym jest motto z „Cienia wiatru” (jak ktoś mi wytłumaczy, jak się ono odnosi do treści książki, będę wdzięczna, bo według mnie nijak). Drugi moment to chwila, gdy jedna z głównych bohaterek kupuje na dworcu książkę Haruki Murakamiego. A trzeci to cytat mojego ulubionego wiersza. Właśnie z tych powodów przeczytałam „Wrócę po ciebie”. Innych nie miałam. Po 160 stronach, wiedziałam, co się wydarzy na kolejnych 240.

Uczy się nas, że pytanie „co autor chciał powiedzieć” jest niepoprawne, i należy pytać „co autor powiedział’, bo chcieć to on mógł wiele. Otóż Musso chciał wiele, jednak co tak naprawdę powiedział? Osobiście widzę w tej książce chęć pisania jak Coelho, plagiat „Efektu motyla”, masę cytatów innych twórców i banał. Tę opowieść można by zmieścić na siedemdziesięciu stronach i wtedy miałaby szanse na bycie czymś. Jednak przelewana z jednego garnka do drugiego, przesiewana i przewałkowana tysiąc razy, zaczyna pachnieć tandetą. Bohaterowie są schematyczni i łatwo zgadnąć, co właśnie myślą, czują, zrobią. Do tego są martwi, nie współczuje się im, nie przeżywa, mogą żyć, a mogą umierać, to obojętne. Mimo wciskania w treść na siłę wielu wielkich słów, złotych myśli i pięknych idei, książka wydaje się pusta i mętna.

To, co najważniejsze, rozpuściło się w bagnie płytkości.

poniedziałek, 25 października 2010

Jesienne marzenia Arii


Jakoś tak dziwnie się złożyło, że tej jesieni są książkowe premiery, na które czekam z wytęsknieniem, marzę o nich i wyję do księżyca. Chyba zbliża się koniec świata, skoro w ciągu jednej pory roku będę mogła zobaczyć na półeczce 'nowości' tyle ukochanych nazwisk.

Oscar Wilde - Portret Doriana Graya

Dorian Gray jest pięknym mężczyzną. Zafascynowany jego doskonałością fizyczną malarz Basil Hallward uwiecznia go na obrazie.
Podczas prezentacji portretu, Gray wpada w rozpacz - przeraża go to, że w przeciwieństwie do postaci z obrazu - on swą urodę kiedyś utraci. Wypowiada więc życzenie: chciałby być wiecznie młody, nawet za cenę własnej duszy.
Mijają lata, a Dorian się nie starzeje. Staje się tylko coraz bardziej okrutny, rozwiązły, przestaje odróżniać dobro od zła. Dziwne rzeczy dzieją się za to z obrazem - oblicze na nim zaczyna się zmieniać. Pewnego dnia Dorian znużony dotychczasowym życiem - postanawia zniszczyć portret...

Odwieczne pytania o nieśmiertelność, o dobro i zło, genialny obraz środowiska arystokracji angielskiej, ale przede wszystkim niezwykłe studium natury ludzkiej - to składowe tej jedynej powieści, jaką napisał Wilde.
*

Tytuł oryginalny: The Picture of Dorian Gray
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Numer wydania: XII
Data premiery: 2010-09-30
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Ilość stron: 304
Rok wydania: 2010*

Kocham! Kocham tę książkę miłością bezbrzeżną. Tyle w niej głębi, mądrości i intelektu. Rzecz jasna mam własny egzemplarz, ale jest on z lat siedemdziesiątych, a tu taka piękna twarda okładka... No po prostu... Achh!

