czwartek, 5 sierpnia 2010

Zaginiony symbol – Dan Brown

Browna lubią i nienawidzą. Jedni uważają, że jego książki są bezcenne, inni palą je na stosach. Popularność idzie równio ze skandalem. Ot cały sekret popularności Browna. Nie on pierwszy porusza pewne tematy i nie on ostatni.

Ja nie należę do zwolenników Browna, ani do jego wielkich fanów. Całkowita negacja, tak samo jak i bezwarunkowy zachwyt są objawem braku inteligencji. Coś tam dobrego się znajdzie, choć zwykle minusy u Browna w pełni zakrywają sobą malutnie plusiki.
Z Brownem zetknęłam się dwukrotnie. Nie miałam zamiaru go czytać, nie czytuję powieści sensacyjnej (tak, tak, Brown pisze sensacje, nie kryminały), ale „Kod...” po postu mi wciśnięto. Przeczytałam… Jeżeli kogoś to interesuję, mogę podrzucić link do recenzji.

Po „Zaginiony symbol” sięgnęłam sama. Czemu? Ponieważ na temat swojej książki Brown wybrał masonów. Magiczne słowo w moim słowniku, słysząc które nie umiem odwrócić się i odejść. (Swoją drogą jestem bardzo ciekawa, co Wy myślicie o masonerii. Jakie macie zdanie na ten temat. Czy w ogóle słyszeliście o niej i czy znacie jej główne założenia? Miło by było poznać Wasze zdanie.)

O masonach pisało wielu – Lew Tołstoj, Thomas Mann, George Sand i, oczywiście, Brown. Jego książki mają jeden znaczący plus. Ludzi ciągnie do wiedzy. W trakcie czytania sprawdzają obrazy, czytają o malarzach, architektach itp. Jeżeli ktoś chociaż raz rzucił okiem na dzieła Da Vinci czy na zdjęcia zabytków architektury, to już cała lektura wychodzi na plus.

Cóż mogę powiedzieć o „Zaginiomym symbolu”? Podobno nie można wejść do jednej rzeki dwukrotnie... O paradoksie!, Brownowi się udało. Znów mamy Langdona, znów mamy mądrą wspólniczkę, która jest teoretycznie geniuszem, lecz w momentach, gdy zagadka jest tak banalnie prosta, że znałam jej odpowiedź trzy strony przed, ona macha rzęsami i patrzy nic nie rozumiejąc na guru-Langdona.

Wszystko jest niemal identyczne jak w poprzedniej książce. Chodzi mi o szkielet. Brown ani na krok nie odchodzi od swojego schematu, więc po połowie już wiadomo, co jest za rogiem. No może troszke się różni, bo tym razem Langdon nie jest Sherlockiem Holmesem, tylko lekko zdezorientowanym sceptykiem. Bohaterzy są niestety beznadziejni. Znów! Z początku myślałam, że Brown się poprawił po „Kodzie...”, ale nie... Po raz kolejny popełnił te same błędy. Do tego dodał zbyt banalną zagadkę. Prawie nic nie zaskoczyło.

Szczerze mówiąc po fragmencie z obrazem Albrechta Dürera miałam chęć dać sobie spokój. Każdy, kto zna jego Melancholię I w ciągu sekundy znajdzie rozwiązanie zagadki, a tymczasem Kathrine (geniusz, przypominam) patrzy ogłupiała i nic nie widzi. Jak człowiek, który zajmuje się fizyką i noetyką, nie widzi czegoś, co zobaczy nawet dzieciak?
Mam cały czas wrażenie, że Brown opisująć Langdona, opisuje siebie. A jaki mężczyzna nie marzy o tym, by tłumacząc coś niezwykle pięknej i mądrej ale nic nie rozumiejącej kobiecie, wzbudzać jej podziw? Kathrine stanowczo za dużo przytulała się do Landona, o dwa-trzy razy za dużo. Dan, piszesz thriller, a nie...
A poza tym... Właściwie po tym, co Langdon przeszedł w „Kodzie...”, zupełnie nie pasuje mi jego sceptyczne podejście do wszystkiego. Czytałam i zastanawiałam się, czy profesor nie powinien udać się już na emeryturę.
Poza tym, jeżeli o masonów chodzi, Brown nie powiedział nic, co by zaskoczyło. Wszystko jest już dawno wiadome, nie ukryte i jawne. Nie odkrył Ameryki. 

Wiem, wciąż krytykuję... Były plusy, były! Parę zaskakujących etymologii słów takich jak „talizman” czy „symbol” i pozytywne przedstawienie masonów. O, za to ja bardzo dziękuję Brownowi. Obawiałam się, że przedstawi ich jako sektę, ale na szczęście tego nie zrobił. Ale te plusy pochłonęło jedno wielkie czarne zakończenie.

Przepraszam za wykpienie końcówki „Kodu...”! Myślałam, że gorzej być nie może... Może! I to jak!
Doprawdy, mógłby już sobie darować ujawnienie tego symbolu, parę wątków i wykłady filozoficzne. Czytając ostatnie strony, wolałam, by ich w ogóle nie było. By skończyło się sceną przy ołtarzu i tyle. Koniec! Stop! Ale nie... Palnął. I nie dość, że palnął o tym symbolu (jakże nieudolnie to zrobił!), do tego dodał jeszcze rozmemłaną filozofię i melancholię.

Podsumowując... Czytajcie, a co tam, jak wam czasu nie szkoda. Chociaż nie. Wyrażę się inaczej. Jeżeli nic nie wiecie o masonach, to przeczytajcie, czemu nie. I czym ja się przejmuję? Czego po Brownie można było oczekiwać? Niczego, otóż to!


10 komentarzy:

  1. widzę, że bardzo krytycznie podeszłaś do sprawy...ja się na razie o książce nie wypowiadam, gdyż nawet na dobre nie zaczęłam jej czytać...w każdym razie uważam że Brown pisze bardzo obrazowo i bardzo to u autorów cenię...czytając "Anioły i Demony" czułam chwilami, że jestem w Rzymie i widzę to co bohaterowie...no nic każdy ma przeciez prawo do swojej opinii... :)piszesz pięknym językiem... mój Maluch dorósł :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Siostra, do "Kodu..." też krytycznie podeszłam. Tak już mam ;) Chcesz, to polecę Ci parę naprawdę dobrych 'obrazowych' ksiażek :)

    Dziękuję za komentarz :)

    PS Co za 'maluch'?! xD Jestem mała ciałem, lecz wielka duchem :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Więc jednak twoje podejście do Browna nie zmieniło się szczególnie. Ja czytałem 3 jego książki i w pełni podzielam opinie-jest to pisarz szablonowy. Jego Langdon to taki uczony James Bond mający w kolejnej części książki kolejna piękną towarzyszkę, której wszystko musi tłumaczyć :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Brown jest mi bliski tylko z powodu męża - wykorzystałam już chyba wszystkie okazje, żeby go obdarzyć kolejną powieścią Browna:)) Pamiętam, że jak byliśmy w Londynie, odnalazł świątynie templariuszy, o której była mowa w "Kodzie...":) Tym bardziej się zmartwiłam, gdy zobaczyłam, że "Zaginiony symbol" leży niedoczytany... Najwidoczniej Brown stał się wtórny.

    Masoneria? Ciekawy temat. Mnie ostatnio zainteresowały teorie głoszone przez ILLUMINATI. Na razie zgłębiam, mało wiem.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Szasto, tak, z początku wydawało mi się, że będzie o wiele lepiej, ale potem... Miałam rażenie, że czytam powtórkę z 'Kodu...'. Brown mógłby sobie już odpuścić Langdona i zawsze nową mądrą wspólniczkę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Inez, wiesz, w 'Zaginionym symbolu' jest troszkę za dużo filozofii i rozważań o życiu i egzystencji. a Brown jest osobą, której rozważania mnie w ogóle nie interesują, nie do tego jest stworzony. Te rzeczy odpychają niestety.

    Pozdrawiam! I dziękuję za komentarz ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jednych nie interesują, innych przeciwnie. O wolnomularstwie, czy, jak kto woli - masonerii, czytałem już jako dzieciak w "Niesamowitym dworze" Nienackiego.

    OdpowiedzUsuń
  8. Brown nie jest taki zły w chwili, gdy ktoś, kto zupełnie książek nie rusza, zaczyna czytać z pianą na ustach.
    Molu mój drogi, i jakież jest Twoje zdanie o masonerii? :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Temat mnie nie interesuje. Znam dewizy, hierarchię tego stowarzyszenia i kojarzę niektóre symbole. Moja wiedza o masonach jest skromna, ale wiem jedno - bardziej idiotycznej wizji "boga" nie mogli wymyślić. Wielki Budowniczy z linijką i szpadlem w rękach... Powiedziałbym, że boki zrywać, ale nie powiem - bo jeszcze kogoś urażę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Masoni posługują się symbolami i metaforami, więc wydaje mi się, że nazwa Wielki Architekt Wszechświata jest strzałem w dziesiątkę. Jednak każdy ma swoje zdanie, które należy uszanować.

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń