piątek, 30 lipca 2010

Zapasy z życiem - Eric-Emmanuel Schmitt

Zapewne za chwilę posypią się na mnie oburzone głosy, ale… Nie darzę szczególnymi względami Schmitta. Jakoś dla mnie Coelho i Schmitt to jedna wataha, która tworzy swe książki bazując na rzeczach dość oczywistych. Jedni nazywają to filozofią dla ubogich, a inni filozofia dla kobiet. Zbiór złotych myśli, ot co. Dla lubiących tego typu rzeczy poleciłabym raczej "Małego Księcia".

Ależ, ależ! Zacznijmy od tego, że Schmitta ja nie neguję. Po Coelho mam niestrawność, ale Erica czytać mogę. Od czasu do czasu. Możliwe, że gdybym miała teraz z 13-15 lat, byłabym zachwycona tymi autorami. Ale w wieku 22 lat mam wystarczające pojęcie o życiu i Schmitt nie nadaje się dla mnie na nauczyciela czy doradcę. Zbyt przewidywalne są jego książki.

"Zapasy z życiem" to cieniutka, jedno-wieczorowa książeczka. Ot zaledwie 70 stron. Zaczęłam i nawet nie zauważyłam, kiedy skończyłam.

wtorek, 27 lipca 2010

Portret Doriana Graya – Oscar Wilde

Z Panem Wildem spotkałam się po raz pierwszy jakieś 14 lat temu. Będąc jeszcze dzieckiem, czytałam jego bajki, i wtedy to zaczynałam rozumieć, że świat można tłumaczyć różnie, można przyziemnie, jak dorośli, a można pięknie, jak to robił Wilde.

„Portret Doriana Graya”… W sumie nawet nie wiem, czemu przeczytałam tę książkę dopiero teraz. Możliwe dlatego, że przeraził mnie film i pragnęłam się dowiedzieć, czy powieść napisana pod koniec XIX wieku także mnie przerazi. Nie przeraziła. Zachwyciła wręcz. I dała do myślenia.

To jedna z tych książek, która na pierwszy rzut oka nie jest tylko pustym zbiorem złotych myśli (a na pisanie temu podobnych książek jest teraz wielka moda), jednak błyskotliwość języka i kunszt dialogów sprawiają, że książkę się odkłada i myśli się. Myśli, myśli…

„- Pewność jest fatalna. Niepewność czaruje. Mgła nadaje rzeczom urok.
- Można w niej zatracić drogę.
- Wszystkie drogi wiodą do jednego punktu.
- A tym jest?
- Rozczarowanie.”

czwartek, 22 lipca 2010

Miłość w czasach zarazy - Gabriel García Márquez


Czy to przez przypadek, czy też przez zrządzenie losu, czytam Marqueza zawsze latem i to w najbardziej upalne dni.

Ta książka zachwyciła mnie niemal wszystkim, co w sobie miała, od języka zaczynając, na głębi przesłania kończąc.
Zobaczyłam istotę małżeństwa z zupełnie innej perspektywy. Dostrzegłam, jakim błogosławieństwem jest zestarzeć się razem.
Tu każdy czytelnik ujrzy coś dla siebie. Ta książka jest tak wielopoziomowa, że bez problemu każdy znajdzie w niej siebie i swoje racje osądzi bądź pochwali bohaterów. Ja osobiście wciąż nie potrafię ustosunkować się do zakończenia. Nie umiem odnaleźć w sobie własnego zdania na jego temat. A to dlatego, że wątek który by się zdawał dla innych głównym, dla mnie był pobocznym, a na pierwsze miejsce wyszła idea małżeństwa. To właśnie ono zachwyciło mnie w tej książce najbardziej. Jego głębia, rzeczywistość, trwałość, cierpienie i koniec.

 „Najistotniejszym elementem w dobrym małżeństwie nie jest szczęście, ale trwałość.”

Bo nas wychowują na Kopciuszkach i Królewnach Śnieżkach, które tuż po ślubie żyją długo i szczęśliwie. A małżeństwo zawarte bez miłości jest stereotypowym złem. Marquez cicho burzy wszystkie stereotypy i pokazuje po prostu życie, życie takim jakie ono jest, z całym jego naturalizmem.

czwartek, 15 lipca 2010

Na dobry początek...

Witam! Witam! Witam czytelników, widzów i konsumentów wszelkiego rodzaju kultury!


Zapraszam do czytania, komentowania i korespondowania. Każdy jest mile widziany!

I niech trzy cnoty recenzenta będą z nami wszystkimi!


Elokwencja! Erudycja! Inteligencja!