Carlos Ruiz Zafón - Książę mgły

Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej, na wybrzeżu Atlantyku, by zamieszkać w domu, który niegdyś należał do rodziny Fleishmanów. Ich dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy (Max widzi nocą w ogrodzie clowna i dziwne posągi artystów cyrkowych), ale ważniejsze, że dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, dzięki któremu mogą to i owo dowiedzieć się o miasteczku (np. historię zatopionego w wodach przybrzeżnych, pod koniec pierwszej wojny, okrętu "Orfeusz") i poznać dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya, który opowie im o złym czarowniku znanym jako Cain lub Książę Mgły, chętnie wyświadczającym usługi, ale nigdy za darmo. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą.

"Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii".*
 
Tytuł oryginalny: El Principe de la Niebla
Wydawca:Wydawnictwo MUZA S.A.
Numer wydania: I
Data premiery: 2010-11-10
Język wydania: polski
Język oryginału: hiszpański
Ilość stron: 200
Rok wydania: 2010*

Wiecie jak to jest dowiedzieć się wiosną, że w listopadzie pojawi się nowa książka Zafóna? Wiecie, jak ja bardzo cierpię czekając na nią? Wiecie, że ja nie umiem czekać? Wiecie? Czekacie ze mną? ^^

Haruki Murakami - 1Q84

Podobnie jak w "Kafce nad morzem" autor rozwija jednocześnie dwa wątki - rozdziały o numerach nieparzystych opowiadają historię kobiety imieniem Aomame, a rozdziały o numerach parzystych historię mężczyzny imieniem Tengo. Oboje w dzieciństwie się znali i wszystko wskazuje na to, że znów spotkają się dwadzieścia lat poźniej. Akcja rozgrywa się w roku 1984, więc, oczywiście, można znaleźć w niej kilka odwołań do powieści Orwella. Dominujące tematy to przemoc i okrucieństwo wobec kobiet oraz działalność sekt religijnych, przedstawionych jako organizacje fanatyczne i niebezpieczne. Wątek ten zdaje się do pewnego stopnia oparty na historii sekty Najwyższej Prawdy Aum, która w 1995 roku dokonała zamachu terrorystycznego w w tokijskim metrze. Autor buduje równoległe światy i wprowadza fantastyczne postaci, jak zawsze w mistrzowski sposób zaciera granice między rzeczywistością a literaturą.*

Wydawca: Wydawnictwo MUZA S.A.
Numer wydania: I
Data premiery: 2010-11-10
Język wydania: polski
Ilość stron: 480
Rok wydania: 2010*
Jak się słucha takich jednych, którzy znają japoński i zachwalają 1Q84, to się płonie ogniem zarnej zazdrości. Podobno książeczka jest niesamowita, genialna i przewspaniała. Cały świat mi ją zachwala. Przekonamy się w listopadzie ^^

Trudi Canavan - Szepty Dzieci Mgły

Po raz pierwszy na świecie, opowiadania Trudi Canavan zebrane w jednym tomie. Książka zawiera teksty z różnych okresów twórczości autorki, w tym tytułowe opowiadanie od którego rozpoczęła się jej pisarska kariera.
W skład zbioru wchodzi pięć opowiadań: “Szepty Dzieci Mgły”, “Szalony uczeń – opowiadanie ze świata Czarnego Maga”, “Markietanka”, “Przestrzeń dla siebie” i “Biuro rzeczy znalezionych”. Na końcu każdego opowiadania autorka zamieściła posłowie, w którym pisze o źródłach inspiracji, pytaniach jakie zadawała sobie podczas pisania, a także o tym czego te teksty ją nauczyły.*

Wydawca: Galeria Książki
Numer wydania: I
Data premiery: 2010-11-10
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Ilość stron: 150
Rok wydania: 2010*
 
Za te posłowia, to ja chyba dam się pokroić! Trudi od niedawna debiutuje w gronie moich ukochanych pisarzy (pokroje tego, kto porównuje ją do Meyer, pokroję, usmażę i zasolę na zimę!). Jestem po jej cudownych trzech książkach, tuż obok mnie leży czwarta, a tu nagle pojawia się na rynku nowość. Zaledwie kilka opowiadanek... Ale jakich! Przyprawionych komentarzami samej Trudi! Chcę... 

Widzę, że wydawnictwa ładnie się przygotowują ma moje urodziny ^^ Gdyby jeszcze nie te przytłaczające ceny owych cudów, byłam bym przeszczęśliwa. Ale nie wymagajmy, biznes to  biznes. A ja nie mogę się już doczekać!

____________________

sobota, 16 października 2010

Dom tysiąca nocy – Maja Wolny



Podeszłam do tej książki sceptycznie. Nie czytam zbyt często polskiej literatury, a i tematyka nie trafiała w mój gust. Po pierwszej stronie poczułam się zaintrygowana, po drugiej sceptycyzm odszedł w niepamięć, a po trzeciej było tylko piękno liter, wrażliwość autorki, kunszt oraz ból postaci.

Malwina, Polka, zbiera walizkę, pakuje do niej swoje smutki, łzy, wspomnienia, przeszłość, kupuje bilet i próbuje od tej walizki uciec. Carla, Włoszka, silna i twarda kobieta, tak jak każda niezdobyta twierdza, pod starość zaczyna potrzebować opieki. Malwina pragnie pomocy w postaci zapomnienia, Carla pragnie pomocy w postaci podawania leków i braku ciekawości. Bruno, wnuk Carli, delikatność i wrażliwość w ciele młodego mężczyzny, obserwuje świat, widzi walizkę Malwiny i pragnie do niej zajrzeć.

To nie jest opowieść o miłości młodego chłopaka i starszej kobiecie. To książka o życiu, bólu i śmierci. Czasami o śmierci za życia. Pani Wolny stworzyła niesamowity świat z zestawienia trzech osób: Malwiny, Carli i Bruno – trzech różnych osób, nie do końca sobie obcych, lecz w zupełnie inny sposób patrzących na świat. Kobieta, która straciła dziecko, kobieta, która porzuciła dziecko, dziecko, które zostało porzucone. Filolog, dziennikarz i pisarz.
Tak naprawdę nie da się określić jednoznacznie kim są bohaterowie tej książki. Niosą w sobie ogromny bagaż przeżyć, budują swoje życie z chwiejnych zapałek, widzą sens niewidzącymi oczyma. Są silni i słabi zarazem. Fascynujący.


Niesamowitość szczegółów umieszczonych w tej powieści na każdej stronie, zachwyca brakiem natręctwa. Nie nużą, fascynują i opowiadają czytelnikowi o tym jak się żyło kiedyś, jak się żyło gdzie indziej. „Dom tysiąca nocy” to nie tylko opowieść o losach trzech osób, lecz także obraz realiów pokazanych z perspektywy dwóch kobiet. Punkt widzenia zmienia się od punku siedzenia, warto więc spojrzeć na historię oczami Polki i Włoszki. Oczami Brunona podpatrzymy skrawek życia Fryderyka Nietzsche, prawdziwy bądź nie. Porównamy uczucia pięćdziesięciolatki i dwudziestolatka. A tak naprawdę przeczytamy tylko 200 stron powieści. Patrzę teraz na tę książkę i zastanawiam, jak w tej maleńkości zmieściło się tyle uczuć, emocji, żyć i cierpienia.

To było moje pierwsze spotkanie z Panią Wolny i z pewnością nie ostatnie. Ta pisarka ma olbrzymi talent, a już sama jej biografia robi na czytelniku wrażenie. Każde jej słowo dotyka duszę, gra sonatę na naszych emocjach, dociera do każdego przedziału wiekowego. Każdy w tej książce znajdzie coś dla siebie: skrawek swoich emocji, myśli, własne wspomnienia lub radę na przyszłość, odkryje nieznane lub znajdzie potwierdzenie bezpodstawnych przypuszczeń, zachwyci się i uroni łzę.
Olga Tokarczuk powiedziała o twórczości Mai Wolny, że jest to „wrażliwe pisarstwo wysokiej próby”, i miała absolutną rację. Książka ta jest utkana z delikatnych emocji zwykłego człowieka, który przeżył niezwykły ból.


A wydawnictwu Prószyński i S-ka bardzo dziękuję za książeczkę :)

wtorek, 12 października 2010

Koralina – Neil Gaiman


„Zdumiewające, jak wiele z tego, czym jesteśmy, łączy się z łóżkami, w których budzimy się rankiem.”*

Dziś opowiem wam bajkę!

Dawno dawno temu, była sobie dziewczynka. I wpadła ona do króliczej nory, a tam zobaczyła nieznane sobie stwory i uśmiechającego się kota z Che… Stop!
A jeżeli to wcale nie było tak dawno temu, a w dobie komputerów i mikrofalówek? A jeżeli dziewczynka wcale nie wpadła do nory, tylko otworzyła stare drzwi we własnym domu? A jeżeli za tymi drzwiami, nie zobaczyła potwora, tylko… własną matkę? A jeżeli… Chwila, a kot jednak był, tylko się nie uśmiechał.

Gdy pada nazwisko Gaiman, więcej mówić nie trzeba. Panie i panowie, nowy Lewis Carroll i paru innych wspaniałych pisarzy w jednym. Ten twórca bierze oklepaną rzecz i zmienia ją tak, że staje się nie do poznania. Bo powiedzcie mi, co było nowego w Koralinie? Przejście do innego świata przez stare drzwi? Wiedźma? Kradzież dusz? A może kot? A, i na tym polega talent Gaimana, kunsztownie przerobił wszystko i stworzył kolejne cudo.
 
Wszyscy mi stale powtarzali, że Koralina to straszna bajka, że przy czytaniu włosy stają dęba itp. itd.  Zatem kieruję pytanie do tych wszystkich przerażonych: co takiego strasznego było w Koralinie? Ot nieco mrocznie, to wszystko. Guziki? Mój miś zamiast oczu miał guziki i wcale się go nie bałam. Czekałam na przerażające obrazy, a znalazłam mistrzowskie postacie.

 Oto mamy Koralinę, która wraz z rodzicami przeprowadza się do nowego domu. Rodzice, jak to współcześni rodzice, nie mają dla córki czasu, więc córka próbuje sama jakoś sobie radzić z nudą. Odkrywa pewnego dnia drzwi w swoim domu, znajduje do nich klucz, robi „krok przez próg” i trafia do… swojego domu. Widzi mamę w kuchni, tatę gabinecie. Tylko, że ci mama i tata mają guziczki zamiast oczu i masę czasu dla Koraliny.

Na oklaski zasługują tu postacie. I co ciekawe, postacie drugoplanowe. Wyszły barwne, oryginalne, wpadające w pamięć. Pan Bobo i jego mysi cyrk, dwie stare aktorki, nawet duchy trójki dzieci – każdego dobrze się zapamiętało. Koralinę też, choć nie wyróżniała się czymś niezwykłym poza odwagą (zapewne była zbyt racjonalna jak dla mnie, wolę Alicję Carrolla). A rodzice Koraliny zostali bezczelnie potraktowani przez Gaimana nijakością. Są puści, rozmyci, szarzy, nieciekawi. Tak jakby pisarz ukarał ich, za brak czasu dla córki. I słusznie.

Niesamowity jest też tunel między światami. Całkowicie inny od spokojnego i harmonijnego lasu Lewisa i pokoju ze „Zjedz mnie” i „Wypij mnie” Carrolla. Tunel jest ciemny, krótki lub długi (zależnie od sytuacji), pełen czegoś żywego, ściano-zwierząt, odgłosów. Jest żywy i pradawny, a zatem mroczny i fascynujący.

Ale mistrzem tu jest przede wszystkim kot. Godny następca kota z Cheshire. Co prawda bez uśmiechu, ale za to umiał wzruszać ramionami, ironizować, dawać dobre rady, nie zabijać monologami, być i nie być jednocześnie. Kot jest taki jak trzeba, nic dodać nic ująć. A Gaimanowi należy się Nobel, a co! Za takiego kota niech ma!

„Wy, ludzie, macie imiona. To dlatego, że nie wiecie, kim jesteście. My wiemy, kim jesteśmy, więc nie potrzebujemy imion.”*

Cieniutka książeczka z tej Koraliny. Dla dzieci bądź nie – to zależy od poglądu. Ale co ciekawe, drugie dno jest głębokie jak studia. Na początku zjadamy wisienkę w postaci „rodzice, miejcie więcej czasu dla swoich pociech!”, a potem zabieramy się za pałaszowanie głównego dania. A mianowicie opowieści o potajemnych marzeniach i o tym, w jaki sposób mogą one się spełniać, gdy za ich spełnianie zabierze się ktoś OBCY!

„Ja wcale nie chcę wszystkiego, czego pragnę. Nikt tego nie chce. Nie tak naprawdę. Co to za zabawa dostawać wszystko, o czym się marzy, tak po prostu? Wtedy to nic nie znaczy. Zupełnie nic.”*

PS Ekranizację Koraliny oglądałam, nawet na starym blogu pochwaliłam się tym w recenzji. Kapitalna muzyka, mroczny nastrój i po raz wtóry cudowny kot. Jednak po przeczytaniu książki, doszłam do wniosku, że zacznę się modlić o to, by reżyserem kolejnej ekranizacji był Hayao Miyazaki. To by było Cudo przez duże C!

 ______________________________________
* Neil Gaiman Koralina

sobota, 9 października 2010

Tłumacz chorób - Jhumpa Lahiri


Nie ma przepisu na bycie emigrantem. Po prostu kupuje się bilet i pakuje walizki, to wszystko. Wyjazd do nowego kraju jest niczym śmierć i ponowne narodziny. Znów uczymy się chodzić, na nowo opanowujemy mówienie, zasady życia, spojrzenie na świat i sposób myślenia. I do całej tej nowości dodajemy to, co mamy w sercu – kulturę naszej ojczyzny.

Jhumpa Lahiri, urodzona w 1967 roku,  jest córką bengalskich emigrantów. Zadebiutowała zbiorem opowiadań „Tłumacz chorób”, który wypełniła niemal namacalną miłością do Indii.

„Tłumacz chorób” składa się z dziewięciu opowiadań, które łączy wątek hinduskich emigrantów, mieszkających w USA. Zdawałoby się, że każde opowiadanie traktuje o podobnych problemach, dotyczących życia w nowym kraju. Niech Was to nie zmyli. Każde z dziewięciu opowiadań jest wyjątkowe, oryginalne i wyróżnia się w swój jedyny i niepowtarzalny sposób. Dziewięć historii, których bohaterowie są różni, mimo że ich życie rozpoczęło się w tym samym kraju i naznaczone zostało emigracją do USA. 

Poznajemy historię małżeństwa po trzydziestce . Ona pracuje jako korektorka i w pełni oddaje się pracy, a on jest wiecznym studentem, dąży do osiągnięcia tytułu doktora. Budują razem swoje życie, lecz osobno próbują unieść na swoich ramionach wspólną tragedię, która dotknęła ich małżeństwo („Tymczasowa awaria”).
Zobaczymy także świat oczami małej dziesięcioletniej hinduski, która mieszkając w Ameryce próbuje zrozumieć podział Indii na hindusów i muzułmanów. Obserwuje przy tym swoich rodziców hindusów i ich przyjaciela muzułmanina, którzy razem jedzą kolacje przy wspólnym stole („Wizyty Pana Pirzady”).
Przeczytamy także o Panu Kapasi, który pracuje jako przewodnik w Indiach i teraz wiezie na kolejną wycieczkę małżeństwo emigrantów, które na stałe zamieszkało w Ameryce („Tłumacz chorób”). Poznamy 64-letnią Boori Ma, która w zamian za sprzątanie otrzymała pozwolenie mieszkania na klatce schodowej od mieszkańców kamienicy („Prawdziwy Durwan”) oraz historię Amerykanki Mirandy, która zakochała się w żonatym Indusie Devie („Sexy”), a także życie hinduski Sen widziane oczami 11-letniego Amerykańca Eliota, który po szkole spędza popołudnia pod jej opieką („U pani Sen”). Uśmiechniemy się, a może i nie, czytając o małżeństwie, które po przeprowadzce do nowego domu w Ameryce odkrywa w każdym jego zakamarku symbole wiary chrześcijańskiej („Mój Boże, co za dom!”). Poznamy smutną historię Bibi Haldar cierpiącej na dokuczliwą chorobę i marzącą o małżeństwie („Kuracja dla Bibi Haldar”), a także wspomnienia młodego emigranta o tym, jak rozpoczynało się jego życie w Ameryce, której wylądował w dniu gdy na powierzchni księżyca została postawiona flaga („Trzeci i ostatni kontynent”).

Jhumpa Lahiri pokazuje nam jak różne jest życie emigrantów, jak inne są ich problemy, smutki i radości. Robi to kunsztownie i z prawdziwym mistrzowstwem. Lahiri przekazała światu coś bezcennego – utrwaliła na kartkach papieru nieuchwytny zapach curry, szelest sari i odgłos bosych stóp idących po podłodze. Pokazała, iż emigracja jest piętnem na całe życie, które może przynieść jak i radość, tak i smutek, które jednoczy i dzieli.
 Akcja większości opowiadań odbywa się poza granicami Indii, jednak ta książka taktuje właśnie o tym kraju, niesie jego tchnienie, obyczaje i nieuchwytny zapach. I udowadnia tym samym, że ojczyzną nie jest ziemia, na ktorej się urodziliśmy, ojczyzna kwitnie w cieple ludzkich serc.

Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury

sobota, 2 października 2010

Miasto w przestworzach – Greg Keyes

Nie oceniaj książki po okładce, mówi stare dobre przysłowie. Ale jak to uczynić, kiedy okładka jest taka piękna, a jedno spojrzenie na nią porywa myśli i już wiedzie je do historii opisanej w środku? Zawsze będę zdania, że wygląd książki także ma znaczenie, bo miłość od pierwszego wejrzenia również ma miejsce między półkami księgarń i bibliotek.
W Rosji jest takie powiedzenie: „spotykamy ubranie, odprowadzamy rozum”. Podobnie bywa i z książkami.

W grze komputerowej to my jesteśmy panami i władcami. Twórcy nie są pisarzami, którzy kształtują swoje książki sami bez pomocy czytelnika, tu my także mamy swój wkład, współtworzymy, decydujemy, gramy. A co, jeżeli na podstawie gry stworzyć książkę? Co jeżeli wpleść w chłodny świat komputera literacką treść?
Tak właśnie powstało „Miasto w przestworzach”. Książka jest rozwinięciem historii z gry komputerowej z cyklu „Elder Scrolls”. Pewnie myślicie, że została napisana tylko i wyłącznie dla tych, którzy w ową grę grali. Nic podobnego, i ja jestem najlepszym tego przykładem. Gry komputerowe są mi tak obce, jak Alasce Afryka, a mimo to spędziłam nad lekturą „Miasta…” kilka miłych chwil.

