sobota, 4 września 2010

Wielki Mistrz - Trudi Canavan


Napisanie recenzji trzeciego tomu trylogii jest niemal awykonalne, gdy bierze się pod uwagę osoby, które nie przeczytały jeszcze ani jednej książki z cyklu, a recenzję czytać będą. Łatwo bowiem zdradzić fakty, które sprawią, że czytanie pierwszej czy drugiej części trylogii „Czarnego Maga”, zostanie pozbawione jakiegokolwiek zaskoczenia.
Dlatego też podzieliłam recenzję na dwie części – dla tych którzy trylogii nie przeczytali i dla tych, którzy lekturę „Wielkiego Mistrza” mają już za sobą.

Tym, którzy nie czytali jeszcze książek Trudi, mogę powiedzieć jedno - warto! Warto, ponieważ te trzy książki („Gildia magów", „Nowicjuszka”, „Wielki Mistrz”) stanowią nierozerwalną całość, napisaną w sposób żywy i wciągający, mimo wszystko wręcz oryginalny. Postacie ożywają z łatwością w naszym umyśle. A jedna część jest lepsza od drugiej, choć każda niesie ze sobą coś innego i do końca ciężko mi określić, która była najlepsza.
Ostatnia jednak, „Wielki Mistrz”, najbardziej uderza w emocje. Doskonałe zakończenie cyklu. I myślę, że nikt nie pożałuje czasu poświęconego na czytanie tych książek. Stanowią metaforę naszego współczesnego życia. Nie ma tu idealnego świata, tu panują nasze problemy, z którymi bohaterzy Canavan walczą i żyją na co dzień.
Ta trylogia nie jest tylko umilaczem czasu. Daje do myślenia i nierzadko może zmienić punkt widzenia.


            A teraz przepraszam tych, którzy jeszcze trylogii nie czytali, i oznajmiam, że dalej zaczyna się tekst, który zdradza wiele informacji dotyczących treści całego cyklu. Jeżeli macie zamiar sięgnąć po lekturę i dobrze się przy niej bawić, nie czytajcie dalszego ciągu recenzji. Ale koniecznie wróćcie tu, jak tylko skończycie „Wielkiego Mistrza”, bardzo chętnie posłucham waszych wrażeń ;)

~*~

Wiecie, ja po prostu nie jestem w stanie napisać niczego konstruktywnego. Niczego. Z pewnością nie stworzę tu żadnej mądrej opinii. To zlepek moich emocji, nic więcej. Ponieważ po przeczytaniu „Wielkiego Mistrza” nie jestem w stanie myśleć logicznie i analizować lektury. Za bardzo związałam się z postaciami tej książki. I właśnie mam wrażenie, że straciłam najlepszego przyjaciela.
Znałam zakończenie, zanim do niego doszłam. Jakieś sto stron przed końcem przestałam czytać. Z początku spisywałam to na niechęć zakończenia tak cudownej trylogii, a potem zrozumiałam. Ja po prostu się bałam o tym przeczytać. Wiedziałam, że Akkarin zginie, czułam to każdą cząstką mojego umysłu. I nie mogłam nic z tym zrobić.
Nie mam do Trudi żalu, można jej jedynie pogratulować genialnego zakończenia. Nie ma ‘i żyli długo i szczęśliwie’. Nie ma też smutnego końca, tak jak np. u Hugo w „Katedrze Marii Panny w Paryżu”. Jest śmierć, a potem nowa nadzieja w postaci nienarodzonego dziecka. Poza tym rozmowa Sonei z Jonną i Rothenem wypełnia zakończenie pogodnym i żartobliwym nastrojem. Ale na mnie to nie podziałało.
Tak bardzo zżyłam się ze światem Trudi, że wściekłość i żal wręcz się ze mnie wylewa. Nie miałam zamiaru pisać dziś recenzji, ale chyba muszę wyrzucić to z siebie tu i teraz, inaczej trafi mnie szlag.

