środa, 29 września 2010

Chłopaki Anansiego – Neil Gaiman

Wybaczcie mi dziś ten luźny styl, ale po 7,5h siedzeniu nad tłumaczeniem, na inny się nie zdobędę.

Anansi to jedno z ważniejszych bóstw w panteonie afrykańskim. Słynie ze swojej miłości do psikusów. Istnieje legenda o tym, jak Anansi został władcą wszystkich opowieści.  Legenda ciekawa i zaskakująca. Jednak… Ja wam jej nie opowiem. Niech to zrobi za mnie Gaiman!

Pan Neil dokonał niemożliwego. O tak, dokonał cudu. Bo tylko cud mógł sprawić, bym sięgnęła po książkę, opowiadającą o pająkach. A jednak, skusiłam się i… Nie pożałowałam.

Charlie nigdy nie lubił swojego ojca, tata irytował go i nie rozumiał. Chłopcowi wydawało się, że robi on wszystko, by tylko ośmieszyć syna. Więc gdy tylko dorósł, zwiał jak najdalej od domu rodzinnego.
Mijały lata. Lata spokojnego życia. Aż przyszedł dzień, kiedy ojciec Charliego umarł. Koniec psikusów? Nie… Po pogrzebie chłopak dowiedział się, że jego ojciec nie był zwykłym człowiekiem. Był bogiem. Co więcej, miał dwóch synów, a nie jednego.

Zastanawiam się, jak Gaimanowi wciąż udaje się przeżyć. Pisać tak świetne książki i nie zginąć jeszcze z ręki zazdrośników - to już mistrzostwo.
Pan Neil zrobił to, co Aria kocha najbardziej – wplótł mitologię w treść powieści. Choć na same imię „Anansi” włosy mi stawały dęba, sięgnęłam po książkę i okazało się, że pająki wcale nie są takie straszne. Ale tylko u Gaimana.

„Jak niemal wszystko, także i ta historia zaczyna się od pieśni.
Ostatecznie na początku było słowo, a słowu towarzyszyła melodia. W ten sposób powstał świat, otchłań została podzielona, a potem pojawiły się ziemia i gwiazdy, i sny, i pomniejsi bogowie, i zwierzęta.
Zostali wyśpiewani.”*

Gaiman tak pięknie łączy różne gatunki. Liryka, legenda, thriller – wszystko się u niego przelewa i kołysze. Bohaterzy wydają się sympatyczny i tacy nam bliscy. Tacy jak my. Tak, jakby każdy z nas mógł przeżyć taką historię i byłoby to na porządku dziennym. Bo co w tym dziwnego, że nagle tata okazuje się bogiem? Szara rzeczywistość! I tylko Gaiman tak potrafi. Zmienia życie w bajkę, a bajkę w życie.

„Daisy spojrzała na niego z miną, którą mógłby przybrać Jezus, gdyby ktoś wyjaśnił mu właśnie, że ma chyba alergię na chleb i ryby, więc czy Zbawiciel nie zechciałby na boku stworzyć mu szybką sałatkę z kurczaka. Wyraz ten stanowił połączenie litości i niemal nieskończonego współczucia.”*


A te porównania wprawiają w niesamowicie dobry humor na resztę życia. Styl Gaimana nie ogranicza nic, on odrzuca wszelkie ramki i granice i pisze, po prostu pisze. Ale za to jak pisze!
Jednak nie tylko humor i akcja wypełniają tę książkę. Jest tam coś więcej. To nie tylko książka o bogu czy o tym, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Przede wszystkim to opowieść o zwykłym człowieku, o nieudaczniku Charlie. O tym, że nie rodzimy się silni, silnymi się stajemy. I musimy sami tego chcieć. Nasze życie jest w naszych rękach, wystarczy chcieć, a nigdy się nam nie wyrwie.
Poza tym w zakamarkach tej książki jest jeszcze parę ukrytych rzeczy do przemyślenia. Ale po nie trzeba sięgnąć samemu.

Wiecie czym różnią się bogowie od ludzi? Nie mają sumienia! Więc lepiej z nimi nie zadzierać. A wiecie, co ma wspólnego Gaiman z bogami? Też nie ma sumienia! Bo jak można pisać tak świetne książki i potem mieć czelność je kończyć? Powinien pisać w nieskończoność!

„- Nie był bogiem. Był moim ojcem.
- Można być jednym i drugim - odparła. - To się zdarza.”*



_______________________________
*Wszystkie cytaty pochodzą z „Chłopaki Anansiego” Neil Gaiman

sobota, 25 września 2010

Dorian Gray [2009]


Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury



„- A sztuka?
- Jest chorobą.
- Miłość?
- Złudzeniem.
- Religia?
- Wytwornym surogatem wiary.
- Jesteś sceptykiem.
- Nie, sceptycyzm jest początkiem wiary.
- Czymże więc jesteś?
- Określać znaczy ograniczać.”

(Oscar Wilde „Portret Doriana Graya”, Warszawa 1976)

Powieść Oscara Wilda „Portret Doriana Graya” powstała w 1891 roku i od razu spotkała się z ogromnym oburzeniem ze strony społeczeństwa. Pisarz zabrał się więc za poprawianie tekstu, złagodził go znacznie usuwając wszelkie homoseksualne aluzje, rozbudował powieść i dodał kilka rozdziałów.
Gdy książka spotyka się ze sprzeciwem, przyczyny ku temu za zwyczaj są dwie  – albo ludzie nie dojrzeli jeszcze do tego dzieła, albo ów utwór zbyt prawdziwie odzwierciedla wady społeczeństwa. Wilde opowiedział o zepsuciu nie tylko Doriana Graya, w sylwetce swojego bohatera autor umieścił całą epokę. „Portret…” to powieść o ludzkiej duszy, o filozofii, psychologii, sztuce, młodości i pięknie. To powieść, która zachwyciła nie-jednego  czytelnika, nie-jedno pokolenie i nie-jednego reżysera. „Portret Doriana Graya” został zekranizowany około dwudziestu pięciu razy. Ta liczba robi wrażenie, prawda? Ekranizowanie takiej powieści jest nie lada wyzwaniem. Czy można pokazać na ekranie całą głębię „Portretu…”? Dziś nie będę tego rozważać, dziś chcę z wami porozmawiać o tym, co Oliver Parker zrobił jednej z moich ukochanych książek.

Dorian Gray (Ben Barnes) otrzymawszy ogromny spadek po swoim dziadku wraca do Londynu. Młody, czysty i szlachetny chłopak staje się łakomym kąskiem dla filozofującego i kpiącego ze wszystkiego lorda Henry’ego Wootona (Colin Firth).  Lord przekonuje Doriana, że w życiu najważniejsza jest młodość i piękno. Wraz ze stratą tych dwóch wartości, traci się wszystko. Dorian w swej młodzieńczej naiwności wierzy Henry’emu. A gdy malarz Basil Hallward (Ben Chaplin) pokazuje dopiero co skończony portret Doriana, gdzie chłopak ukazany został w rozkwicie swej młodości, ten po raz pierwszy uświadamia sobie swoje własne piękno.
Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, gdy wszystkie blizny losu przejmuje za was nie wasza twarz, a wasz portret? Gdy starzeje się on, a nie wy? Dorian Gray doświadczył tego i wykorzystał w każdym calu.