Latające miasto, niczym wyspa wyrwana z ziemi, płynie po niebie. Jest piękne i w tym pięknie przerażające. Bowiem tam, gdzie przesłoni ono niebo, giną wszystkie istoty żywe. Annaїg to nie przeraża, przygoda ją fascynuje, gdyż dziewczyna marzy o tym, by przeżyć coś na miarę książek, którymi się zaczytywała. Ciągnie więc za sobą swojego przyjaciela Glima, nie słuchając jego protestów, ani ostrzeżeń ojca. Jakże wielkie jest jej zdziwienie, gdy nagle po dotarciu do celu uświadamia sobie, że została więźniem latającego miasta, a przygoda w rzeczywistości wcale nie jest taka piękna, jak malują ją książki.

Nie ocenię tej książki, jak gracze Elder Scrolls, gdyż ze światem przedstawionym spotkałam się po raz pierwszy. Ocenię to jako zwykły czytelnik i powiem wam, że kraina, jaka została opisana w tej książce, zapiera dech w piersiach. Zdecydowanym atutem „Miasta w przestworzach” jest miejsce akcji i okładka. Postacie niestety nie zachwycają. Nie szukajcie tu głębi, psychologii i drugiego dna, bohaterowie są płytcy i jednobarwni, jednak na ich korzyść przemawia to, że nie są wszechmocni, mają swoje słabości, a ich sposób myślenia i postrzegania świata ulega nieco zmianie w miarę jak życie otwiera przed nimi swoje sekrety. 
Sam świat przedstawiony robi ogromne wrażenie. Polityka, historia, hierarchia, miasta, kultura, rasy – wszystko tu jest różnorodne i ciekawe. Na tyle ciekawe, że czasem pragnie się, by pisarz poświęcał nieco więcej czasu poszczególnym wątkom i nie traktował wszystkiego tak powierzchownie. Bo w „Mieście…” przede wszystkim rządzi akcja i dynamika. Za każdym zakrętem bohaterowie spotykają coraz to nowe przygody, co nie pozwala czytelnikowi się nudzić. Ale następuje taki moment, kiedy chce się powiedzieć „chwilo, trwaj!” i nasycić oczy szczegółowym opisem jakiegoś miejsca czy rasy.
 
Mnie osobiście najbardziej zafascynowały dwa wątki. Wątek rasy khajitów (ludzie-koty), których wygląd zależny jest od czasu ich przyjścia na świat. A mianowicie, czy są bardziej podobni do kotów, czy też do ludzi, zależy od tego, w której fazie księżyca się urodzili. Nic tylko pogratulować świetnego pomysłu pisarzowi.
Drugim wątkiem jest wątek samego latającego miasta Umbriel. Hierarchia tego miejsca, sposób w jaki funkcjonuje, jak rodzą się w nim nowe istoty i jak giną – jest fascynujący. Na każdym poziomie chciałoby się spędzić więcej czasu i poznać dokładniej zwyczaje i sposób myślenia mieszkańców. Jednak akcja pędzi w górę, a czytelnik biegnie za nią.

Powiem szczerze, że trzysta stron to zdecydowanie za mało. Świat Umriel i świat, który znajduje się pod nią, zachwyca tak bardzo, że książka powinna być dwa razy grubsza i bardziej szczegółowa. Odniosłam wrażenie, że autor boi się znudzić czytelnika. Ależ panie Keyes, pan pisze świetnie, niech pan trochę nas ponudzi, szczegóły także są piękne!
Podobno jest to pierwsza z dwóch książek, które traktują o rozwinięciu historii „Elder Scrolls”. Dlatego nie pozostaje nic innego, jak czekać na ciąg dalszy i zapewnić was, że nawet jeżeli w grę nie graliście, książka ma szanse przypaść wam do gustu.

To ci, którzy chcą wszystko zmieniać, sprowadzają na ten świat nieszczęścia. Ludzie, którym się wydaje, że lepiej wiedzą, co jest dobre dla innych i czego ci inni naprawdę potrzebują, choć nawet nie raczyli ich o to zapytać.”
(Greg Keyes „Miasto w przestworzach”. Amber, s.23)

Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury