czwartek, 22 lipca 2010

Miłość w czasach zarazy - Gabriel García Márquez


Czy to przez przypadek, czy też przez zrządzenie losu, czytam Marqueza zawsze latem i to w najbardziej upalne dni.

Ta książka zachwyciła mnie niemal wszystkim, co w sobie miała, od języka zaczynając, na głębi przesłania kończąc.
Zobaczyłam istotę małżeństwa z zupełnie innej perspektywy. Dostrzegłam, jakim błogosławieństwem jest zestarzeć się razem.
Tu każdy czytelnik ujrzy coś dla siebie. Ta książka jest tak wielopoziomowa, że bez problemu każdy znajdzie w niej siebie i swoje racje osądzi bądź pochwali bohaterów. Ja osobiście wciąż nie potrafię ustosunkować się do zakończenia. Nie umiem odnaleźć w sobie własnego zdania na jego temat. A to dlatego, że wątek który by się zdawał dla innych głównym, dla mnie był pobocznym, a na pierwsze miejsce wyszła idea małżeństwa. To właśnie ono zachwyciło mnie w tej książce najbardziej. Jego głębia, rzeczywistość, trwałość, cierpienie i koniec.

 „Najistotniejszym elementem w dobrym małżeństwie nie jest szczęście, ale trwałość.”

Bo nas wychowują na Kopciuszkach i Królewnach Śnieżkach, które tuż po ślubie żyją długo i szczęśliwie. A małżeństwo zawarte bez miłości jest stereotypowym złem. Marquez cicho burzy wszystkie stereotypy i pokazuje po prostu życie, życie takim jakie ono jest, z całym jego naturalizmem.

Swoją drogą chciałabym dodać, że język Marqueza jest tak wyśmienicie piękny, że cokolwiek by on nie opisywał wszystko fascynuje i nic ani o drobinę nie obrzydza. Łomonosow podzielił kiedyś język na trzy style, Marquez natomiast pisze czasem o rzeczach niskich stylem wysokim, a przez to pięknym. Mam wrażenie, że jakby chciał opisać zwykły ołówek, to zrobiłby to w tak intrygując sposób, że ciężko by się było oderwać.

Poza tym ‘Miłość w czasach zarazy’ jest kopalnią wiedzy o społeczeństwie karaibskim, o jego obyczajach i tradycjach. A z powodu mojej dociekliwości i fascynującego sposobu przekazu Marqueza dowiedziałam się wielu innych rzeczy, takich jak wygląd kota abisyńskiego czy brzmienie piosenek Yvette Gilbert i Aristida Bruanta.

To nie jest thriller, ale zapewniam Was, że nigdy nie wiadomo, co jest na następnej stronie. Książka ta udowadnia, że kobiety, które cicho i harmonijnie żyją u boku swojego męża, mają także swoje wielkie historie. I mogłabym wiele rzeczy zarzucić bohaterom biorącym w nich udział, lecz wielkie książki nie powstają o życiu tych, którzy postępują poprawnie i bez zarzutu.

„Życie stałoby się dla nich czymś całkowicie odmiennym, gdyby w odpowiednim czasie uświadomili sobie, że łatwiej jest walczyć z wielkimi katastrofami małżeńskimi niż z drobnymi biedami codziennego życia.”

_____________________________________
Cytaty pochodzą z 'Miłość w czasach zarazy' Gabriel García Márquez, Warszawa 2008

7 komentarzy:

  1. Jakoś zdecydowanie mniej mi się spodobało niż "Sto lat samotności", ale i tak twierdzę, że to bardzo dobra książka. Zresztą Marqueza wspaniale mi się czyta. A na razie mam za sobą tylko te dwie pozycje i teraz tak sobie myślę, że muszę to naprawić w najbliższym czasie.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Twój post przypomniał mi, jak bardzo kiedyś kochałam tę książkę... Była dla mnie świeża, odkrywcza, przełomowa. Gdy wróciłam do niej po latach, zawiodłam się bardzo. Zbyt wielkie miałam oczekiwania. Zawsze po jakimś czasie wracam do książek, które uważam za dobre. Zazwyczaj odnajduje w nich nowe prawdy, coś, co przeoczyłam za pierwszym razem. Z "Miłością..." było inaczej - jej wartość dla mnie spadła.
    Poza tym uwielbiam realizm magiczny - to świat, w którym czuję się najlepiej.
    A kolekcja ukochanych książek na półce? Świetny pomysł. Od dawna nie chodzę do bibliotek, bo nie potrafię rozstać się z kisiążkami, które kocham.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ultramaryno,
    a mi na odwrót jakoś bardziej 'Miłość...' przypadła do gustu, choć po przeczytaniu 'Stu lat...' także byłam pod ogromnym wrażeniem. Jednak w 'Miłości...' odnalazłam więcej rzeczy dla siebie i z siebie.
    Jeżeli chcesz sięgnąć po coś jeszcze Marqueza, to cicho polecam 'O miłości i innych demonach' ;)


    Inez,
    ja właśnie dlatego boję się wracać do książek, które mnie zachwyciły. Bo mijają lata, zmieniam się ja i moje spojrzenie na świat, a przez to i odbiór książki. I boję się potem zawieść czymś, co mnie kiedyś zachwyciło.
    Dlatego Terakowska mi się na półeczkach kurzy, bo przeżyłam zachwyt jej książkami będąc w gimnazjum, i teraz boję się rozbić to słodkie wspomnienie zachwytu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pisałam już kiedyś o swoim stosunku do Marqueza, że nie trawię realizmu magicznego etc, ale jeśli kiedyś przemogę się do niego, na pewno tym razem spróbuję podejścia doń od tej właśnie książki. Jej tematyka jak widzę bardziej by mi podeszła aniżeli Sto lat samotności.

    Pozdrawiam cię serdecznie, wspaniała notka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, mimo, że styl i autor ten sam, te dwie książki ogromnie się od siebie różną. To mnie zaskoczyło, ale i cieszyło. Cóż tu rzec, lubię Marqueza ^^

    Spróbuj kiedyś po niego sięgnąć, Anhelli, myślę, że spodobał by Ci się. Poza tym piszczałabym z radości, gdybym mogła przeczytać na Twoim blogu o 'Miłości...' ;)

    Pozdrawiam Cię cieplutko! Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  6. Marqueza czytałam "100 lat samotności", "O miłości i innych demonach", "Szarańczę", "Złą godzinę", "Rzecz o mych smutnych dziwkach", "Opowiadania" i właśnie "Miłość w czasach zarazy", która z przeczytanych przeze mnie książek najmniej mi się podobała. A film katastrofa. Pękałam ze śmiechu, jak zobaczyłam Luz Marię...;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Raczej nie sięgnę, mimo, że tak wspaniale to opisałaś. Czytałam "Sto lat samotności" i o mało nie umarłam z nudów. Nie trawię Marqueza.

    OdpowiedzUsuń