Jest sobie utalentowany człowiek, spotyka go okropieństwo w postaci życia niewolnika, uczy się czarnej magii, bo nie ma wyjścia, a potem wraca i próbuje żyć normalnie. Z perspektywy całej trylogii, radziłabym Akkarinowi opowiedzieć Gildii wszystko od razu po powrocie, a nie zachowywać tego dla siebie. On jednak postanowił działać na własną rękę. Wziął na siebie obronę całego państwa i robił to w ukryciu. Bo jeżeli nie on, to kto? Ci, którzy żyją w zabobonie i strachu przed czarną magią?
A kiedy  wszystko się wydało, po prostu go wyrzucili. Jednak on wrócił. Podziwiam go za tę decyzję, jednak mógł dać sobie spokój. Nie chcieli go, nie uwierzyli mu, siedzieli twardo w swoich zabobonach. Ale kto z nas skazałby tysiące osób na śmierć, wiedząc, że tylko on może pomóc? To oczywiste, że Akkarin nie zostawił Gildii.
I zginął.

Poświęcił się dla ogółu. Piękna śmierć. Ale, powiedzcie mi, co sam Akkarin miał z tego życia? Miłość, którą nawet nie zdążył się nacieszyć? A gdyby nie pomógł i nie wrócił do Kyralii, zapewne do końca jego dni dręczyłoby go poczucie winy. Mam wrażenie, że fatum z „Króla Edypa” naprawdę istnieję.

Wybaczcie mi tę gamę emocji. Po prostu zdenerwowała mnie ta niesprawiedliwość i ciężar odpowiedzialności jaki spadł na ramiona Akkarina. Mógł spaść na każdego innego. I każdego byłoby mi żal w tej sytuacji.
Ta książka pokazała doskonale, jaką głupotę czynimy czasami, będąc ślepo wpatrzonymi w stereotypy. Czarna magia jest zła, koniec, kropka! Gdyby Gildia nie obstawała tak uparcie przy iluzji, którą sama sobie narzuciła wiele lat temu, Akkarin by żył, miasto nie byłoby zniszczone, niebezpieczeństwo kolejnej wojny nie istniałoby.
Wiem, że to tylko książka fantasy. Ale ona mówi nam aż za dobrze, że nie wolno tępo wpatrywać się w dobrze nam znane prawdy. Czasami trzeba umieć zmieniać zdania i poglądy. A Canavan pokazała nam, że nie zawsze czarne jest czarne.


Sonei też mi żal. Za każdym razem, gdy zaczynała odnajdywać swoje miejsce w życiu, ziemia znikała jej pod nogami. Wraz z Akkarinem zniknęła definitywnie.
Zapewne przyzwyczaiłam się po prostu do szczęśliwych zakończeń. Choć pamiętam, że smutne też lubiłam. Ale nie w chwili, kiedy tam bardzo związałam się z bohaterami. Ożyli w moich myślach tak bardzo, że wiedziałam, co zrobią w następnej chwili. Od połowy książki znałam jej ciąg dalszy, ale nie w taki sposób, jak zwykłam przewidywać schematyczne powieści. Po prostu wszystko wyczuwałam emocjami. I żałuję, że nie skończyłam czytać, kiedy pozostało mi 100 stron do końca. Przynajmniej nie czułabym się tak jak teraz. Nie dość, że taka cudowna trylogia urwała mi się nagle (a specjalnie czytałam jak najwolniej), to jeszcze mój ukochany bohater umarł. Tak bardzo mnie intrygował, gdy czytałam dwie pierwsze książki. Próbowałam wniknąć w jego uczucia, wmówić sobie, że nie może być tylko negatywnym bohaterem. A kiedy się okazało, że mam rację, po prostu zginął.
Zastanawiam się, czy umiałby żyć spokojnie po tym wszystkim, co przeżył. Czy potrafiłby stworzyć szczęśliwą rodzinę wraz z Soneą. Nie wiem.
Akkarin z tytułowego bohatera całej trylogii stał się nagle bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. A sam tytuł – „Czarny mag” – po zakończeniu cyklu, staje w zupełnie innym świetle i diametralnie zmienia znaczenia. Bo czyż nie była to opowieść o Sonei, która czarnym magiem w końcu została?

Miłość… Na miłość w powieści mam uczulenie. Odrzuca mnie, gdy widzę przed sobą lukrowy związek. Miłość w literaturze staje się kiczowata. Bo teraz nikt nie pisze takich historii jak „Jane Eyre” czy „Wojna i pokój”. Teraz miłość w książkach jest płytka, koronkowa i głupiutka. Nie prawdziwa.
U Trudi było inaczej. Miłość Akkarina i Sonei wydała mi się jak najbardziej rzeczywista. Od nienawiści do miłości, tak?
Nie pachniała lukrem, czuć od niej było jedynie bólem. Bo czy taka miłość może trwać wiecznie? Choć trzeba przyznać, że skończyła się nieco godniej, niż u Romea i Julii. Miłość, o której chciało się czytać wciąż i wciąż. Chciałam zobaczyć scenę końcową „Gildii magów”, gdzie Sonea siedzi na podłodze przy fotelu, na którym siedzi Rothen, jednak by miejsce maga zajął Akkarin. Pragnęłam dla nich spokojnego życia. Oboje na nie zasłużyli. Trudi jednak miała inny pomysł… Ta miłość wyszła jej znakomicie. Tak samo jak i inne oklepane wartości. Przyjaźń, honor, poświęcenie – to wszystko pojawia się niemal w każdej powieści i jest tak mdląco wyidealizowane, że czytelnik ma dość potykania się o to przy każdym akapicie. A u Canavan wszystko wydało się prawdziwe, ludzkie, pełne wątpliwości, strachu, ciężkiej pracy, walki z samym sobą i uczucia. To była nasza ludzka miłość, przyjaźń, honor i poświęcenie, takie jakie są naprawdę. Bo czy śmierć Akkarina była bohaterskim poświęceniem? Nie… Było pełne rozpaczy, żalu, pewności, że nie ma innego wyjścia. Był zbyt zmęczony,  by podejmować inną decyzję. To życie go zmęczyło, życie, które wymagało od niego zbyt wiele, w zamian nie dając prawie niczego.

            Właśnie powoli dociera do mnie, że ja naprawdę nie jestem w stanie ocenić tej trylogii jako literaturoznawca czy filolog. Postacie tej historii są na tyle ludzcy, że odbieram ich czyny jako prawdziwych ludzi z krwi i kości. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś książka, wywołała we mnie tyle emocji, chyba właśnie „Wojna i pokój”. Zdaję sobie sprawę, że pisanie recenzji zaraz po przeczytaniu, nie jest najlepszym wyjściem. Zwykle nie robię tego, zostawiam sobie czas na przetrawienie, przemyślenie. I z pewnością tu nie zawarłam wszystkich moich wrażeń. Jednak dzięki temu, że napisałam to tu i teraz, pozbyłam się kilku uczuć, które wwiercały się we mnie niebezpiecznie.

Z pewnością do twórczości Canavan wrócę i zamierzam przeczytać wszystko, co napisze, bo już teraz wiem, że będę zadowolona z lektury. Jednak teraz potrzebuję przerwy. Mam wrażenie, że ktoś wstrząsnął całym moim światem, a ład i harmonia zachwiały się mocno. Trudi w swojej trylogii wyciągnęła wiele rzeczy, które w moim życiu miały miejsce. Jedne były złe, które dotychczas leżały uporządkowane i nieruszane. Minie sporo czasu zanim znów przykryje je kurz. Drugie to piękne wizje, marzenia, plany. Jednak kiedy czytałam o tym, jak moje własne wizje w życiu Sonei były rozbijane w pył, czułam się niepewnie. Dlatego też muszę dojść do siebie po tej lekturze. Poza tym ciężko jest wracać do świata rzeczywistego, po tak niezwykłym świecie magii. To tak, jakby wynurzyć się z ciepłej wanny. Zimno… Ale nie ma dokąd wracać, bo woda już ostygła.

Czy Wy czuliście się podobnie, kiedy skończyliście całą trylogię? Czy podchodziliście z takimi samymi emocjami do tej opowieści? Czy tylko ja uroiłam sobie nasz świat odbity w świecie Kyralii? Napiszcie, proszę. Chyba potrzebuję waszego wsparcia, bo ciężko jest znów „chodzić”, po tym gdy się „latało”. A książki Canavan się nie czyta, w nich się lata…

22 komentarze:

  1. Ostatecznie udało Ci się mnie zachęcić a zarzekałem się jak wariat że z Trudi skończyłem definitywnie. Cóż będzie come back;)

    A teraz pragnę zaprosić, Cię do łańcuszka. Dasz się namówić?:)
    http://podsluch.wordpress.com/2010/09/04/lancuszek/

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli akcja zakończona sukcesem :P Czekam z niecierpliwością Twoich recenzji trylogii :D

    A do łańcuszka chętnie daję się namówić ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A nie mówiłam, że trzeci tom jeszcze bardziej Tobą wstrząśnie? Nawet mi, w której książki Canavan nie budziły nawet połowy Twojego entuzjazmu, zdarzyło się uronić łezkę nad Akkarinem. "Wielki Mistrz" zachęcił mnie nawet do kontynuowania znajomości z autorką, czego wcześniej nie maiłam w planach.

    OdpowiedzUsuń
  4. Moreni, miałaś absolutną rację! I nie ukrywam, że czekałam na Twój komentarz pod tą notką ;)
    Tak, nie patrząc na to, że dwie pierwsze części wywołały we mnie masę uczuć, to tylko przy ostatniej płakałam. Była tak bardzo niesprawiedliwa, że nadal zalewa mnie żal. Ale gdyby była lukrowa i szczęśliwa, czy byłaby równie wspaniała? ;)

    A powiedz, co jeszcze Canavan czytałaś? I czy coś prócz Ambasadora i Uczenicy maga, opowiada o Sonei?

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Na razie, poza trylogią, jeszcze nic nie czytałam, czekam aż mi wpadnie w łapki papierowy egzemplarz (ebooki to nie to samo). Myślę, że w zakończeniu autorka znalazła złoty środek, bo uniknęła zarówno przesłodzonego happy endu, jak i beznadziejnie smutnego zakończenia. Wszystko jest świetnie wyważone.

    Wydana w Polsce trylogia "Era pięciorga" mówi już o innych bohaterach (świat przedstawiony chyba też jest inny, ale pewna nie jestem), ale cykl o ambasadorze również ma mieć trzy części, więc pozostaje czekać na kontynuację.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, dokładnie wszystko jest wyważone, nie mamy sielankowego raju, ale i dramatycznego końca również brak. Brawa dla Canavan, tylko jej pogratulować mojej styranej psychiki :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Przepraszam, Ario, ale przeczytałam całą recenzję, pomimo, że wcześniej nie zrobiłam tego z książkami. I nie żałuję, ponieważ jest naprawdę świetna. Piękna, fantastyczna, cudowna. Ach, i te porównania na końcu są wprost bajeczne! I wlałaś w swoje słowa tyle emocji, że przeżywałam to wraz z Tobą, naprawdę. ^^
    Nie, nie żałuję wcale, że znam zakończenie. Ponieważ, o ile po Twoich poprzednich recenzja dotyczących tej trylogii byłam najzwyczajniej w świecie zaciekawiona, o tyle teraz czuję, że umrę, jeśli jej nie przeczytam!

    Dziękuję i pozdrawiam serdecznie. ; >

    OdpowiedzUsuń
  8. Aniu, zaskakujesz ;) Gdybym ja na samym początku trylogii znała koniec, nie wiem czy bym ją przeczytała ;) Ale skoro Cię pewna informacja nie zraziła, to życzę miłej lektury, jestem pewna, że się nie zawiedziesz. I rzecz jasna będę wypatrywać Twoich recenzji ;)

    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie było mnie tu troszkę, a tu proszę... Taka piękna recenzja. Osobiście nie wiem czy dobrze zrobiłaś ujawniając zakończenie książki, ale to twoja decyzja. Natomiast co do treści samej książki. Ja też latałam, unosiłam się podczas lektury tych grubych tomiszcz i ręczę honorem, że jak dla mnie te trzy tomy skończyły się za szybko. Poruszono w nich tyle ważnych wątków i pojęć, że jeśliby Trudi tylko zechciała dałoby się jeszcze napisać wiele książek rozgrywających się w tym świecie. A co do ukrytego dna... A więc ty też odniosłaś takie samo jak ja wrażenie? ;] Mamy zatem podobny stopień postrzegania i przeglądania się w psychice pisarzy. Australia - to klucz do tej książki, nie tylko geograficznie, ale i kulturowo. Obecnie zalewana przez imigrantów z Pn Afryki, wstrząsana podobnymi kontrowersyjnymi mniejszościami etc, stoi u progu podobnego zagrożenia. Oczywiście autorka sięga również w stronę USA i Europy. Teraz - o ile orientujesz się w obecnej sytuacji geo-politycznej - połącz to wszystko ze sobą a rozjaśni ci się skąd autorka czerpała inspirację.
    Biedny Akkarin - według mnie jego śmierć to jedyny słaby punkt tej trylogii. Niestety nie odebrałam tego w taki wyidealizowany sposób. Odebrałam zakończenie jako pospieszne dopięcie, po zorientowaniu się przez autorkę lub wydawcę, że tom jest zbyt gruby. Do mnie jego śmierć nie przemówiła, była zbyt ostentacyjna i pokazuje pewną tendencję w światowej literaturze, w której coraz mniej pozytywnych zakończeń. Słyszałaś może o najnowszej książce Joanne Harris? Tej od Czekolady? I nawiasem mówiąc mojej ulubionej brytyjskiej pisarce? Dzisiaj wszystko jest na sprzedaż, a tkliwe zakończenia chyba przegrywają z gwałtownymi i nieodwracalnymi cięciami.

    Ps: Jeszcze raz, przepiękna recenzja :)

    Pozdrawiam serdecznie :) :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Anhelli! :* :D Na takiego komentarza to ja czuję się zobowiązana odpowiedzieć mailem ^^ Oczekuj ataku Arii na Twoją skrzynkę w najbliższym czasie ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Trylogie zakończyłam dzisiaj, przeczytałam ją w ciągu dwóch dni, mimo chęci spowolnienia książki i przeżywałam tak jak ty uczucia Sonei i cieszy mnie, że znalazł się jeszcze ktoś, kto tak to odebrał. Miałam wrażenie, że to nie ona, ale ja to wszystko przechodzę, od obawy i nienawiści do Akkarina po miłość do niego. Twoja ocena jest dla mnie ważna, bo dzięki niej wiem, że jeszcze normalnie odbieram tę powieść mimo zakochania się w niej i związania z głównymi bohaterami, pociesza mnie myśl, że istnieje jeszcze, choć jedna osoba, która tak to odebrała. Samo zakończenie moim zdaniem było ciut za bardzo bolesne dla czytelnika. Autorka mogłaby po tak długim czasie trwania akcji, w której dominował ból, smutek, samotność i nienawiść z niewielkimi przebłyskami miłości, przyjaźni i pomocy darować życie Akkarinowi by ocieplić to ostatnie wrażenie, ale tego niestety nie zmienię, choć by poprawić sobie humor przeszukiwałam Internet by znaleźć fanfiction z happyendem.
    Ogólnie podziwiam autorkę, za stworzenie tak realistycznego świata i postaci, a zwłaszcza Arakkina. Ta postać zafascynowała mnie i szkoda mi jej i tu w kwestii jej śmierci popieram Barbarę Silvier.
    Lecz teraz mam inny dylemat, bo zastanawiam się czy warto sięgnąć po Trylogią Zdrajcy, czy ta książka, już bez Akkarina i jego tajemnic będzie nadal tym samym, co TCM? Może czytałaś już tę książkę, jeśli tak to bardzo prosiłabym o twoje zdanie na ten temat, ponieważ strasznie spodobała mi się twoja recenzja i bardzo za nią dziękuje. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Witaj, moja droga. Dziękuję Ci za tak pełny emocji komentarz.
    Ta, Trudi jest genialna i budzi ogrom uczuć w czytelniku. Pisze prawdziwie i ma się wrażenie, e postacie wychodzą z książki i przechadzają się po pokoju. I im częściej to robią, tym bardziej bolała śmierć Akkarina.

    Nic więcej jeszcze Trudi nie czytałam. Jeszcze. Bardzo długo przychodziłam do siebie po tej trylogii i jak na razie nie mam siły na kolejny emocjonalny wstrząs. Ale z pewnością kiedyś przeczytam wszystkie książki Canavan i z pewnością napiszę tu ich recenzje ;)

    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  13. ja czytałam 8 książek Trudi i za każdym razem płaczę kiedy dzieje sie coś strasznego i po prostu nie mogę opanować emocji... ciesze się że jest ktoś taki kto też tak zżywa się z bohaterami. książkę "ostatnia z dzikich" przeczytałam w 2 dni i do tej pory nie mogę otrząsnąć sie z zakończenia... wiec czekam aż skończę "głos bogów" i aż pojawią sie nowe książki. ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Pierwsza część trylogii niemalże odepchnęła mnie po przeczytaniu pierwszych stron. Ciężko mi się to czytało, szczególnie po odłożeniu przygód Wiedźmina. Zmusiłem się - mówiąc szczerze - do wznowienia książki i nie żałuję... Nie żałuję ze względu na niesamowitą trzecią część. Finał historii jest naprawdę fascynujący i posiada wszystko czym nie popisywały się tomy poprzednie tj. tajemnice i trzymanie w niepewności (kto z was nie podejrzewał Savary o z podwójną grę?; kto do końca wierzył Akkarinowi przed przejściem przez przełęcz?). Właśnie prostota i przewidywalność, które były największymi wadami poprzednich tomów, tomu trzeciego w ogóle nie dotykają. Mało tego - rozwinięcie wydarzeń nie pozwala odejść od książki. Próbowałem ale naprawdę się nie da;) Szczerze polecam fanom dobrego fantasy... Zanim jednak przystąpicie do lektury radzę pogodzić się z porannym niewyspaniem - tydzień chodzenia spać o 3 w nocy jest gwarantowany).