W swojej ekranizacji Oliver Parker mija się z treścią książki, to się do niej zbliża, to się oddala. Dodaje nowe sytuacje, nowe postacie, nowe wątki. Zmienia wiele, a przede wszystkim wygląd tytułowego bohatera. Filmowy Dorian jest z wyglądu przeciwieństwem Doriana Wilda. Jednak to nie wszystko. Sam finał filmu jest inny niż książkowy. Nie gorszy, nie lepszy, po prostu inny. Parker zachował jedynie szkielet powieści Wilda, reszta zmieniła się w film, który może przyciągnąć fanów horroru. Portret przeraża swoim spojrzeniem z ekranu, a lekkie otwarcie jego ust przyprawia o drżenie. Grzechy Doriana ograniczyły się głównie do przyjemności seksualnych, choć w książce były bardziej rozległe. To, co Wilde złagodził i pominął w ostatecznej wersji książki, zostało wyciągnięte na światło dzienne przez Parkera. A monologi Henry’ego robią piorunujące wrażenie. Słowem, film się udał, ale zagorzali miłośnicy książki mogą przyjść do kina z siekierami. Pamiętajcie zatem, kochani fani Oscara Wilda, jestem jedną z was i mówię wam: inne nie znaczy gorsze!

Na pewno każdego ucieszy gra aktorska. Lord Henry (Colin Firth) był wyśmienity, taki jaki być powinien – cyniczny, sceptyczny, skomplikowany. Błysk w oku, który pojawiał się, gdy Henry mówił swoje mądre słówka, jest mistrzostwem. Basil Hallward (Ben Chaplin) – artysta w każdym calu, ceniący Doriana i uwielbiający go. Zamknięty w swoim uwielbieniu, które Parker rozwinął nazbyt śmiało. I wreszcie tytułowy Dorian Gray (Ben Barnes)! Szczerze musze przyznać, że dopóki nie obejrzałam tego filmu, kpiłam otwarcie z Barnesa. Jednak w „Dorianie Grayu” pokazał klasę. Z początku rozczulał swoją niewinnością. Jego młodzieńczy wzrok – czysty, nie skażony – zachwycał i kazał mu współczuć. Jednak potem ciężko było uwierzyć, że Doriana gra wciąż ten sam aktor. Znikła czystość bijąca od niego, w oczach pojawił się chłód i pogoń za rozkoszą. Wyraz twarzy stał się dobiciem zła i szyderstwa. Gra Barnesa nie budzi żadnych zastrzeżeń poza jednym – u Wilda niewinne piękno Doriana nie uległo zmianom, to portret się zmieniał, nie on (fanów książki proszę o odłożenie siekiery, Parker nie jest lichwiarką Dostojewskiego, a reżyserem. To, co opisał Wilde, nie da się pokazać na ekranie). I jeszcze słówko o portrecie. Straszny, to mało powiedziane. To właśnie on przechylił szalę filmu w stronę mrocznego horroru. Nie jest już metaforą, tu jest potworem, który przeraża.

Czy film jest dobry czy nie, jednoznacznie powiedzieć nie można. Tym, co kochają książkowego Doriana, może się nie spodobać. Jednak Ci, którzy książki  nie czytali, mają szansę na otrzymanie prawdziwej uczty filmowej. To film o ludziach, ich charakterach, poglądach, psychologii i filozofii. A fanom książki powiem tylko, że Parker dodał do filmu postać, której w książce nie było, a która wyszła mu wyśmienicie i sam Wilde z pewnością by nią nie pogardził. Kuszę? Oczywiście! Czemu? Ponieważ warto!

„Należy wchłaniać barwę życia, ale nigdy nie przypominać sobie szczegółów. Szczegóły są zawsze trywialne.”
(Oscar Wilde „Portret Doriana Graya”, Warszawa 1976)

środa, 22 września 2010

Problem cierpienia – C.S. Lewis



„W naszych przyjemnościach Bóg zwraca się do nas szeptem, w naszym sumieniu przemawia zwykłym głosem, w naszym cierpieniu – krzyczy do nas.”
 
(C.S.Lewis „Problem cierpienia”, Esprit 2010, s.114)

Pisarz, który zachwycił dzieci nie-jednego pokolenia siedmioma tomami „Opowieści z Narnii”, nie był tylko i wyłącznie pisarzem dla dzieci. Przede wszystkim był chrześcijańskim pisarzem i człowiekiem o niezwykle pięknym umyśle. A to połączenie daje autora, którego książki trafiają do wielu serc.
Lewis jest niczym chirurg. Kładzie na stół operacyjny uczucia i emocje, bierze skalpel do ręki i przygląda się każdej wewnętrznej części swojego pacjenta. Była już miłość, rozłożona na cztery rodzaje, był i smutek. Teraz czas na cierpienie. I zapewniam Was, że obok tej książki nie można przejść obojętnie.

„To czysty nonsens uznawać cierpienie za jedno z odkryć nauki. Wystarczy przez chwilę rozważyć fakt, że wszystkie religie głoszono i praktykowano na długo przedtem, zanim na świeci pojawił się chloroform.” (s.13)

W „Problemie cierpienia” Lewis porusza różne aspekty Dobra i Zła, rozważa biblijne paradoksy, ukazuje swoje przemyślenia na temat Nieba i Piekła, przedstawia bardzo ciekawą interpretację Księgi Rodzaju. I przy każdym z tych zagadnień jest poruszany problem cierpienia, który przedstawiony zostaje z każdy strony. Przy czym warto zauważyć, że Lewis opisuje bardzo skomplikowane sprawy językiem dostępnym i zrozumiałym dla każdego. Nie odpycha czytelnika, a wręcz przeciwnie - zaciekawia i intryguje. Tłumaczy wszystko bardzo ochoczo, przy czym używa nierzadko błyskotliwych i zabawnych metafor. Do całego problemu podchodzi w bardzo osobisty sposób i zaskakuje swoją szczerością.

„Po cóż mówić wam o moich uczuciach? Już je znacie: są takie same jak wasze. Nie usiłuję dowieść, że cierpienie nie jest bolesne. Cierpienie boli.” (s.130)

Logika, jaką Lewis się posługuje, umie przekonywać i zjednywać. Swoje zdanie nierzadko opiera o słowa słynnych filozofów i świętych. Pisarz może zmusić do długich przemyśleń nie-jednego chrześcijanina. Jego rozważania, mimo że nie odchodzą od wartości chrześcijańskich, zaskakują. Lewis szkicuje przed nami Piekło, którego wizja jest bardzo daleka od ognia i kotłów, opowiada o Niebie, próbując za pomocą słowa przekazać czytelnikowi swoją ciekawą wizję. I na fundamencie tych przemyśleń pokazuje nam, że cierpienie nie zawsze jest złe, że jest rzeczą potrzebną i niezbędną.
Nie ogranicza się tylko do traktowania o ludzkim bólu, porusza także kwestię cierpienia zwierząt. Czy zwierzęta cierpią? I na ile ich ból jest świadomy? Na to pytanie Wam nie odpowiem, jednak jestem pewna, że Lewis zrobi to z przyjemnością w „Problemie cierpienia”.
 
Polecam tę książkę każdemu: cierpiącemu, szczęśliwemu, wierzącemu, ateiście, sceptykowi i po prostu człowiekowi, który kocha czytać. C.S. Lewis był geniuszem, jestem tego pewna. Umiał patrzeć na świat zupełnie inaczej, niż my. W jego książkach rzeczy dotąd niezrozumiałe bądź zbyt naturalne, są stawiane zupełnie w innym świetle, co więcej tłumaczone i rozkładane na czynniki pierwsze. Przy czym Lewis nigdy nie pozwolił sobie na wywyższanie się i rozmawianie z czytelnikiem językiem mądrym i niezrozumiałym. Czytając jego książki ma się wrażenie, że pisarz siedzi tuż przy nas, popija herbatę i tłumaczy wszystko z przyjemnością, z uśmiechem zaglądając nam w oczy. Książki Lewisa są żywe i zapewne właśnie dlatego mają dar poruszania ludzkich serc.  



Esprit dziękuję za możliwość napisania recenzji :) 


Recenzja została również umieszczona na portalu Oblicza Kultury

niedziela, 19 września 2010

Nigdziebądź - Neil Gaiman



 Recenzja napisana dla portalu Oblicza Kultury

Alicja pobiegła za białym królikiem i trafiła do Krainy Czarów. Richard Mayhew zaopiekował się ranną dziewczyną na ulicy i także tam trafił. I muszę Wam powiedzieć, że Kraina Czarów, która powstała półtora wieku temu, nie zmieniła się bardzo. Może tylko troszkę wydoroślała i zrobiła się bardziej przerażająca. A pisarz zmienił nazwisko z Carroll na Gaiman.

Zupełnie przeciętny mężczyzna Richard Mayhew prowadzi całkowicie przeciętne życie i pracuje w absolutnie przeciętnym biurze. Idąc na kolację wraz ze swoją narzeczoną (mniej przeciętną, bardziej wredną, wymagającą i upartą), widzi leżącą na ulicy dziewczynę (zupełnie nieprzeciętną). Odkrywając, że jest ranna, rezygnuje z kolacji i śpieszy nieznajomej na pomoc. Po tym już nic nie jest takie same. Richard odkrywa świat istniejący pod ulicami Londynu, o którym większość ludzi nie wie. Świat, w którym słowo staje się prawdziwą siłą. Świat, gdzie można trafić jedynie otwierając drzwi. Świat niebezpieczny, gdzie mieszkają święci i potwory, mordercy i aniołowie.

Neil Gaiman w swojej książce „Nigdziebądź” przede wszystkim rzuca wyzwanie tłumaczom, bowiem słowa tu ożywają i patrzą nam prosto w oczy. Czy to jest możliwe? Owszem. Sam Richard Mayhew przekonał się o tym, odkrywając, że tuż obok niego i dobrze mu znanego Londynu istnieje także Londyn Pod, gdzie możliwe jest wszystko i jeżeli nie zmieni się punktu widzenia, to ów punkt po prostu ucieknie.
Jednak gdy jest się przeciętnym mężczyzną ciężko uwierzyć, że istnieje świat, który chowa się w nazwach ulic, mostów i stacji metra. W „Nigdziebądź” wszystkie nazwy własne miasta ożywają, nabierają nowego znaczenia, życia, ciała, krwi i kości. Gaiman zachęca czytelnika do przypomnienia sobie pierwotnego znaczenia nazw, którymi ten posługuje się na co dzień, mówiąc taksówkarzowi, pod jaki adres ma go odwieźć. Istna uczta dla Londyńczyków, prawdziwe utrapienie dla tłumaczy. A nam pozostaje marzyć o tym, by ktoś uczynił z naszym miastem to, co Gaiman uczynił z Londynem.
Niesamowity świat, który porywa i trwale pozostaje w pamięci, po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w postacie serialu emitowanego na kanale BBC w 1996. Jednak potem reżyser postanowił zmienić serial w powieść i w ten oto sposób otrzymaliśmy głównego bohatera owej recenzji – „Nigdziebądź” Neila Gaimana.
Nie tylko Londyn Pod jest tu godzien pochwały, kroku dotrzymują mu postaci książki. Od głównych zaczynając, na epizodycznych kończąc – każda jest na swój sposób intrygująca, ciekawa i niezwykła. O każdej można by napisać oddzielną powieść, bo tak naprawdę wewnątrz każdego z bohaterów istnieje jego własny bogaty świat, który lśni niczym diament w oprawie z Londynu Pod.
Spróbujcie sobie tylko na moment wyobrazić, że znikacie ze swego życia. Wciąż oddychacie, czujecie głód, chodzicie po ulicach, ale nikt was nie pamięta, nikt nie jest w stanie skupić na was swojej uwagi, a wasze mieszkanie zostaje wynajęte komuś innemu. Jednak gdy zamykają się jedne drzwi, otwierają się inne.

„- To zdrobnienie od Dee? - spytał.
- Co?
- Twoje imię.
- Nie.
- Jak je wymawiasz?
- Drzwi. Jak coś, przez co się przechodzi.
- Ach tak. - Czuł, że musi powiedzieć coś jeszcze, więc rzekł: - Co to w ogóle za imię?
Spojrzała na niego swymi różnobarwnymi oczami.
- Moje imię."*

Istnieją światy i światy. A między nimi znajdują się drzwi. Jedne z tych drzwi otworzyły się przed Richardem Mayhew. Czy chcecie wejść razem z nim i zobaczyć Krainę Czarów Gaimana na własne oczy?

___________________________
*Neil Gaiman „Nigdziebądź”

sobota, 18 września 2010

Tańcz, tańcz, tańcz – Haruki Murakami


Witam was jesiennie!

Dziś świętowałam koniec lata, po raz ostatni w tym roku czytając na słoneczku książkę. Nastąpiła prawdziwa jesień. Liście lecą z drzew, mnie ciągnie do ognia w kominie i gorących wieczornych herbat. Piękne i ciepłe maile sypią się na mnie tak samo jak złote liście. Niebo przybiera chłodnawą barwę o smaku wanilii. A szelest pod nogami wywołuje uśmiech.
Nie tylko przyroda zmieniła swoją szatę, ale i „Przeczytaj mnie…”. Blog przebrał się w nowe ubranie zgodnie ze zmianą pory roku i moim nastrojem, wynik połączenia uśmiechów ludzi, ich ciepłych słów, książkowych szeptów, skrzypu pióra i szelestu jesieni.
 
A teraz...

Zamknij oczy i wyobraź sobie, że zatrzymujesz się na noc w luksusowym hotelu, którego standardy dawno przekroczyły poziom pięciu gwiazdek. Wchodzisz do windy, jedziesz na szesnaste piętro i… Robisz krok w nieprzeniknioną ciemność pachnącą pleśnią. Gdzie podziało się nawilżone powietrze? Gdzie jest światło awaryjne? Gdzie miękki dywan pod stopami? Pozostała tylko ciemność. Ogromna, gęsta, nieprzenikniona.

„Ciemność bez względu na powód swojego istnienia, jest straszna i przerażająca. Pochłania człowieka dokładnie, wykrzywia jego istnienie, rozrywa i niweczy” * 


Murakami zaczyna swoją powieść. Dwa-trzy zdania i już zmienia się wszystko wokół. Haruki rozstawia pionki na planszy, lekko szkicuje tło, puszcza delikatną melodię i opowiada… A my siadamy tuż przy nim i zasłuchani chwytamy każde słowo.
Takie są jego książki. Magia i harmonia opanowuje od pierwszej chwili.  I nie puszczają długo po przeczytaniu. Murakami, jeden z moich ukochanych pisarzy, napisał powieść, która od pierwszych stron stała się jedną z moich ulubionych.

Ten pisarz zawsze potrafi mnie zaskoczyć. Nie umiem przewidzieć, o czym będzie jego książka. Nigdy! Nawet jeżeli przeczytam opis na obwolucie, on i tak zaskoczy. Zaczyna spokojnie i nie pozornie, a potem…

„Tańcz, tańcz, tańcz” to książka zdecydowanie wielopoziomowa i jeżeli traktować ją powierzchownie i zlizywać tylko sam wierzchołek powieści, który jest podany na talerzu, można bardzo się rozczarować. Tu wszystko jest zbudowane na symbolice: Człowiek-Owca, taniec, zabijanie… Nic nie można traktować w tej książce jednoznacznie. W treść należy się wpatrywać, głęboko-głęboko i wtedy się to zobaczy. Zobaczy się powieść o ludzkim umyśle i psychologii, o istnieniu w społeczeństwie, o drodze przez życie, o kontraście wieku, o starzeniu się, o odpowiedzialności, decyzjach i miłości.
Mówią, że to nie najlepsza powieść Murakamiego, a ja mówię, że nie mają racji! Książka jest fenomenalna, tylko by ją zrozumieć wystarczy nietraktowanie jej jednoznacznie i niewielka znajomość japońskiej kultury. Jeżeli właśnie tak podejdzie do tej powieści, to przeczyta się historię człowieka, który poszukiwał siebie w samym sobie i miejsca dla siebie w świecie, który go otaczał.

Czasami mamy wrażenie, że nie należymy do tego świata, że to nie tu powinniśmy być, że nie mamy związku z otaczającym nas życiem. Zwykle jest to tylko wrażenie i zwykle szybko mija. Lub pozostaje. Jednak czy wielu z nas bierze ową abstrakcję za prawdę? Murakami w „Tańcz...”  pokazał nam historię człowieka, dla którego brak połączenia ze światem stał się prawdą. Przerażającą prawdą.


„Musisz tańczyć. Kiedy usłyszysz muzykę, musisz tańczyć. Rozumiesz, co mówię? Tańczyć. Ciągle tańczyć. Nie wolno ci się zastanawiać, po co tańczysz. Nie wolno ci myśleć, co to znaczy, bo to nie ma znaczenia. Jeśli zaczniesz o tym myśleć, zatrzymasz się w tańcu. A kiedy się zatrzymasz, nie będę mógł już nic dla ciebie zrobić”**

__________________________________________________
Cytaty pochodzą z:
* Haruki Murakami „Tańcz, tańcz, tańcz”, Warszawa 2009, s. 520
** s.121

wtorek, 14 września 2010

O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu - Haruki Murakami


O czym mówisz, gdy mówisz o tym, co kochasz? Czy potrafisz ideologię swojego hobby nałożyć na swoje życie? Albo swoje życie podporządkować schematowi swojego ulubionego zajęcia? Czy potrafisz znaleźć filozofię w podnoszeniu ciężarów? Czy umiesz dostrzec głębie biegania?

Murakami umie. On umie wszystko, ponieważ on widzi świat zupełnie inaczej niż my. On dostrzega cienie, ludzi w skórze owiec, jednorożce i mówiące żaby. Człowiek-czarodziej, dla którego wszystko jest możliwe. Czarodziej-pisarz, który magią podzielił się z nami.

Haruki Murakami – najsłynniejszy współczesny japoński pisarz. Wnuk buddyjskiego duchownego i syn filologa. Zwlekał wiele lat zanim ujawnił ludziom swoją pasję w postaci  cieniutkiej książeczki. Choć pasja ta wygląda bardziej jak mała religia pisarza. Właśnie tak religia, gdyż Murakami traktuję bieg niczym bardzo ważną medytację niezbędną dla codziennej czystości duchowej. Stawia pisarstwo i bieganie tuż obok siebie, twierdząc, że pisarstwo także jest bardzo trudną pracą, gdyż pisząc autor wciąż się porusza po swoim umyślę.
Ja też piszę, na razie do szuflady, ale jednak piszę i przyznaję rację Haruki. Pisanie jest fizyczną pracą umysłu i męczy jak każda inna praca. Jednak pisząc, można unieść się wysoko nad ziemię,  można zobaczyć światy, o których jedynie się śniło. Pisząc, sprawimy, że marzenia stają się namacalnymi skarbami, zakutymi w litery i słowa.

Niewielu pisarzy potrafi stworzyć intrygującą książkę, obierając sobie tak pospolity temat jak bieganie. Cóż można o tym napisać? Ile kilometrów ma maraton, jakie buty są najwygodniejsze do biegania i co to jest triatlon… Jak można pisać o tym w sposób fascynujący? Zapytajcie Murakami. On pisze o rzeczach zwykłych, odkrywając ich najbardziej niezwykłe aspekty. Z pewnością nawet widelec z łatwością zmieniłby w poezję.
Tak samo było i z bieganiem. Pisząc o tym sporcie, Murakami stworzył pamiętnik. Opowiedział nam czemu zaczął pisać, jak to się stało i w jaki sposób został sławnym pisarzem. Czemu zaczął biegać, dlaczego sport ten jest tak niezbędny, gdy jest się pisarzem, i co prócz mocnych nóg i dobrej kondycji można zyskać dzięki bieganiu. Na te wszystkie pytania Murakami odpowiada w tej cieniutkiej książeczce. Swoją drogą, przepięknie wydanej. Od okładki wieje świeżością i porankiem, a grzbiet przypomina odblaski, które zakłada się dla bezpieczeństwa. Świetny pomysł!

Gdy książka „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” dopiero się ukazała, pracowałam jeszcze w księgarni, dzięki czemu odkryłam dla jak wielu ludzi jest ta książka stworzona. Jest skarbem przede wszystkim dla fanów Murakami, bo czy to nie prawdziwa uczta, czytać wyznania ukochanego pisarza?
Książka jest także świetnym pierwszym krokiem w stronę pisarza dla tych, którzy jeszcze nie znają jego twórczości.

- Może ma pani coś o sporcie? Coś, co jest po ludzku napisane.
-  Oczywiście. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”.

- Szukam czegoś na prezent dla mężczyzny po czterdziestce. Coś, co mu pokaże, że życie w tym wieku jeszcze się nie kończy.
- Oczywiście. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”.

Tak, tak było. I bardzo miło mi się Murakamiego polecało :)

Murakami twierdzi, że wszystko, co osiągnął, osiągnął dzięki bieganiu. Ale talentu nie nabiegasz. Najpierw pojawił się talent, a potem bieganie. Najpierw się rodzimy, a potem zaczynami chodzić.

poniedziałek, 13 września 2010

Biały statek - Czingis Ajtmatow

Melancholijne dni! oczarowanie oczu!
Lubię przyrody pożegnalny strój,
Gdy się wspaniale krasy jej roztoczą.
W purpurze, w złocie więdniesz, lesie mój...

(Aleksander Puszkin „Jesień”)

I mamy znów jesień… Czuję lekki dyskomfort na myśl, że od kolejnej zimy dzieli mnie tylko kilka miesięcy. Żywię cichą nadzieję, że nie będzie aż tyle śniegu, bo gorzej chyba być nie mogło.
Jednak nie mówmy o zimie, jeszcze nie przyszła, i niech sobie nie myśli, że jest mile widziana. Teraz jedynym wyjściem jest zapomnieć o cudownych urokach lata, które minęły, i o zimnym śniegu, który z pewnością przyjdzie. Teraz należy skupić się na jesieni. Jednak co można o tej porze roku napisać nowego? Wszystko już zostało omówione, każdy listek otoczony uwielbieniem, każdy epitet dopasowany, zachwyt uwieczniony w setkach wierszy. A nam pozostaje tylko cieszyć się nią.
Ulubiona pora roku mojego ulubionego poety. Jednak dziś mowa będzie nie o Puszkinie, o nim kiedy indziej. Dziś opowiem wam o kirgiskim pisarzu. 



Gdy wypowiadam imię Czyngisa Ajtmatowa, z czym się wam kojarzy? Z Kirgizją, z Rosją, z wioską, z bajką, czy z niczym? Jego książki są specyficzne, jednak czytając jego biografię, ciężko sobie wyobrazić, by były inne.
Urodził się w 1928. Dzieciństwo spędził z babcią, dzięki czemu jego pierwsze spojrzenie na świat zostało ukształtowane przez kirgiską wieś. W domu mówiło się w dwóch językach, po rosyjsku i kirgisku. Taka też jest i twórczość Ajtmatowa, tworzył dla obu kultur. Przeżył długie życie, napisał powieści chwytające za serce i zarazem tworzące wrażenie bajki. Zmarł dwa lata temu, w 2008 roku.

Pisarze nie umierają, żyją nadal w swoich książkach. A książki są jawną lub ukrytą autobiografią twórcy.

„Biały statek” to książka łącząca prawdziwość życia z liryczną bajkowością. Akcja ma miejsce w górach, w małej osadzie, gdzie mieszkają jedynie trzy rodziny. Siedmioletni chłopczyk wychowuje się wśród dorosłych. Porzucony przez matkę i ojca, został oddany pod opiekę swojemu dziadkowi Momunowi – mężczyźnie pokornemu, spokojnemu i o słabym charakterze. Jednak jest coś, co dziadek potrafi robić tak dobrze, jak nikt inny. Opowiada wnukowi cudowne bajki…

Chłopczyk pozostawiony sam sobie, pozbawiony rówieśników, nie cierpi z tego powodu. Sam znajduje sobie przyjaciół. Nadaje imiona ogromnym głazom, rozmawia z trawą i dostrzega jej zmienne nastroje, prowadzi dyskusję z lornetką, a teczkę, z którą chodzi do szkoły, traktuje jak najlepszego przyjaciela. Cały świat przyrody ożywa wokół niego. A liryczne tło tych niezwykłych przyjaźni tworzy mit o stworzeniu plemienia Kirgizów, którego matką był jeleń.
W umyśle chłopczyka nie istnieje granica pomiędzy światem fikcji, a życiem rzeczywistym. Wydaje mu się, że widzi przeróżne postacie z legend, rozmawia z nimi i marzy, by zostać rybą. Zdawałoby się, że malec wyrzekł się świata. Czy to przez opowieści dziadka, który najprawdopodobniej sam wierzy w opowiadane przez siebie legendy, czy też z powodu zbyt brutalnej prawdy życia, gdzie rodzice chłopca rozwiedli się, założyli nowe rodziny, a o nim zapomnieli. A może po prostu jego melancholijna dziecięca dusza nie jest gotowa do odrzucenia magicznego świata? Jednak bajka ma to do siebie, że kiedyś z pewnością następuje jej koniec. A gdy jest się do niej zbytnio przywiązanym, ów koniec może przynieść wiele bólu.

W „Białym statku” Ajtmatow zakłada czytelnikowi okulary dzieciństwa. Widzimy świat oczami chłopca, znamy jego marzenia i nadzieje. Jednak autor pozostawił też małą szczelinę w okularach, przez nią przebija się do naszych oczu prawdziwy świat, prawdziwe życie. Życie, które może okrutnie ranić mity i legendy.

Widzenie w zimnym racjonalnym świecie postaci z bajek i legend, jest piękne. Można niemal uwierzyć, że tak jest naprawdę, a gdzieś w zakamarkach pamięci coś szepce, że kiedy my sami byliśmy dziećmi, widzieliśmy ten sam świat. Jednak czy można spędzić tak całe życie? Czingis Ajtmatow spróbował odpowiedzieć nam na to pytanie. I nie przez przypadek powieść „Biały statek” ma podtytuł, a brzmi on: „Po bajce”.

piątek, 10 września 2010

Tysiąc dni w Wenecji - Marlena de Blasi


Kiedy dowiedziałam się, że zobaczę Włochy na własne oczy, poleciałam do biblioteki w poszukiwaniu włoskich autorów. Jednak niezbyt zachęcało mnie zabranie do Włoch książki, akcja której ma miejsce w Ameryce Łacińskiej. I nieważne, że autorem jest Włoch :)
Sięgnęłam więc po książkę, która opowiada o Włoszech, choć nie jest napisana przez Włoszkę. Wybrałam ją z trzech powodów: 
1.Wenecja; 
2. Okładka – ciepła i piękna; 
3. Nie widziałam ani jednej złej opinii o niej.

„Tysiąc dni w Wenecji” zaczyna się ciepło, włosko i pysznie. Podejrzewam, że gdybym nie leżała na plaży, nie miała szumu Adriatyku w uszach, a piasek nie spacerowałby między kartkami książki, nigdy bym po twórczość Marleny de Blasi nie sięgnęła.
We współczesnych czasach ciężko o dobre książki o miłości, dlatego jeżeli już mam czytać coś w tej tematyce, wybiorę Austen lub siostry Bronte. Jednak nie krytykuję „Tysiąc dni…”, nie. Książka opowiada o drugiej młodości, o tym, że marzenia się spełniają i każda z nas może spotkać swojego księcia, nieważne ile ma lat. A wszystko osadzone w ciepłej Wenecji i przyprawione wymyślnymi przepisami. Oczywiście, że coś takiego może się podobać. Innym. Ja jakoś nie przepadam za tą tematyką. Czytałam jednak tę książkę z przyjemnością, ponieważ Wenecja była tam opisana cudownie! Każdy fragment o tym mieście czytałam po kilka razy. A gdy byłam już na setnej stronie, nadszedł dzień, kiedy miałam sama zobaczyć Wenecję na własne oczy.

Dzień, w którym zobaczyłam Wenecję, zaliczam do jednych ze szczęśliwszych dni mojego życia. A samo miasto umieściłam na liście moich ukochanych miejsc na świecie. Przywiozłam masę wspomnień, pełnię wrażeń i pięćset zdjęć. A potem, gdy znów usiadłam do „Tysiąc dni w Wenecji”, zachwycona tym, że będę teraz czytać o mieście, które widziałam, nie potrafiłam przeczytać ani jednej strony. Książka straciła cały urok. Siedziałam nad nią i po prostu na nią patrzyłam. Wracałam do fragmentów, które zachwyciły mnie wcześniej, zaglądałam na następne strony. I jedynym, co krążyło mi po głowie, było pytanie: Jak można tak nieudolnie opisać Wenecję?!

Prawda jest taka, że lepiej jeden raz zobaczyć, niż sto razy usłyszeć. Jeżeli nigdy Wenecji nie widzieliście, to książka o tym mieście może zaczarować i zachęcić do podróży. Jednak kiedy już się w Wenecji było… Ja osobiście nie potrafiłam dalej czytać. Cała lektura straciła dla mnie sens, bowiem przepisy i wcześniej były dla mnie zbyt skomplikowane, wątek romantyczny czytałam ziewając, najważniejsza była Wenecja. A teraz zabrakło i jej. Postanowiłam więc nie męczyć siebie i odłożyłam twór Marleny de Blasi na półkę, gdzie spoczywa aż do dziś. Niech jednak jeszcze trochę poleży, może po nią sięgnę. A jak nie, to myślę, że mały konkurs i losowanie też by się tu przydały ;)

~*~

Henry Wadsworth Longfellow  
Venice

White swan of cities, slumbering in thy nest
So wonderfully built among the reeds
Of the lagoon, that fences thee and feeds,
As sayeth thy old historian and thy guest!
White water-lily, cradled and caressed
By ocean streams, and from the silt and weeds
Lifting thy golden filaments and seeds.
Thy sun-illumined spires, thy crown and crest!
White phantom city, whose untrodden streets
Are rivers, and whose pavements are the shifting
Shadows of palaces and strips of sky;
I wait to see thee vanish like the fleets
Seen in mirage, or towers of cloud uplifting
In air their unsubstantial masonry.


wtorek, 7 września 2010

Gwiezdny pył - Neil Gaiman




Nowe to dobrze zapomniane stare...

(przysłowie rosyjskie)


Czy jest ktoś na sali, kto nie wie, kim jest Neil Gaiman? A czy jest ktoś, kto jego książek jeszcze nie czytał? No właśnie. Do niedawna w odpowiedzi na drugie pytanie, podniosłabym rękę.
Nie czytałam jego książek, choć miałam taki zamiar od lat. Szczególnie po filmie „Gwiezdny pył” miałam ochotę zapoznać się z pierwowzorem. I po przeczytaniu świetnej recenzji Pawła już nie mogłam się oprzeć.
Od razu uprzedzam, że nie zamierzam porównywać książki do filmu. Powiem tylko, że jeżeli obejrzeliście już ekranizację, to nie bójcie się, że książka was nie zaskoczy.

Każdy z nas lubi bajki, ponieważ to właśnie one niosą ze sobą wspomnienia dzieciństwa – dla większości okresu beztroskiej radości. Gaiman bierze te bajki i spisuje je na nowo dopasowując do naszej dorosłości. Gotyckie fantasy – tak właśnie nazywają jego literaturę.  Neil pisze świetnie, ale gdybym miała malutką córeczkę, nie pozwoliłabym jej czytać jego książek.

„Gwiezdny pył” to dość ciekawa pozycja. Jest to zlepek tego, co już było – i w twórczości ludowej, i w autorskiej – przez co, czytając tę książkę, ma się wciąż wrażenie, że skądś się zna całą historię. Mamy tu jednorożce, wiedźmy, włochate stworki, drzewa. I chcę się powiedzieć, że przecież to już było. (Tolkien! Lewis!)  A mimo tego uczucia, nie wie się, co będzie za zakrętem. I do tej masy bajek, o aluzje do których potykamy się na każdym zdaniu, autor dodał nieco ostrej przyprawy, czyniąc tę książkę niezbyt odpowiednią dla dzieci. Zmieszawszy to wszystko osiągnął jedną niepodważalną rzecz - uczucie prawdziwego bajkowego cuda, które wypełnia książkę i bohaterów aż po brzegi.
Coś w stylu Gaimana jest nieuchwytnego. Coś, co sprawia, że dobrze nam znane historię zostają opowiedziane na nowo i potrafią zaskoczyć. Tak jakby bajka dorosła razem z nami i ponownie zapraszała na powtórzenie przygody. Bajka niejedno poziomowa, można czytać i delektować się treścią, a można i zajrzeć głębiej.

Trochę pachnie tu „Nigdziebądź”. Podobny schemat: on - rozczochrany flegmatyk, ona – kpiący choleryk. I nagle z nieba spada gwiazda. Ale może Gailmana kręcą takie rozgrywki ;) Ale o „Nigdziebądź’ już ani słowa więcej, ponieważ nie skończyłam jeszcze książki. Po prostu skojarzenie samo się nasunęło.

„Gwiezdny pył” może się spodobać lub nie, wywołać jak i zachwyt, tak i irytację przemieszane z niezrozumieniem. Czy mi się spodobała książka?
Lubię bajki. Kiedyś lubiłam je oczami dziecka. Potem jako filolog położyłam je na stół operacyjny i chwyciłam do ręki skalpel. Ciekawe rzeczy mają w środku… Ale o tym innymi razem. Tak potoczyła się moja kariera na studiach, że bajki stają się nieodłączną częścią moich badań. Wciąż się na nie natykam, wciąż odkrywam nowe rzeczy i czasem się zastanawiam, gdzie są te niewinne dziecięce bajki, w których było tylko dobro? Jak na razie przed moimi oczami pozostało po nich pogaństwo, obrządki religijne, ukryte iluzje dla dzieci nie przeznaczone. A Gaiman…  No właśnie!
Zastanawiam się z czego jest zrobiony ten łańcuch, którym autor przykuwa czytelnika do swojej książki. Jest mocny i trzyma do samego końca. Kiedy jednak puszcza, czuje się lekki niedosyt. Tak jakby czegoś w „Gwiezdnym pyle” zabrakło. Czegoś ulotnego, małego, na kształt jednego zaklęcia lub postaci epizodycznej. Czegoś nieuchwytnego i trudnego do określenia. A może to tylko tęsknota za beztroskim dzieciństwem?

sobota, 4 września 2010

Wielki Mistrz - Trudi Canavan


Napisanie recenzji trzeciego tomu trylogii jest niemal awykonalne, gdy bierze się pod uwagę osoby, które nie przeczytały jeszcze ani jednej książki z cyklu, a recenzję czytać będą. Łatwo bowiem zdradzić fakty, które sprawią, że czytanie pierwszej czy drugiej części trylogii „Czarnego Maga”, zostanie pozbawione jakiegokolwiek zaskoczenia.
Dlatego też podzieliłam recenzję na dwie części – dla tych którzy trylogii nie przeczytali i dla tych, którzy lekturę „Wielkiego Mistrza” mają już za sobą.

Tym, którzy nie czytali jeszcze książek Trudi, mogę powiedzieć jedno - warto! Warto, ponieważ te trzy książki („Gildia magów", „Nowicjuszka”, „Wielki Mistrz”) stanowią nierozerwalną całość, napisaną w sposób żywy i wciągający, mimo wszystko wręcz oryginalny. Postacie ożywają z łatwością w naszym umyśle. A jedna część jest lepsza od drugiej, choć każda niesie ze sobą coś innego i do końca ciężko mi określić, która była najlepsza.
Ostatnia jednak, „Wielki Mistrz”, najbardziej uderza w emocje. Doskonałe zakończenie cyklu. I myślę, że nikt nie pożałuje czasu poświęconego na czytanie tych książek. Stanowią metaforę naszego współczesnego życia. Nie ma tu idealnego świata, tu panują nasze problemy, z którymi bohaterzy Canavan walczą i żyją na co dzień.
Ta trylogia nie jest tylko umilaczem czasu. Daje do myślenia i nierzadko może zmienić punkt widzenia.


            A teraz przepraszam tych, którzy jeszcze trylogii nie czytali, i oznajmiam, że dalej zaczyna się tekst, który zdradza wiele informacji dotyczących treści całego cyklu. Jeżeli macie zamiar sięgnąć po lekturę i dobrze się przy niej bawić, nie czytajcie dalszego ciągu recenzji. Ale koniecznie wróćcie tu, jak tylko skończycie „Wielkiego Mistrza”, bardzo chętnie posłucham waszych wrażeń ;)

~*~

Wiecie, ja po prostu nie jestem w stanie napisać niczego konstruktywnego. Niczego. Z pewnością nie stworzę tu żadnej mądrej opinii. To zlepek moich emocji, nic więcej. Ponieważ po przeczytaniu „Wielkiego Mistrza” nie jestem w stanie myśleć logicznie i analizować lektury. Za bardzo związałam się z postaciami tej książki. I właśnie mam wrażenie, że straciłam najlepszego przyjaciela.
Znałam zakończenie, zanim do niego doszłam. Jakieś sto stron przed końcem przestałam czytać. Z początku spisywałam to na niechęć zakończenia tak cudownej trylogii, a potem zrozumiałam. Ja po prostu się bałam o tym przeczytać. Wiedziałam, że Akkarin zginie, czułam to każdą cząstką mojego umysłu. I nie mogłam nic z tym zrobić.
Nie mam do Trudi żalu, można jej jedynie pogratulować genialnego zakończenia. Nie ma ‘i żyli długo i szczęśliwie’. Nie ma też smutnego końca, tak jak np. u Hugo w „Katedrze Marii Panny w Paryżu”. Jest śmierć, a potem nowa nadzieja w postaci nienarodzonego dziecka. Poza tym rozmowa Sonei z Jonną i Rothenem wypełnia zakończenie pogodnym i żartobliwym nastrojem. Ale na mnie to nie podziałało.
Tak bardzo zżyłam się ze światem Trudi, że wściekłość i żal wręcz się ze mnie wylewa. Nie miałam zamiaru pisać dziś recenzji, ale chyba muszę wyrzucić to z siebie tu i teraz, inaczej trafi mnie szlag.

Jest sobie utalentowany człowiek, spotyka go okropieństwo w postaci życia niewolnika, uczy się czarnej magii, bo nie ma wyjścia, a potem wraca i próbuje żyć normalnie. Z perspektywy całej trylogii, radziłabym Akkarinowi opowiedzieć Gildii wszystko od razu po powrocie, a nie zachowywać tego dla siebie. On jednak postanowił działać na własną rękę. Wziął na siebie obronę całego państwa i robił to w ukryciu. Bo jeżeli nie on, to kto? Ci, którzy żyją w zabobonie i strachu przed czarną magią?
A kiedy  wszystko się wydało, po prostu go wyrzucili. Jednak on wrócił. Podziwiam go za tę decyzję, jednak mógł dać sobie spokój. Nie chcieli go, nie uwierzyli mu, siedzieli twardo w swoich zabobonach. Ale kto z nas skazałby tysiące osób na śmierć, wiedząc, że tylko on może pomóc? To oczywiste, że Akkarin nie zostawił Gildii.
I zginął.

Poświęcił się dla ogółu. Piękna śmierć. Ale, powiedzcie mi, co sam Akkarin miał z tego życia? Miłość, którą nawet nie zdążył się nacieszyć? A gdyby nie pomógł i nie wrócił do Kyralii, zapewne do końca jego dni dręczyłoby go poczucie winy. Mam wrażenie, że fatum z „Króla Edypa” naprawdę istnieję.

Wybaczcie mi tę gamę emocji. Po prostu zdenerwowała mnie ta niesprawiedliwość i ciężar odpowiedzialności jaki spadł na ramiona Akkarina. Mógł spaść na każdego innego. I każdego byłoby mi żal w tej sytuacji.
Ta książka pokazała doskonale, jaką głupotę czynimy czasami, będąc ślepo wpatrzonymi w stereotypy. Czarna magia jest zła, koniec, kropka! Gdyby Gildia nie obstawała tak uparcie przy iluzji, którą sama sobie narzuciła wiele lat temu, Akkarin by żył, miasto nie byłoby zniszczone, niebezpieczeństwo kolejnej wojny nie istniałoby.
Wiem, że to tylko książka fantasy. Ale ona mówi nam aż za dobrze, że nie wolno tępo wpatrywać się w dobrze nam znane prawdy. Czasami trzeba umieć zmieniać zdania i poglądy. A Canavan pokazała nam, że nie zawsze czarne jest czarne.


Sonei też mi żal. Za każdym razem, gdy zaczynała odnajdywać swoje miejsce w życiu, ziemia znikała jej pod nogami. Wraz z Akkarinem zniknęła definitywnie.
Zapewne przyzwyczaiłam się po prostu do szczęśliwych zakończeń. Choć pamiętam, że smutne też lubiłam. Ale nie w chwili, kiedy tam bardzo związałam się z bohaterami. Ożyli w moich myślach tak bardzo, że wiedziałam, co zrobią w następnej chwili. Od połowy książki znałam jej ciąg dalszy, ale nie w taki sposób, jak zwykłam przewidywać schematyczne powieści. Po prostu wszystko wyczuwałam emocjami. I żałuję, że nie skończyłam czytać, kiedy pozostało mi 100 stron do końca. Przynajmniej nie czułabym się tak jak teraz. Nie dość, że taka cudowna trylogia urwała mi się nagle (a specjalnie czytałam jak najwolniej), to jeszcze mój ukochany bohater umarł. Tak bardzo mnie intrygował, gdy czytałam dwie pierwsze książki. Próbowałam wniknąć w jego uczucia, wmówić sobie, że nie może być tylko negatywnym bohaterem. A kiedy się okazało, że mam rację, po prostu zginął.
Zastanawiam się, czy umiałby żyć spokojnie po tym wszystkim, co przeżył. Czy potrafiłby stworzyć szczęśliwą rodzinę wraz z Soneą. Nie wiem.
Akkarin z tytułowego bohatera całej trylogii stał się nagle bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. A sam tytuł – „Czarny mag” – po zakończeniu cyklu, staje w zupełnie innym świetle i diametralnie zmienia znaczenia. Bo czyż nie była to opowieść o Sonei, która czarnym magiem w końcu została?

Miłość… Na miłość w powieści mam uczulenie. Odrzuca mnie, gdy widzę przed sobą lukrowy związek. Miłość w literaturze staje się kiczowata. Bo teraz nikt nie pisze takich historii jak „Jane Eyre” czy „Wojna i pokój”. Teraz miłość w książkach jest płytka, koronkowa i głupiutka. Nie prawdziwa.
U Trudi było inaczej. Miłość Akkarina i Sonei wydała mi się jak najbardziej rzeczywista. Od nienawiści do miłości, tak?
Nie pachniała lukrem, czuć od niej było jedynie bólem. Bo czy taka miłość może trwać wiecznie? Choć trzeba przyznać, że skończyła się nieco godniej, niż u Romea i Julii. Miłość, o której chciało się czytać wciąż i wciąż. Chciałam zobaczyć scenę końcową „Gildii magów”, gdzie Sonea siedzi na podłodze przy fotelu, na którym siedzi Rothen, jednak by miejsce maga zajął Akkarin. Pragnęłam dla nich spokojnego życia. Oboje na nie zasłużyli. Trudi jednak miała inny pomysł… Ta miłość wyszła jej znakomicie. Tak samo jak i inne oklepane wartości. Przyjaźń, honor, poświęcenie – to wszystko pojawia się niemal w każdej powieści i jest tak mdląco wyidealizowane, że czytelnik ma dość potykania się o to przy każdym akapicie. A u Canavan wszystko wydało się prawdziwe, ludzkie, pełne wątpliwości, strachu, ciężkiej pracy, walki z samym sobą i uczucia. To była nasza ludzka miłość, przyjaźń, honor i poświęcenie, takie jakie są naprawdę. Bo czy śmierć Akkarina była bohaterskim poświęceniem? Nie… Było pełne rozpaczy, żalu, pewności, że nie ma innego wyjścia. Był zbyt zmęczony,  by podejmować inną decyzję. To życie go zmęczyło, życie, które wymagało od niego zbyt wiele, w zamian nie dając prawie niczego.

            Właśnie powoli dociera do mnie, że ja naprawdę nie jestem w stanie ocenić tej trylogii jako literaturoznawca czy filolog. Postacie tej historii są na tyle ludzcy, że odbieram ich czyny jako prawdziwych ludzi z krwi i kości. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś książka, wywołała we mnie tyle emocji, chyba właśnie „Wojna i pokój”. Zdaję sobie sprawę, że pisanie recenzji zaraz po przeczytaniu, nie jest najlepszym wyjściem. Zwykle nie robię tego, zostawiam sobie czas na przetrawienie, przemyślenie. I z pewnością tu nie zawarłam wszystkich moich wrażeń. Jednak dzięki temu, że napisałam to tu i teraz, pozbyłam się kilku uczuć, które wwiercały się we mnie niebezpiecznie.

Z pewnością do twórczości Canavan wrócę i zamierzam przeczytać wszystko, co napisze, bo już teraz wiem, że będę zadowolona z lektury. Jednak teraz potrzebuję przerwy. Mam wrażenie, że ktoś wstrząsnął całym moim światem, a ład i harmonia zachwiały się mocno. Trudi w swojej trylogii wyciągnęła wiele rzeczy, które w moim życiu miały miejsce. Jedne były złe, które dotychczas leżały uporządkowane i nieruszane. Minie sporo czasu zanim znów przykryje je kurz. Drugie to piękne wizje, marzenia, plany. Jednak kiedy czytałam o tym, jak moje własne wizje w życiu Sonei były rozbijane w pył, czułam się niepewnie. Dlatego też muszę dojść do siebie po tej lekturze. Poza tym ciężko jest wracać do świata rzeczywistego, po tak niezwykłym świecie magii. To tak, jakby wynurzyć się z ciepłej wanny. Zimno… Ale nie ma dokąd wracać, bo woda już ostygła.

Czy Wy czuliście się podobnie, kiedy skończyliście całą trylogię? Czy podchodziliście z takimi samymi emocjami do tej opowieści? Czy tylko ja uroiłam sobie nasz świat odbity w świecie Kyralii? Napiszcie, proszę. Chyba potrzebuję waszego wsparcia, bo ciężko jest znów „chodzić”, po tym gdy się „latało”. A książki Canavan się nie czyta, w nich się lata…

piątek, 3 września 2010

Wenecja - marzenie senne



Z czym się kojarzy Wenecja? Z wodą, gondolami, wąskimi ulicami… Mi kojarzy się z Petersburgiem. Z zachwytem Piotra I, cara, który postanowił wybudować drugą Wenecję i takową wzniósł w 1703 roku. Kojarzy mi się także z George Sand i jej „Consuelo”. Piękna powieść o włoskiej utalentowanej dziewczynie mieszkającej w Wenecji.











O tym mieście pisało wielu, bardzo wielu. Jednak kiedy zobaczyłam Wenecję na własne oczy, kiedy napełniłam płuca zapachem miasta, kiedy stanęłam na jednym z mostów, zrozumiałam, że Wenecji nie da się opisać. Każda próba będzie nędzną podróbką, nic niewartą kopią. Sama chciałam Wenecję opisać, jednak wiem, że złamałabym ząbki, więc nawet nie próbuję.
Dlatego też nie będzie to długa notka pełna moich zachwytów. Powiem wprost. Wenecja jest miastem, w którym się zakochałam. I byłabym szczęśliwa, mogąc odwiedzać ją choć raz na rok. To jedno z tych miast, które porywa ludzką duszę. Jednak każde miasto robi to na swój sposób. Petersburg na przykład przytłacza nas swoim majestatem, wręcz każe się sobą zachwycać, wdziera się w sam środek serca i rządzi nim aż do naszej śmierci. Wenecja natomiast jest delikatną panną w alabastrowej sukience i białym kapeluszu, który wciąż musi przytrzymywać rączką, inaczej porwie go wiatr. Zachwyca swą delikatnością i wdziękiem. 




Kiedy idzie się malutkimi wąskimi uliczkami i uświadamia się sobie, że Wenecja została zbudowana w 452 roku, odczuwa się ogromny szacunek. Mury po obu stronach są tak bliskie, że ma się wrażenie, iż to przeszłość nas przytula.











Na czym polega magia Wenecji? Często słyszałam, że na niczym. Wielu mówiło, że to przereklamowane miasto, że panuje tam smród, za dużo turystów pchających się wszędzie, za wąsko, źle, okropnie itp. Zastanawiam się teraz nad tymi opiniami i po prostu ich nie rozumiem.


 











Wystarczył jeden głęboki wdech weneckiego powietrza, by magia wypełniła każdy zmysł. Tak właśnie, magia. Wypełniała wąskie uliczki, wfruwała pod mostami i wokół gondolierów, między turystami i kawiarniami. Była wszędzie. Na czym polegała, nie wiem. Miała pełno składników i nie umiałam jej rozłożyć na czynniki pierwsze.


Jedną z ważniejszych jej części jest z pewnością ta wielowiekowość, która wypełnia każdy kamyk murów i domów. Świadomość, ile lat ma wszystko wokół nas, trochę onieśmiela, ale też napełnia wszystko uroczystym nastrojem. To tak jakbyśmy cofnęli się w czasie. I tłumy turystów wcale nie rozwiewają tego wrażenia, bo większość ludzi ma taki sam zachwyt na twarzy. A niektórzy nawet uśmiechali się do mnie porozumiewawczo, dzieląc się zachwytem.



 











Brakuje mi słów na wyrażenie mojego zachwytu. Po prostu trzeba tam pojechać. Zrobiłam masę zdjęć i częścią z nich z przyjemnością dzielę się z Wami. Jednak uwierzcie mi na słówo, te zdjęcia nawet w połowie nie oddają piękna tego miasta. Je trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy. 


 












PS I koniecznie spróbujcie weneckie cappuccino. Ach! Bellissima!