poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Wywiad z wampirem - Anne Rice

„Nasze wieczne życie jest dla nas zupełnie bezużyteczne, jeśli nie dostrzegamy piękna, które nas otacza – dzieła rąk ludzi śmiertelnych.”
("Wywiad z wampirem" - Anne Rice)
Kiedyś uwielbiałam wampiry i wcale się z tym nie kryłam. Z początku przerażały mnie i kojarzyły się jedynie z Draculą. A potem obejrzałam film „Wywiad z wampirem” i zakochałam się w nim, w całości, w pomyśle, w pojedynczych scenach i postaciach. To było kiedyś.
Dziś należy uważać, gdy chcesz powiedzieć, że lubisz wampiry. Ba! Publicznie w ogóle tego nie należy mówić, bo rzucą się na ciebie chmary różowych nastolat (choć ostatnio z przerażeniem odkrywam, że nie tylko nastolaty tracą głowę dla Edwarda…) i obrzucą tysiącem pytań na temat Meyer, Edwarda, Belli i innych. Jednak rzesze fanów sagi Zmierzchu chyba nie zdają sobie sprawy, że czytają o podróbkach, a nie o wampirach. Bo prawdziwe wampiry nie są posmarowane brokatem, nie łażą sobie pod słońcem, nie mają domu z ogromnymi oknami i nie olewają czosnku i krzyżyków. Odbicia w lustrze też nie mają. A u Meyer… No cóż, u Meyer nie ma wampirów. Są super piękni nieśmiertelni, którzy iskrzą się, lśnią i mają kły. Na myśl  przychodzi mi tylko jedno określenie – wróżki zębuszki. W tym momencie pojawia się złośliwe pytanie, a czemu Meyer nie dała swoim „wampirkom” skrzydełek? Edward z przezroczystymi skrzydełkami wyglądałby jeszcze bardziej pociągająco, a na rynku sztuczne skrzydła sprzedawałyby się z zawrotną prędkością.
Dobra! Już nie kpię! Bo w końcu naprawdę mnie spalą na stosie… ;)
Kiedy dawno, dawno temu odkryłam, że wampirów wymyślili Słowianie, zaczęłam pękać z dumy. Dracula powstał dzięki nam! Hura! Hura! I Louis! I Lestat! I mój ukochany Armand!
Ale kiedy powstał Edward, przestałam pękać z dumy. A potem odkryłam, że wampirki pojawiają się w różnych kulturach na całym świecie, więc do końca nie wiadomo, kto pierwszy stworzył te genialne postacie. Tak! Genialne! (Wróżki zębuszki nie są brane pod uwagę).
Zanim przejdę do zachwytu nad „Wywiadem z wampirem”, chcę jeszcze o czymś opowiedzieć. U Anne Rice wampirki wyśmiały brak odbicia w lustrze, srebro i czosnek. Jednak te „odstraszacze” wampirów nie wzięły się z nikąd. Niestety albo stety większość rzeczy zawsze można wyjaśnić naukowo. Wampiryzm także.
Słyszeliście kiedyś o porfirii? Niektórymi z objawów tej choroby jest unikanie słońca i podnoszenie się dziąseł (przez co zęby zdają się dłuższe). To jedna z teorii powstania legendy o wampirach.
Za druga chorobę, która legła u podstaw nazywania ludzi wampirami, jest wścieklizna. I co ciekawe, podobno ludzie chorzy na wściekliznę boją się swego dobicia. Dlatego też, by wykryć, czy ktoś jest chory, pokazywano mu lustro, za które w dawnych czasach służył kawałek wypolerowanego metalu, a najczęściej srebra. A kto boi się srebra? Istnieją także podejrzenia, że chorzy na wściekliznę nie znosili zapachu czosnku.
To by było na tyle. Wyczytałam kiedyś powyższe informacje w książce o słowiańskim pogaństwie, zachwyciłam się i zapamiętałam na zawsze.
 „- W tej historii - zaczął ostrożnie - jest pewna sprawa, którą przemilczałem i którą chciałbym ci teraz powiedzieć. Nie mówiłem o niej dotąd z nikim, bo prawdę powiedziawszy, nie miałem z kim. (…)Zmieniłem po wojnie nazwisko i za parę miesięcy, może za rok, rozpocznę w Ameryce nowe życie. Ale zanim to się stanie, chciałbym, abyś wysłuchawszy mojej opowieści, powiedział tylko jedno słowo: rozumiem...
- Mów - zachęciłem go, dolewając do szklanki wina - siedzieliśmy przecież w jednej celi. Po tej wojnie to prawie tyle samo, co gdybyśmy siedzieli w jednej ławie szkolnej...
- Nie tak łatwo utrzymałem się na stanowisku dziesiętnika w brygadzie budowlanej. W Rosji, jak wiesz, trzeba za wszystko płacić. W lutym 1942 roku, czyli w miesiąc zaledwie po przeniesieniu mnie z ogólnych robót do baraku technicznego, zostałem nocą wezwany do Trzeciego Oddziału. Był to okres, kiedy Rosjanie brali na Niemcach odwet za klęski na froncie nawet w obozach. W mojej brygadzie pracowało czterech Niemców - dwóch zrusyfikowanych zupełnie Niemców nadwołżańskich i dwóch komunistów niemieckich, którzy uciekli do Rosji w roku 1935. Pracowali doskonale: nie miałem im nic do zarzucenia, chyba to tylko, że unikali jak ognia rozmów na tematy polityczne. Zażądano ode mnie, abym złożył zeznanie, że słyszałem ich rozmawiających po niemiecku o bliskim nadejściu Hitlera. Mój Boże, jednym z największych koszmarów systemu sowieckiego jest mania legalnego likwidowania ofiar... Nie wystarczy strzelić komuś w łeb, trzeba jeszcze, żeby o to na procesie pięknie poprosił. Nie wystarczy uwikłać człowieka w ponurą fikcję, trzeba jeszcze, żeby potwierdzili ją świadkowie. Oficer NKWD nie ukrywał przede mną, że jeśli odmówię, wrócę na ogólne roboty, do lasu... Miałem więc do wyboru własną śmierć lub śmierć tych czterech...
(…)
Nalał sobie wina i trzęsącą się ręką podniósł szklankę do ust. Spod przymrużonych powiek widziałem jego spoconą, przekrzywioną strachem twarz.
- I wybrałem. Miałem dość lasu i tego przeraźliwego, codziennego wywijania się od śmierci - chciałem żyć. Złożyłem zeznanie. Rozstrzelano ich za zoną w dwa dni potem. (…)  Gdybym to powiedział komukolwiek z ludzi, wśród których teraz żyję - podjął cicho - nie uwierzyłby lub uwierzywszy nie podałby mi ręki. Ale ty, ty przecież wiesz, do czego nas doprowadzono. Powiedz tylko to jedno słowo: rozumiem...
Poczułem, jak krew uderza mi do skroni, a wraz z nią cisną się przed oczy dawne obrazy, wspomnienia. (…)
- Więc? - zapytał cicho.
Wstałem z łóżka i nie patrząc mu w oczy, podszedłem do okna. Odwrócony plecami do pokoju, słyszałem, jak wychodzi i przymyka ostrożnie drzwi.”
(„Inny świat” Gustaw Herling-Grudziński)
Zapewne zastanawiacie się teraz, co „Inny świat” ma wspólnego z „Wywiadem z wampirem”. Otóż powiem wam, że bardzo dużo. Poniekąd te książki traktują o tym samym – o utracie człowieczeństwa. Jedni tracą je w łagrach, stając twarzą w twarz z głodem, zimnem i nieludzką pracą. Inni stając się wampirami.
Dziś słyszymy o doskonałości i pięknie wampirów. Jednak czy choć na moment zastanawialiście się, jak to jest być prawdziwym wampirem? Nigdy nie zobaczyć słońca, zabijać ludzi, pić ich krew. Przestąpić granicę człowieczeństwa i zostać mordercą i ludojadem. Żyć kosztem innych i zastanawiać się, czy po śmierci (o ile kiedykolwiek taka nastąpi) dusza (o ile się ją wciąż ma) dostąpi zbawiania. Czy już na wieki należy się do szatana? I czy on w ogóle istnieje? Czy istnieje cokolwiek, co ma sens? I kiedy wreszcie ten świat się skończy?
Anne Rice stworzyła właśnie takich wampirów. Ludzi, którzy nie pragnęli nimi zostać. Tak po prostu zdecydował los. Ot zwykły zbieg okoliczności. Jesteś wampirem, Louis, musisz z tym żyć. I nie wygłupiaj się! Zabijanie to dobra zabawa!
Mały pokój hotelowy, noc, dziennikarz i wampir. Wampir przeżywszy setki lat pragnie teraz opowiedzieć swoją historię. Zaczyna cicho, powoli, spokojnie.
Właśnie o tym jest „Wywiad z wampirem”. Jest opowieścią człowieka, który został wampirem. Został z nim nie z własnej woli, a ponieważ inny wampir imieniem Lestat zapragnął jego majątku. Mimo to Louis spróbował żyć jako wampir, patrzeć na świat nowymi oczyma. Patrzeć, czuć i rozumieć.
Ta książka jest o walce Louisa o jego własne człowieczeństwo. I o jego powolnej utracie. Kroplę po kropli. Wolno, spokojnie i bez odwrotu.
Myślę, że gdyby wampiry istniały, byłyby takie, jak u Anne Rice. Spokojne, majestatyczne, wiekowe bestie, wpatrzone w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Smutne istoty. Jedne szukające sensu i wiedzy, inne próbujące schować się przed przytłaczającą wiecznością w zabijaniu i dobrej zabawie.
Każda z postaci w „Wywiadzie z wampirem” jest niczym ogromne morze. Pełno w niej uczuć, myśli, przeżyć, wspomnień, cech i dynamiki. O każdej można napisać oddzielną powieść (co Rice i zrobiła).
Jest to książka nie tylko o wampirach, ale i o ludzkiej głupocie. O ludziach, którzy nie są w stanie docenić swojego człowieczeństwa i swojej śmiertelności. Bo dobrze jest tam, gdzie nas nie ma.
A sztuką jest docenić to, co mamy tu i teraz.
Myślę, że „Wywiad z wampirem” nie można nazwać po prostu książką fantasy. Prócz próby opowiedzenia czytelnikowi, czym jest wampir i jak wygląda jego życie, Rice porusza kwestie filozoficzne, religijne, egzystencjonalne, ociera się o temat rozwoju świata oraz zagłębia się w psychologii.
Najbardziej kusi mnie nazwać „Wywiad z wampirem” powieścią psychologiczną. O ile można rozprawiać o psychologii istot, które nie istnieją.
A może i istnieją. Kto wie ;)

niedziela, 29 sierpnia 2010

Włochy - kraina sjesty i pysznych melonów

Za oknem spadają liście i jest tak dziwnie zimno, na podłodze stoi nierozpakowana jeszcze torba, tysiąc pięćset zdjęć śpią poprzewracane w folderze ”Włochy”, a na ręce tyka cicho nowy zegarek. I to chyba on najbardziej przypomina mi o miejscu, gdzie go kupiłam, i o tym, że czas idzie do przodu, a to miejsce jest oddalone o 1400 km ode mnie. Tak daleko…

Jeszcze przed wczoraj leżałam na ciepłym piasku i czułam na ustach słony smak Adriatyku. Powietrze dudniło trzydziestoma pięcioma  stopniami ciepła, na skórę kładła się lekka opalenizna,  a wszystkie sklepy i urzędy zamykały się codziennie mniej więcej od 13:00 do 15:00 na sjestę. Takie to dziwne w ciągu jednej doby z ciężkiego, lecz jakże cudownego upału wkroczyć w początek jesieni.
Nie chcę rozpakowywać żadnej z toreb, nie chcę wyjmować żadnej z rzeczy, które pachną Włochami. Bo mam wrażenie, że gdy postawię na półkę kulę, w której wśród spadającego sztucznego śniegu płynie gondola, czar pryśnie.
Włochy są przepiękne, energiczne i niezwykle gorące. Choć wieczorem i rano, gdy słoneczko już się chowa i wszystko wokół ogarnia chłodnawe powietrze, człowieku wydaje się, że jest w raju. Ale z tej iluzji wyrywają go malutkie sprytne włoskie komary, których się nie czuje i nie słyszy, lecz pamiątki po których są gorsze niż po polskich bzyczących kumplach.


Niesamowicie jest obserwować, jak kraj przystosował się do takich zmian temperatury. Każde okno ma ogromne drewniane okiennice, które zamykane są w środku dnia. Nawet balkony są zasłaniane lub zamykane drzwiami, przez które nie przechodzi słoneczny żar. Dzięki temu upał nie wkracza do wnętrza. Natomiast wieczorem wszyscy otwierają się na świat, by wpuścić chłodne powietrze. Niektórzy mają nawet urządzone zwykłe pokoje na balkonie, gdzie stoi telewizor, kanapa, wiszą obrazy, albo jest jadalnia, gdzie cała rodzina ze smakiem je kolację.


A sami Włosi… Ile ci ludzie mają energii! A mówią jeszcze szybciej. Jednak są bardzo uprzejmi i otwarci. I czasami zbyt otwarci. Choć otrzymanie cappuccino z narysowanym na piance serduszkiem było miłe. A pizza tam naprawdę jest przepyszna. Cieniutka i delikatna. O makaronach nic nie powiem, bo 20 euro za jedną porcję jest lekką przesadą ;) Za to melony mają przepyszne! Również za przesadę lub za cud świata uznałam miasteczko, gdzie nie było chodników dla pieszych. Jezdnia była, miejsce na parkowanie auta było, ścieżka dla rowerów również. A piesi… Chodzili po drodze jak święte krowy ^^



A roślinność… We Włoszech wszystko, co u nas rośnie skromnie w doniczkach i nie przekracza wskazanych 20-30 cm, u nich jest ogromnymi drzewami. W ciągu pierwszego dnia pobytu aparat został zapełniony zdjęciami krzaczków, drewek i gałązek.
Z podróży zostało mi trochę notatek i zapisek z wrażeniami, chętnie więc podzielę się nimi z wami w przyszłych notkach, opisując Wenecję, Grado i inne miejsca, które mnie zachwyciły. Powiem wam jednak, że lepiej jeden raz zobaczyć, niż sto razy usłyszeć. Zatem dodaję tu kilka zdjęć i życzę wam z całego serca, byście kiedyś mogli zobaczyć Włochy na własne oczy.



PS Takie to miłe, spacerować sobie po Wenecji i nagle zobaczyć, że i tu o mnie słyszeli ;P


...;)




środa, 18 sierpnia 2010

Księżniczka i żaba [2009]


Dzieciństwo to jest taki czas, kiedy wszystko wydaje się możliwe. Kiedy zza każdego drzewa wyglądają nimfy i domowiki, w jeziorze pływa rusałka, a po nas na pewno za chwile przyjdzie piękny książę. Magiczny świat żyje z nami i w nas, a przez to życie wydaje się jeszcze bardziej piękniejsza. Niestety potem dorastamy.
Może nie każde dziecko ma takie szalone pomysły i zwidy. Przynajmniej ja takowe miałam. Raz nawet chciałam być latającym dywanem! Albo tańczyłam walca z elfami. Czasami tęsknię za tą wolnością myśli, którą nie blokowała racjonalność. Chociaż nawet teraz nie zawsze udaje jej się przekonać mnie do końca, że magiczny świat nie istnieje. Istnieje w tym, co piszę.

Z okazji tej nostalgii proponuję Wam, moi Kochani, krótką wędrówkę do krainy dzieciństwa w postaci recenzji bajki. A co! Jak szaleć, to szaleć! Bajkę też czasami trzeba sobie obejrzeć, by świat nie wydawał się zbyt poważny ;)

„Księżniczka i żaba”! Oglądając to, uśmiałam się jak nigdy! Mamy tu cały wir bajeczny: Kopciuszka, który pracuje w dzień i w nocy, ale ma kochaną mamę i tatę. Księcia z bajki, bo jakże bez niego! Księżniczkę, nieco rozpieszczoną, ale o uroczym serduszku. Motyw księcia zamienionego w żabę (Uwaga! Nie całować!). I oczywiście mamy miłość, bo jaka bajka bez niej?
Ale mamy tu także nieźle zarysowane elementy współczesności: Murzynka w głównej roli – i dobrze, łamiemy stereotypy! Tolerancja górą! Skoro w amerykańskich filmach prezydent [ który ratuje cały kraj (i świat gratis) albo umiera bohaterską śmiercią – jak kto woli] jest murzynem, to czemu Disney ma sobie nie poużywać?
Tą złą stroną nie jest tu jakiś czarnoksiężnik czy Baba Jaga, a cień, który zabawia się voodoo. Oglądając tę bajkę, czasami wątpiłam, czy aby na pewno jest dla dzieci. Bo całe te amulety z krwią, demony z tamtego świata, modlitwa do masek i zabijanie ludzi za pomocą przekłucia igłą kukiełki, jakoś nie zachęca mnie do pokazania tej bajki dzieciakom. A może to miało na celu wybić dzieciarni z głowy fascynację takimi rzeczami?
Jest tu i śmierć. Dość poważna sprawa. Ale ukazana tak, by dzieciaki się nie smuciły. Taka śmierć daje nadzieje i jest naprawdę piękna.
Stanowczo jest więcej plusów niż minusów. Mamy tu hasła typu – „Żeby osiągnąć marzenie, trzeba dużo pracować” i „W dążeniu do swych marzeń, nie zapominaj o tym, co najważniejsze”. Żabę całuje wcale nie księżniczka, a przebrana za nią kelnerka. I po tym żaba wcale nie zmienia się w księcia, tylko mamy drugą żabkę. A wszystko się składa na to, że swoje marzenia trzeba spełniać. I o to chodzi!
Polecam ;) Dużo pozytywnej energii jest w tej bajce ;)


PS Mam dla was dobrą nowinę ;P Urlop to jeden z lepszych wynalazków ludzkości, wybywam więc jutro wieczorem w świat. Opuszczam was na cały tydzień, więc odpoczniecie troszkę od moich recenzji ^^ Obiecuję, że będę tęsknić!

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Przed wschodem słońca [1995]

On – Amerykanin. Ona – Francuska. Różni pod każdym względem. Łączy ich tylko jedno – pociąg. Spotkali się w nim. Po zwykłej wymianie zdań nastąpiła rozmowa. Rozmowa, która pochłonęła obojga. Przerywa ją Wiedeń – miasto, w którym on musi wysiąść, a ona zostaje w pociągu, jedzie dalej, do Paryża. Wtedy on rzuca pomysł – słuchaj, rano mam samolot do Ameryki i będę czekając na niego włóczyć się po Wiedniu całą noc, a skoro tak dobrze nam się rozmawia, to może powłóczymy się razem?

Ten film jest tak piękny, że wszystkie opiewające go epitety wyleciały mi z głowy i nie wiem, od czego zacząć. Chyba od tego, że mianuję Mirandę na mojego głównego doradcę filmowego, bo to właśnie Ona poleciła mi ten film. Dziękuję!

Film jest piękny, ale nie piękny w sposób jaki są dzisiejsze filmy. Nie ma tu idealnych fryzur, nigdy nie rozmazującego się makijażu, genialnie dopasowanych ubrań czy pięknych kształtów. Są ludzie z krwi i kości. Ludzie, którzy spędzają bezsenną noc chodząc po Wiedniu. Potargane włosy, zgarbione plecy, skrzyp skórzanej kurtki, ubrania nie ładne, a wygodne, bo w podróży to się liczy.
I słowa. Masa słów poruszających niemal każdy temat. A że bohaterowie pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów, mamy dwa różne (nie przeciwne) punkty widzenia. Tak jakby oni na nowo odkrywali świat. Albo spowiadali się sobie nawzajem. Bo przecież oboje mieszkają daleko od siebie, nie maja wspólnych znajomych, w Wiedniu nikt ich nie zna. To, co powiedzą czy zrobią tej nocy, pozostanie na zawsze tylko między nim. Tej nocy byli wolni wśród tłumu. Tak jakby nie istnieli, wykroili sobie jedną noc z życia, by na moment zniknąć.
W tym filmie nie było miejsca na banalność. Nie było stereotypu, czy schematu. Byli prawdziwi ludzie, ich życia i poglądy. I brak strachu. «Przed wschodem słońca» ukazał jak bardzo stajemy się woli, gdy odrzucamy strach. Gdy wysiadamy z pociągu codzienności, by pozwolić sobie przez kilka godzin zapomnieć o tym, co wypada, a co nie. Jedni nazwaliby to szaleństwem, mi wydaje się to byciem sobą.

Żałuję, że mam ten film już obejrzany. Chciałabym cofnąć czas i zobaczyć go jeszcze raz…

Ostatni czytelnik – David Toscana


Dwa światy – świat realny i świat książek. Połączone razem. Granica znikła. Zatarła się w umyśle Lucio, starego bibliotekarza. Zbiory książek są dla niego całym światem i dawno już przestały być pracą. I cóż za niezwykłą bibliotekę prowadzi! Tu książki nie stoją na półkach rozdzielone wg gatunku, narodowości autorów, tematyki, epoki itp. Nie, tu panuje widzimisie bibliotekarza. Na razem stoją książki, które wydały mi się najlepsze, a te, które określił jako złe, są wyrzucane do pokoju obok przez mały otwór w drzwiach. Lucio nazywa ten pokój piekłem. I uważa, że właśnie tam jest miejsce takich książek.

W miasteczku, gdzie mieści się biblioteka, zaginęła dwunastoletnia dziewczynka. Rozpoczęto śledztwo. Jednak poszukiwania dziecka powoli umykają sprzed oczu czytelnika, bo każda sytuacja, każdy gest, każde słowo i czyn są porównywane do sytuacji, gestów, słów i czynów bohaterów z różnych książek. Tak samo i rozwiązanie zagadki zaginionej dziewczynki zostaje rozwiązane za pomocą jednej z książek. Fikcja literacka splotła się z rzeczywistością w ciasny węzeł.

Brzmi ciekawie, prawda? I ta niesamowita okładka…

Nie dajcie się zwieść, bo ja się dałam. Pozwoliłam uwieść się okładce i opisowi z tyłu. Nic poza tym w tej książce już nie uwodzi, a jedynie odpycha.
Czytając, miałam wrażenie, że brnę przez wielkie gęste bagno. Bagno „Ostatniego czytelnika” i masy innych książek. Bagno dosłownie i w przenośni. Styl literacki usypia, ale najbardziej dobija coś innego. Dialogi, a raczej ich brak. A dokładnie, brak graficznej formy wyróżnienia dialogów. Cała książka jest pisana jednym ciągiem, ot takie cegiełki na stronach. Sens zdania (czy to opis czynu bohatera, czy opis okolicy, czy też wypowiedź i czyja to wypowiedź) można było poznać dopiero, gdy dotarło się do końca zdania. Nużące. Ale po 50 stronach przyzwyczaiłam się.
Przeczytałam całość i nadal nie rozumiem, co autor ulokował w książce jako przesłanie. Co chciał powiedzieć? – to dobrze zadane pytanie w tym wypadku, bo zwykle pyta się nie „co chciał”, ale „co autor powiedział w swojej książce” (bo chcieć to on mógł wiele). W tym wypadku uśmiechnę się do mojej Polonistki z liceum i zapytam - „co autor chciał powiedzieć?”. Bo mimo tych 190 stron zbitego tekstu, nie powiedział nic konkretnego. Co to jest? Hymn na cześć awokado? A może piosenka o gładkiej skórze czy oczach zabijanego kozła?
Sens! Toscano, gdzie jest sens! Pewnie odszedł razem z tą dziewczynką, która zaginęła.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Zmierzch - Stephenie Meyer

Tak, tak, właśnie o tym dziś będzie. O Meyer, która podbiła serca różowych nastolatek.
Czasem sięgam po książki, które robią na rynku wielkie bum!. Harry Potter, Brown, Meyer. Zwykle jest to badziewie. I czasem się zastanawiam, czy nie robie sobie za wielkiej krzywdy tą chęcią posiadania wiedzy „co świat teraz czyta”.
Oszczędzę sobie recenzji czterech tomów, rzucę na talerzyk tylko pierwszy. Mam nadzieję, że różowe nastolaty nie spalą mnie na stosie.


I. O czym jest „Zmierzch”

1. Bella Swan - 17 lat
2. Myśli jak trzydziestolatka. Czyta klasykę angielską, lubi ją, ale nic z niej nie rozumie 
3. Ma mamę, która ma problemy z pamięcią
4. Ma tatę, który może:
a) Pracować
b) Jeść
c) Oglądać telewizję
5. Podobno śmierdzi heroiną
6. Podniecają ją zimne męskie wielowiekowe rozkładające się ciała
7. Ma Edwarda - zimne męskie wielowiekowe rozkładające się ciało
8. Edward czyta w myślach u wszystkich, którzy posiadają mózg. Pytanie konkursowe– czemu Edward nie słyszy myśli Belli? Do wygrania rąbek koszuli Edwarda!
9. Edward pomimo swej ogromnej wiedzy i iluś tam setek lat lubi uczęszczać do szkoły, co powszechnie nazywa się pedofilią.

Podsumowując, książka jest horrorem o miłości nekrofila i pedofila. Dozwolone od lat osiemnastu!

II. Na czym polega sukces Meyer

Książka jest skierowana do osobników płci pięknej acz niezbyt mądrej w wieku 13-16 lat. Wskazane osobniki są poddane praniu mózgu i po przeczytaniu książki nie marzą już o księciu na białym koniu, tylko o trupie na miotle.

III. Meyer – czarodziejka

U Meyer wszystko jest możliwe. Wampiry, żyjące wiele wieków, wciąż myślą i rozmawiają jak typowi nastolatkowie. Widocznie mają nie tylko ciało zamrożone, ale i mózg. 

IV. Sławni o Meyer

Stephen King:
„Zarówno Rowling jak i Meyer pisząc zwracają się bezpośrednio do młodych ludzi. Różnica jest taka, że J.K.Rowling jest świetną pisarką, a Stephenie Meyer nie potrafi napisać nic wartościowego.”

V. Przepis na własnego Edwarda

1. Idź do sklepu z zabawkami
2. Kup Kena
3. Wróć do domu
4. Dorysuj mu kły
5. Ubierz go w czarny płaszcz a’la Dracula
6. Zacznij wrzeszczeć: „Aaaaa! Wampir!”
7. Po chwili się uspokój i powiedz mu patrząc prosto w oczy, że się go nie boisz.

Miłego dnia!

sobota, 14 sierpnia 2010

Gildia magów – Trudi Canavan


 
Chyba każdy z nas, osób kochających książki, zna uczucie polowania na książkę. Jest coś, co chcemy przeczytać, ale albo jest za drogie, albo nie ma w księgarniach, albo setki innych powodów. Czekamy więc na tę książkę, na okazję kupna lub przeczytania. A zdarzyło wam się kiedyś, by to książka polowała na was? Mi się zdarzyło…

Parę lat temu zderzyłam się twarzą w twarz  z „Gildią magów” w empiku. Nie dość, że omal nie przewróciłam półki, to jeszcze rzuciła się na mnie książka! Znam siebie i swój gust, więc okładka powinna mi się wydać kiczowata. Ale nic z tych rzeczy! Spodobała mi się! Spojrzałam na nazwisko autora – Trudi Canavan – ładne, pomyślałam, bardzo ładne. Przeczytałam opis książki i… Odłożyłam na półkę. Człowiek-student, to biedny człowiek. Wtedy jeszcze nie zasmakowałam uroków samodzielnej pracy, więc chodziłam na pielgrzymkę do biblioteki. Ale nawet gdybym pieniądze miała, nie kupiłabym tej książki. Bajka? Fantasy? Dajcie spokój!
Ale na tym poczynania mojego prześladowcy w postaci „Gildii magów” się nie skończyły. Natykałam się na tę książkę niemal w każdej księgarni. Ale to nic!
Minęło parę miesięcy… Na jednym ze spotkań kółka teatralnego, do którego należałam, zobaczyłam, że jeden z wykładowców (kółko wystawiało scenki z udziałem i studentów, i wykładowców, co było głównym jego plusem) zamiast brać udział w próbie, zaczytuje się w jakiejś grubaśnej książce. Zerknęłam na okładkę… Trudi Canavan!
Zagadnęłam i zapytałam, jak książka. Nie zbyt ambitna, ale mnie wciągnęła, odpowiedział. Aha!, pomyślałam, nie zbyt ambitna! Ha! I uciekłam od Trudi.
Kiedy zaczęłam pracować  w księgarni, Canavan atakowała mnie z każdej strony. A to nagle pracownicy wyłożyli nią całą ladę, a to musiałam zanieść ją na półkę, a to klienci prosili mnie coś o niej powiedzieć… Czułam się jak zwierzyna, wiecie? Ale postanowiłam, że się nie dam. Przez rok pracy w księgarni nie dałam się upolować.
Myśliwy był jednak sprytny. Tydzień temu szukałam dla siebie audiobook’a. I gdy po raz kolejny wpadłam na Canavan, dałam za wygraną. Jednak gdy włączyłam sobie tę książkę, wystarczyło pięć minut, bym rzuciła audobook’a w kąt i sięgnęła po tradycyjnie napisany tekst.

Szczerze powiedziawszy, nie pamiętam kiedy ostatnio tak bardzo bałam się książkę czytać za szybko. Wracałam, czytałam po kilka razy to samo, odkładając koniec. Do tego dodam, że moja wspaniała biblioteka, która zawsze miała wszystko, nie posiadała książek Canavan, czytałam więc ebook’a i nabawiłam się potwornych bólów głowy. Ale nic  nie stanęło mi na przeszkodzie delektowania się tą książką. Jest tak cudowna, że nie umiem nawet dobrać słów, by opisać swój zachwyt. Upolowała mnie i całkowicie zniewoliła.

O czym jest książka? Chciałabym krzyknąć: „O wszystkim, co cudowne!”, ale się powstrzymam ;)
 
Zima. Stolica Kyralii. Czystka.
Czystka to nic innego jak wypędzanie biedaków i żebraków z miasta. Ma ona miejsce z rozkazu króla i jej celem jest pozbycie się Złodziei ze stolicy. Rozkaz ten wypełniają magowie – ludzie-arystokraci, u których został odkryty talent magiczny, gdy byli dziećmi, przez co zostali przyjęci do Gildii magów, gdzie mogli szkolić i rozwijać swoją  sztukę.
Magowie stojąc na ulicy pod czas Czystki, zwykle odgradzają się od ludu niewidzialną barierą, dzięki czemu wypychają go z miasta. Dzieci rzucają w nią kamieniami, jednak nikomu nie robi to nigdy krzywdy, ponieważ magiczną barierę może przełamać tylko mag.
Jednak ta Czystka nie jest taka sama jak setki innych. Jeden z kamieni rzuconych przez dzieci leci prosto na tarczę, przerywa ją i trafia w skroń jednego z magów. Rothen, mag stojący najbliżej poszkodowanego, patrzy w tłum. Jedni przekazują drugim, co zobaczyli przed chwilą, inni w ogóle niczego nie zauważyli,  i tylko mała dziewczynka stoi bez ruchu z zaskoczeniem patrząc na swoje ręce. Mała Sonea.

Przede wszystkim zaskoczyły mnie postacie. Niezwykle żywe! Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo przeżywałam książkę, kiedy tak bardzo współczułam postaciom.
Bohaterzy Canavan żyją, myślą i zachowują się jak prawdziwi ludzie. Nie ma tu schematów, ma się wrażenie, że można ich dotknąć.
Sonei współczułam, bałam się za nią, myślałam o niej. Nie umiałam przewidzieć jej decyzji. Autorka stawiała przed nią nie lada wybory, a ona decydowała jak człowiek z krwi i kości.
Jednak to nie Sonea zajmuje w mojej głowie pierwsze miejsce, a Rothen! Jaki on jest cudowny! Jak ja lubię takie postacie! Mam wrażenie, że sama go wymyśliłam ;P Jest taki jak być powinien, szlachetny, oddany, dobry, inteligentny i nauczyciel z powołania. Mogę o nim czytać i czytać!
A jego przyjaciel Dannyl jest niesamowitym uzupełnieniem Rothena. Dodaje mu wesołości, radości, ciekawości i nutkę nieposłuszeństwa. Razem stanowią wyborne towarzystwo.

 „- Chyba rozumiem, dlaczego Ezrille tak rozpaczliwie szuka ci żony, Dannylu.
Jego przyjaciel jak zwykle skrzywił się na te słowa.
- Jestem za młody na ożenek.
- Bzdura - odparował Rothen. - Po prostu nie masz miejsca na żonę.”

Kocham ich!

I im wszystkim dodaje niepowtarzalnego smaczku Wilki Mistrz Akkarin. Intryguje, przemyka się przez całą książkę gdzieś w tle, cicho i niezauważalnie, ale przy tym bez niego ta książka nie byłaby już tak świetna.

I jeszcze coś! Rozmowy za pomocą myśli! Rzecz, której dziko zazdroszczę bohaterom. Najbardziej mnie poraził sposób, w jaki Trudi opisała to zjawisko, jak pokazała czytelnikowi ludzki umysł i wejście do niego. Nigdy bym nie wpadła na coś takiego.

Zachwycając się „Gildią magów”, nie wyobrażam sobie, by nie przeczytać kolejnych tomów, jednak na ebook brak mi już sił, dodałam je więc do ‘koszyka’ na Selkar’u (moje ostatnie odkrycie, kocham te stronę, a dokładnie ceny na tej stronie:) i teraz czekam na listonoszkę… Nie umiem czekać -.-

wtorek, 10 sierpnia 2010

Księżyc nad San Andres – Alberto Manzi


Piękna nazwa, prawda?
Jeżeli sępowi wyrwać dziób i szpony,
nic z niego nie zostanie.
Jeśli człowiekowi wyrwać oczy, język,
ręce i nogi,
pozostanie on nadal człowiekiem.
Jedynie, gdy zostaje sam, człowiek
przestaje być człowiekiem.

Quiche – przysłowie

Niesamowicie obrazowa opowieść o niewolnictwie w Ameryce Łacińskiej. Z Alberto Manzi spotkałam się po raz pierwszy i zaczynając czytać, szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się po tej książce niczego. Jednak po pierwszym akapicie całym mój pokój zalała magia. I nie sposób było się oderwać od tej książki, nim się ją nie skończyło.
Pokazuje świat zupełnie inny, niż ten, który mamy. A i niewolnictwo jest tu zobrazowane w innym świetle. Jest to historia o rozwoju myśli człowieka. O tym jak umysł ludzki powoli dorasta do powiedzenia sobie, że pragnie szacunku.
Porusza też pokora ludzi. Sposób, w jaki przejmują swój los, zdziwiłby nie jednego z nas. Wiecznie narzekamy na swoje życie, choć zawsze na stole mamy jedzenie, na nogach obuwie, a nasze łóżka są mięciutkie. Ci ludzie nie mieli dosłownie nic, a mimo to akceptowali swoje życie. Akceptowali nawet swoją śmierć, czekali na nią i cieszyli się umierając.
Jak na dłoni widać też zmieszanie chrześcijaństwa z pogaństwem. Nieważne jak dobrzy są księża, jak przekonująco mówili i jak chętnie lud szedł do kościoła, nadal ich własna wiara była obecna w ich życiu. Wszystko zmieszało się i dopełniło.

‘W wiosce San Andres, w dobrach szlachetnego seniora do Josego, nikt nie przypomina sobie, dlaczego za każdym razem, gdy księżyc w pełni oświetla ostatnią lepiankę wioski, wszyscy chłopi, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, wstają i szepczą: ‘Amen’.
Nie pamiętają tego również ani sam don Jose, ani jego dwudziestu nadzorców. A być może tylko wolą nie pamiętać? Gdy natomiast ktoś pyta, o co właściwi chodzi, potrząsają głowami i wzdychają:
- To wioska locos, wioska szaleńców.
Właśnie ci ‘szaleńcy’, gdy ostatnią lepiankę oświetla księżyc, mimo zmęczenia zwalającego ich z nóg i senności otępiającej umysły, stoją w milczeniu. Wydaje im się, że w tej chwili nawet psy przestają szczekać. I chociaż nikt nie przysiągłby, że tak się dzieje, wierzą w to, gdyż przez chwilę czują na sobie jakby ciężar księżycowego światła.’

Cóż dodać? Polecam wszystkim.

_______________________________________
Wszystkie cytaty pochodzą z 'Księżyc nas San Andres' Alberto Manzi, Warszawa 1979

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Amore 14 - Frederico Moccia

O losie kochany i wszystkie planety razem wzięte!
...


Federico Moccia cieszy się teraz taką popularnością, że ciężko o nim nie słyszeć. A skoro ja wzięłam się za poznawanie literatury włoskiej, to czemu mam go ominąć?
Kiedy spojrzałam w bibliotece na opis na obwolucie ‘Amore 14’, zrobiło mi się nie dobrze. Ale! Skoro kraj czyta i się zachwyca, to coś w tym może być. Wypożyczyłam.

Pierwszy akapit. Co?!
Drugi akapit. Co, do licha, to jest?
Trzeci akapit. …???!!!

Frederico Moccia – urodził się w Rzymie w 1963 roku. Pracował w telewizji i pisał scenariusze filmowe. Jest we Włoszech bardzo popularnym pisarzem, autorem bestsellerowych powieści. Łączny nakład sprzedanych książek wynosi ponad cztery miliony egzemplarzy.


Pisarz. Pawie pięćdziesiąt lat. 'Amore 14'. Narracja pamiętnikarska. Głowna bohaterka książki - Carolina. 14 lat.
Gdy czytam książkę o czternastolatce opowiadającej o swoim życiu, koleżaneczkach, chłopaku i pierwszych ekscesach miłosnych, i przy tym mam świadomość, że napisał to pięćdziesięcioletni facet, odczuwam lekki dyskomfort. Jednak nie w tym rzecz. Poza tym… Co to jest? Młodzieżówka? Czym się świat zachwyca?

Czwarty akapit. Poczekam, poczytam, może się wciągnę…
Druga strona. Dobra, przeczytam do setnej strony, a potem się zobaczy.
Piąta strona. Do pięćdziesiątej…

Przepraszam wszystkich, którzy kochają książki Moccii. Nie dobrnęłam nawet do strony dwudziestej. Nie pamiętam, kiedy ostatnio nie doczytałam książki do końca. Ale czytając ‘Amore 14’, czułam jak tracę czas, a mózg wylewa mi się przez uszy i macha na pożegnanie. Przekartkowałam całą książkę. Calutkie 500 stron jest napisane w tym samym stylu, o tym samym i tak samo głupiutko. I to jest bestseller? Losie najdroższy i wszystkie planety, dlaczego świat czyta takie rzeczy?!


niedziela, 8 sierpnia 2010

Czwartki pani Julii – Piero Chiara

Wiele jest książek o kawie, o jej rodzajach, sposobach parzenia i różnych ciekawych przepisach. A są książki, w których kawa nie jest wspomniana ani razu, a mimo to książki te kawą pachną. Do tych książek zalicza się „Czwartki pani Julii”.

Włoski kryminał o dość zaskakującym zakończeniu. Trafiłam na tę książkę zupełnie przez przypadek. Po prostu pewnego dnia nagle uświadomiłam sobie, że prócz Umberto Eco nie czytałam nic z literatury włoskiej. Skandal, nieprawdaż? Nie wiem czemu, ale w mojej świadomości włoscy autorzy są mistrzami tworzenia atmosfery. Skąd mi się takie przeświadczenie wzięło, nie mam pojęcia. W każdym razie przekopałam pół internetu, spałaszowałam blogi, mające zakładkę 'literatura włoska' i wyruszyłam do biblioteki z ogromną listą włoskich autorów, którzy mnie zaintrygowali. Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu okazało się, że nie mają ani jednego dzieła! Jednak są ludzie wspaniali, są jeszcze lepsi, a tuż nad nimi jest moja pani bibliotekarka. Która w przeciągu dwóch minut nazbierała mi pokaźny stosik włoskiej literatury, śmiejąc się pod nosem, że wymyśliłam sobie włoski sierpień.

W ten oto sposób poznałam Piero Chiara i jego „Czwartki pani Julii”. Dawno nie czytałam powieści kryminalnych. Zresztą ta książka bardzo różniła się od wszystkich powieści kryminalnych. Nie było napięcia, pachniała kawą i była idealna na niedzielne popołudnie.

Van Gogh - Kawiarenka

Spokojna, opowiadająca o życiu w pewnym włoskim miasteczku. O małżeństwie, gdzie mąż był starszy od żony o dwadzieścia lat. Żony, która cieszyła się nieskażoną reputacją i była tytułową panią Julią. Jeździła w każdy czwartek do pobliskiej miejscowości, by odwiedzać córkę, która się tam uczyła. Aż pewnego czwartku znikła. I nie wróciła.
Po raz pierwszy w moim życiu przeczytałam tak spokojny kryminał. Kryminał o ludziach spokojnych, lub nie pokazujących swych emocji nawet na stronach książki. Zdawało się, że kochają, biorą ślub, mordują, odchodzą i umierają tak samo spokojnie. Niesamowita rzecz!

czwartek, 5 sierpnia 2010

Zaginiony symbol – Dan Brown

Browna lubią i nienawidzą. Jedni uważają, że jego książki są bezcenne, inni palą je na stosach. Popularność idzie równio ze skandalem. Ot cały sekret popularności Browna. Nie on pierwszy porusza pewne tematy i nie on ostatni.
Ja nie należę do zwolenników Browna, ani do jego wielkich fanów. Całkowita negacja, tak samo jak i bezwarunkowy zachwyt są objawem braku inteligencji. Coś tam dobrego się znajdzie, choć zwykle minusy u Browna w pełni zakrywają sobą malutnie plusiki.
Z Brownem zetknęłam się dwukrotnie. Nie miałam zamiaru go czytać, nie czytuję powieści sensacyjnej (tak, tak, Brown pisze sensacje, nie kryminały), ale „Kod...” po postu mi wciśnięto. Przeczytałam… Jeżeli kogoś to interesuję, mogę podrzucić link do recenzji.

Po „Zaginiony symbol” sięgnęłam sama. Czemu? Ponieważ na temat swojej książki Brown wybrał masonów. Magiczne słowo w moim słowniku, słysząc które nie umiem odwrócić się i odejść.
Z masonami po raz pierwszy spotkałam się w „Wojnie i pokoju”. Wystarczyła sama nazwa „masoni”, bym nie czytając dalej odłożyła książkę i skorzystała z google. Tak się zaczęło. Nie wiem jak się skończy. Mam niecałe 23 lata, o dwa lata za mało na podejmowanie jakichkolwiek decyzji.
(Swoją drogą jestem bardzo ciekawa, co Wy myślicie o masonerii. Jakie macie zdanie na ten temat. Czy w ogóle słyszeliście o niej i czy znacie jej główne założenia? Miło by było poznać Wasze zdanie.)

O masonach pisało wielu – Lew Tołstoj, Thomas Mann, George Sand i, oczywiście, Brown. Jego książki mają jeden znaczący plus. Ludzi ciągnie do wiedzy. W trakcie czytania sprawdzają obrazy, czytają o malarzach, architektach itp. Jeżeli ktoś chociaż raz rzucił okiem na dzieła Da Vinci czy na zdjęcia zabytków architektury, to już cała lektura wychodzi na plus.
Cóż mogę powiedzieć o „Zaginiomym symbolu”? Podobno nie można wejść do jednej rzeki dwukrotnie... O paradoksie!, Brownowi się udało. Znów mamy Langdona, znów mamy mądrą wspólniczkę, która jest teoretycznie geniuszem, lecz w momentach, gdy zagadka jest tak banalnie prosta, że znałam jej odpowiedź trzy strony przed, ona macha rzęsami i patrzy nic nie rozumiejąc na guru-Langdona.
Wszystko jest niemal identyczne jak w poprzedniej książce. Chodzi mi o szkielet. Brown ani na krok nie odchodzi od swojego schematu, więc po połowie już wiadomo, co jest za rogiem. No może troszke się różni, bo tym razem Langdon nie jest Sherlockiem Holmesem, tylko lekko zdezorientowanym sceptykiem. Bohaterzy są niestety beznadziejni. Znów! Z początku myślałam, że Brown się poprawił po „Kodzie...”, ale nie... Po raz kolejny popełnił te same błędy. Do tego dodał zbyt banalną zagadkę. Prawie nic nie zaskoczyło.

Szczerze mówiąc po fragmencie z obrazem Albrechta Dürera miałam chęć dać sobie spokój. Każdy, kto zna jego Melancholię I w ciągu sekundy znajdzie rozwiązanie zagadki, a tymczasem Kathrine (geniusz, przypominam) patrzy ogłupiała i nic nie widzi. Jak człowiek, który zajmuje się fizyką i noetyką, nie widzi czegoś, co zobaczy nawet dzieciak?
Mam cały czas wrażenie, że Brown opisująć Langdona, opisuje siebie. A jaki mężczyzna nie marzy o tym, by tłumacząc coś niezwykle pięknej i mądrej ale nic nie rozumiejącej kobiecie, wzbudzać jej podziw? Kathrine stanowczo za dużo przytulała się do Landona, o dwa-trzy razy za dużo. Dan, piszesz thriller, a nie...
A poza tym... Właściwie po tym, co Langdon przeszedł w „Kodzie...”, zupełnie nie pasuje mi jego sceptyczne podejście do wszystkiego. Czytałam i zastanawiałam się, czy profesor nie powinien udać się już na emeryturę.
Poza tym, jeżeli o masonów chodzi, Brown nie powiedział nic, co by zaskoczyło. Wszystko jest już dawno wiadome, nie ukryte i jawne. Nie odkrył Ameryki. Dosłownie i w przenośni. Co więcej, lekko się zbłaźnił, jako obywatel tego kraju. Bo odkąd to CIA ma pozwolenie do prowadzenia śledztwa na terytorium USA? A może po prostu nasz amerykański pisarz pomylił CIA z FBI? Bo to takie podobne, oba skróty mają po trzy literki.
Wiem, wciąż krytukuję... Były plusy, były! Parę zaskakujących etymoligii słów takich jak „talizman” czy „symbol” i pozytywne przedstawienie masonów. O, za to ja bardzo dziękuję Brownowi. Obawiałam się, że przedstawi ich jako sektę, ale na szczęście tego nie zrobił. Ale te plusy pochłonęło jedno wielkie czarne zakończenie.
Przepraszam za wykpienie końcówki „Kodu...”! Myślałam, że gorzej być nie może... Może! I to jak!
Doprawdy, mógłby już sobie darować ujawnienie tego symbolu, parę wątków i wykłady filozoficzne. Czytając ostatnie strony, wolałam, by ich w ogóle nie było. By skończyło się sceną przy ołtarzu i tyle. Koniec! Stop! Ale nie... Palnął. I nie dość, że palnął o tym symbolu (jakże nieudolnie to zrobił!), do tego dodał jeszcze rozmemłaną filozofię i melancholię.
Podsumowując... Czytajcie, a co tam, jak wam czasu nie szkoda. Chociaż nie. Wyrażę się inaczej. Jeżeli nic nie wiecie o masonach, to przeczytajcie, czemu nie.
I czym ja się przejmuję? Czego po Brownie można było oczekiwać? Niczego, otóż to!


poniedziałek, 2 sierpnia 2010

La Corda D'Oro



Zapowiadałam już w pierwszej notce, że ten blog nie będzie poświęcony tylko książkom. Osobiście uważam, że gdyby tylko same książki były jedyną stałą w moim życiu, życie owo byłoby nieco ubogie.
Dziś więc zapraszam do zaprzyjaźnienia się z kolejną gałęzią ludzkiej twórczości, która mnie fascynuje – anime. Od ponad dwóch lat rozkochana jestem w Japonii. Co ciekawe, zakochałam się w tym kraju na wykładach z Kultury Rosji, ale to już inna bajka. Fascynacja krajem przerodziła się w fascynację wszystkim, co z nim związane. A nie jest tajemnicą, jak wielkie sukcesy odnosi japońskie anime na całym świecie.
Istnieją dziesiątki gatunków anime, nie będę tu o nich rozprawiać. To tak jakby zacząć mówić o różnych gatunkach książek, choć podejrzewam, że anime ma ich więcej. Przejdę od razu do sedna.
Długo się zastanawiałam, jakie anime zrecenzować na „Przeczytaj mnie...” jako pierwsze. Odpowiedź przyszła sama. Szukając dla zabicia czasu jakiegoś ciekawego anime, trafiłam na prawdziwą perłę. Coś, co nie boję się nazwać najlepszym anime jakie w życiu widziałam.

La Corda D'Oro - Złota struna...




Wyobraźcie sobie, że chodzicie do szkoły, która jest podzielona na dwa oddziały – oddział zwykły i oddział muzyczny. I wy uczęszczacie do tego zwykłego oddziału, nie umiecie grać na niczym i raczej nie fascynujecie się muzyką.
Pewnego dnia, śpiesząc się do szkoły, wpadacie na elfa... Tak, tak, na elfa. Ot, mały ludek ze skrzydełkami. Identyczny jak ten posąg tuż przed waszą szkołą. Ale... Przecież elfy nie istnieją!
No cóż, wypadałoby zapytać o to same elfy. Ten, którego właśnie przed sobą widzicie, ma na imię Lili i jest dziko zachwycony tym, że wreszcie ktoś go widzi. Ale przecież elfy nie istnieją, więc szybko uciekacie przed swymi omamami, obiecując sobie nigdy więcej nie jeść za dużo czekolady na noc.
Tym czasem w szkole odbywa się konkurs muzyczny. Dość prestiżowa impreza dla tych z oddziału muzycznego. Ale was to nie interesuje, wy przecież nie macie z tym nic wspólnego. Do czasu... aż nagle głos wyczytujący nazwiska zakwalifikowanych do konkursu uczni, wymawia głośno i wyraźnie wasze nazwisko!A potem już wszystko staje się jasne, bo elf, który teoretycznie nie ma prawa istnienia, z roześmianą minką oświadcza wam, że to on sam osobiście wybrał was do tego konkursu, ponieważ macie ukryty talent muzyczny. Ofiaruje wam czarodziejskie skrzypce, na których może zagrać każdy, nawet ten, który nigdy nie trzymał żadnego instrumentu muzycznego w dłoni i... I teraz wybór należy do was. Czy wziąść udział w konkursie? Co byście zrobili?




Na tym magia w anime się kończy i zaczyna się opowieść o dość poważnych aspektach życia. Nie wiem jak wy, ale Kahoko zdecydowała się, że przystąpi do konkursu. Ta decyzja chwyciła ją za rękę i pokazała jej świat, który dotąd nie znała – świat muzyki, świat ludzi, którzy muzykę kochają, świat tych, którzy odnaleźli swoje powołanie, tych, którzy go szukają, oraz tych, którzy go znajdują.
To piękne anime (kreska jest niesamowita!) nasączone muzyką wielkich mistrzów. Pokazuje jak ważne jest znalezienie prawdziwego powołania i jak cudowne jest podążanie za nim. Ukazuje niesamowite postacie, z których żadna nie jest podobna do drugiej. No i przede wszystkim jest niesamowitym sposobem na zaprzyjaźnienie się z muzyką klasyczną. A dla tych, którzy już ją kochają, pokazuje muzykę z nieco innej strony.
Polecam to anime wszystkim bez wyjątku (La Corda D'Oro jest dostępne online – tu i tu). I tym, którzy anime oglądają, i tym, którzy nigdy nie mieli z nim nic wspólnego. Zapewniam, że nie pożałujecie.