    OdpowiedzUsuń
  15. Czuję podobnie. Akkarina uwielbiałam (bardziej niż samą Soneę). I właściwie tylko w pierwszym tomie w niego zwątpiłam. Ale coś mi mówiło,że taki ciekawy bohater nie może być zwykłym nikczemnikiem. Ale oprócz tego jestem na niego strasznie wkurzona. I chcę się teraz z Wami tym podzielić: otóż jestem zł,że odrzucił taki ogrom mocy, który drzemał w Arenie. Z jednej strony wiem,że niszczenie czegoś co trwało tak długo i było dla niego tak ważne sprawiało mu ból, z drugiej głupotą jest dla mnie odrzucenie szczęścia przy boku drugiej osobie ze względu na budynek. Dorobiłam sobie nawet teorię trochę go tłumacząc: Akkarin wiedział,że Gildia nie pozwoli mu zostać w Krajach Sprzymieroznych, nawet po tym jakby je ocalił.Jedyną drogą dla niego była Sachaka. A Sonea poszłaby z nim. Chciał jej tego oszczędzić, postanowił poświęcić swoje życie dla niej. To była druga część jego misji, dlatego nie nosił krwawego pierścienia,który zrobiła dla niego Sonea.Dowiedziałaby się i sprzeciwiła.
    Mimo tej teorii złość na Akkarina mi nie mija.Potrzebuję pocieszenia po tej stracie, szukam więc fanfiction i pragnę wierzyć,że to się zakończyło również niebanalnie, jednak ciut szczęśliwiej.
    -->kk44@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  16. Niestety zgadzam się z Tobą tylko częściowo. Oto powody, dla których nie mogę przyjąć do wiadomości zakończenia:
    1. Dwa pierwsze tomy trylogii były dla mnie przeciętne, kontynuowałam czytanie tylko dzięki postaci Akkarina i ciekawości, co stanie się dalej. W połowie 3. części stwierdziłam, że jestem bez reszty zakochana w Akkarinie, całej trylogii i autorce za stworzenie takiego dzieła. Akkarin stał się jedną z moich ulubionych postaci literackich.
    2. Jak mówiłaś, życie dla Akkarina było pasmem nieszczęść i poświęceń. Gdy zbliżał się koniec jego męczarni, gdy miał wygrać i zaznać wreszcie spokój, autorka bezwzględnie odebrała mu życie.
    3. Śmierć Akkarina była niepotrzebna. Mieli Arenę, z której mogliby pobrać moc. Nie musieli przecież pozbawiać jej całej mocy, a zabrać tylko część. Na wszelki wypadek. Nie zrobili tego jednak. Akkarin nie musiał oddawać Sonei całej swojej mocy, mógł zostawić sobie jakąś małą cząstkę, tylko żeby przetrwać moment zabijania Sachakan przez Soneę. Jeśli Akkarin zrobił to z rozmysłem, jestem wściekła również na niego. Znał przecież ból straty ukochanej osoby, jak mógł zrobić to samo Sonei? Nie sądzę, żeby Gildia była aż tak głupia, żeby utrzymać jego karę, zwłaszcza po tym, jak sami go wzywali na ratunek.
    4. Ich miłość pod żadnym względem nie była cukierkowa. Była naprawdę piękna, w przeciwieństwie do Romea i Julii, która wydała mi się nierzeczywista i naciągana. Przeszli od nienawiści i chłodu przez wspólne poświęcenie się dla bezpieczeństwa kraju do miłości. Cała złożona postać Akkarina, z jednej strony tajemniczego, chłodnego, sarkastycznego manipulanta, z drugiej strony przyjacielskiego, skłonnego do najgłębszych uczuć i poświęceń dla innych bohatera, dodawała temu związkowi oryginalności.
    Czytając o jego śmierci naprawdę się popłakałam i poczułam złość. Jednak czytając dalej, moja złość jedynie się zwiększała.
    5. Dlaczego Dannyl i Tayend mogli szczęśliwie żyć razem, mimo, że postrzegano ich miłość jako 'haniebną i zboczoną', a Akkarin razem z Soneą, którzy tak się poświęcili, nie mieli na to szansy?
    6. Wydaje mi się, że cały wątek Akkarina na końcu wyparował, jakby w ogóle go nie było. Moim zdaniem powinno się poczuć akcent tego, że magom i królowi jest żal, jak postąpili wobec Akkarina. Hipokrytyczny król powinien ogłosić swój błąd i przyznać swoją skruchę przynajmniej tak samo publicznie, jak wygnanie Akkarina i Sonei. Wydaje mi się natomiast, że Akkarina nawet nikomu nie było żal.
    7. Autorka nie pozbawiła tylko kochanka Sonei. Pozbawiła również ojca ich dziecka. Jednemu i drugiemu będzie trudniej żyć.
    Nie mogę się z tym pogodzić. Mimo wspaniałej serii, zakończenie było po prostu niesprawiedliwe. Jak moja przedmówczyni, też szukam fanficów i wyznaję, że wszystko skończyło się dobrze :) Nawet teraz, jak myślę o śmierci Akkarina, zbiera mi się gula w gardle...

    OdpowiedzUsuń
  17. Trzy książki, trzy dni czytania. Tyle czasu zajęła mi ta trylogia ( choć ubolewam, że niestety na ebooku ). I ubolewam nad tym, że to jest TYLKO trylogia. Do tej pory, od kilku lat tylko Harry Potter był dla mnie najlepszą serią ( moje dzieciństwo). Teraz z całą pewnością mogę stwierdzić, że to właśnie Trylogia Czarnego Maga jest najlepszą, jaką do tej pory przeczytałam. Żadna książka nie wywołała u mnie takich emocji. I także ubolewam nad śmiercią Akkarina... Więc całkowicie się z Tobą zgadzam.
    Pozdrawiam,
    Niedoskonała.

    OdpowiedzUsuń
  18. Przed chwilą przeczytałam książkę. Chyba jeszcze nigdy tak nie zżyłam się z jakimkolwiek bohaterem. Musiałam. pięć razy przeczytać śmierć Akkarina, bo nie mogłam w to uwierzyć, a potem zaczęłam płakać jakby właśnie zginął mój najdroższy przyjaciel. Strasznie się zezłościłam, no bo czemu zawsze jest tak, że. ci boharowie, których nie lubię przeżywają i mają wspaniałe życie, a ci, którzy najbardziej zasługują na taki koniec poświęcają się dla miłości? Podobnie jak Ty wyobrażałam sobie piękny i spokojny koniec dla Sonei i Akkarina. Ich miłość była taka piękna i naturalna, a została poświęcona. Później cały czas miałam nadzieję, że zaraz przyjdzie Dorrien i okaże się, że Wielki Mistrz żyje i da się go wyleczyć. Niestety to też było takie jak w prawdziwym świecie i człowiek nie może ponownie się obudzić. Trudi Canavan jest genialną pisarką, potrafi wzbudzić w czytelniku takie emocje jakich nawet bym się nie spodziewała po takiej książce. Jestem wobec niej pełna uznania i napewno jeszcze kiedyś przeczytam po raz drugi trylogię czarnego maga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam dokładnie to samo! Według mnie Akkarin z nich wszystkich najbardziej zasługiwał na szczęśliwy koniec, ale no cóż... tak już zazwyczaj jest, że bohater, który ratuje świat, nie robi tego dla siebie, tylko dla innych i to właśnie to sprawia, że jest taki wspaniały. Śmierć Akkarina była, jak dopełnienie jego postaci. Teraz jest już idealny. pozdrawiam :)

      Usuń
  19. Witam, właśnie skończyłem trylogię i jakoś nie mogę poradzić sobie z jej zakończeniem chyba jestem nawet trochę zła na Canavan że tak ją zakończyła.Strasznie dała mi ta trylogia do myślała kiedy ją zaczynałam myślałam że to będzie bardzo łatwa i przyjemna książka o magii ale teraz strasznie mnie rozbił.Strasznie brakuję mi Akkarina i nie myślałam na początku że stanie się dla mnie tak bliski. Muszę sobie poradzić ze swoimi emocjami kiedy znów siegne po dzieła Trudi Canavan.

    OdpowiedzUsuń
  20. Właśnie przeczytałam "Wielkiego Mistrza" i...jestem załamana zakończeniem. Byłam pewną że będzie wszystko w porządku!! Nie mogło być inaczej. Jestem ciekawa trylogii zdrajcy która mam w planie przeczytać w najbliższych dniach. I chociaż wiem że to się nie stanie, pragnę żeby Akkarin jakoś powrócil do życia. W innym razie napisze do Autorki, która podziwiam, z prośbą o napisanie kolejnej części w której Wielki Mistrz będzie cały i zdrowy cieszył się życiem. Jestem pewna że nie tylko ja chcialabym żeby to się stali.
    Serdecznie pozdrawiam i zapraszam na mojego bloga co prawda rzadko dodaje nowe posty i nie są raczej zbyt ciekawe ale bardzo chętnie porozmawiam drogą mailową miedzy innymi wpadnie o książkach fantasy.
    Jeszcze raz ppozdrawiam <3 ^^

    OdpowiedzUsuń